Opublikowano na "Niepoprawnych" 10 lutego 2012 roku
Prawda nas zjednoczy
Ile można pisać o Smoleńsku? - często słyszę to pytanie. Czy
poświęcanie całego wolnego czasu sprawie smoleńskiej ma sens? Czy jest
tego warte – pytają znajomi, dodając zwykle – zwłaszcza, że i tak wiesz
niewiele więcej niż na początku, bo wszystkie materialne dowody są w
rękach służb specjalnych.
Ma to sens. I wcale tu nawet nie chodzi o intelektualne wyzwanie.
Żeby dojść sedna, mimo szumu informacyjnego, rozsiewanych plotek, czy
celowej dezinformacji. Choć przyznam – jest to prowokujące. Przede
wszystkim jednak, odkrywanie rzeczywistości smoleńskiej jest
dochodzeniem do Prawdy. To, jak by nie było, walka z kłamstwem, czyli ze
złem.
Wiem, że nie wszystkich przekonują eschatologiczne racje. Ale
przecież są i pragmatyczne. Po pierwsze trzeba zadać sobie pytanie - co
da nam odkrycie tego co się naprawdę wydarzyło w dniu 10 kwietnia 2010
roku? Da nam to odpowiedź w kwestii – dlaczego do tego zdarzenia
doszło. A więc czy ktoś popełnił błąd, czy była to zbrodnia. Chyba jest
to ważne, aby mieć wiedzę (nie tylko przeczucie) o tym w jakim świecie
żyjemy? Ta wiedza z kolei, przekłada się przecież na nasze indywidualne
decyzje, plany na przyszłość i racjonalne działania. Wiedząc jaki jest
nasz świat, możemy próbować go zmienić, lub po prostu uznać że jest OK.
Świadome wybranie stanu nieświadomości świadczy co najmniej o braku
rozsądku. Jest wysłaniem decydentom sygnału, że mają do czynienia ze
stadem zwykłych przeżuwaczy, które można dowolnie przeganiać z pastwiska
na pastwisko i regulować ich populację, czyli inseminować oraz wyrzynać
według uznania. Dla mnie wiedza o tym kim jesteśmy i kto naprawdę nami
rządzi jest w każdym razie bezcenna.
Jest jeszcze inna ważna sprawa. Jak dziś Smoleńsk nas dzieli, tak
równie dobrze może nas jednoczyć. Jest on tak samo ważnym wyzwaniem dla
blogerów czy naukowców, jak nakazem sumienia dla patriotów, czy ludzi
wierzących. W ogóle Każdego kto ma (chce mieć) szacunek do siebie, a
jego poczucie wartości wynika z własnych przekonań. Poza tym konieczność
poznania prawdy łączy tak samo Polaków ze sobą, jak Polaków i Rosjan.
Praktycznie odkrycie prawdy o Smoleńsku leży w interesie wszystkich. W
przeciwnym obozie, to znaczy tych, którzy z jakichś względów osobistych
nie chcą poznać (ujawnić) smoleńskiej rzeczywistości, mogą być tylko
ludzie którzy się boją. Ale nie prawdy. Oni tak naprawdę boją się
wszystkich innych spoza swojej kliki, czyli nas.
Zofia Romaszewska w króciutkim filmie Pospieszalskiego i Stankiewicz -
„Ćwiczenia na wyobraźnię” mówi: „Wspólnota jest w stanie osiągnąć
najwięcej jeśli jest przekonana do tego co robi i że może to zrobić.”
Ale jest jeszcze jeden znaczący powód dla którego warto się zaangażować w
poznanie prawdy o Smoleńsku. Dlatego, że warto być w obozie
zwycięzców. Tak! Zwyciężamy, bo powoli, wprawdzie krok po kroku, ale
konsekwentnie eliminujemy kolejne kłamstwa. Docieramy do faktów, zgodnie
z filozofią nauki Karla Raimunda Poppera, który sformułował taką
definicję prawdy: ”zdanie jest prawdziwe, gdy jest spełnione przez
wszystkie przedmioty, fałszywe zaś – w przeciwnym wypadku”. I my
eliminujemy, i wyeliminujemy wszystkie kłamstwa po kolei. A to co
pozostanie, to będzie prawda.
Mało tego. Wykluczamy kłamstwa, choć pracujemy na spreparowanych
materiałach w warunkach politycznie niekorzystnych. I choć praca nasza
wydaje się syzyfowa, bo dysponenci wiedzy o tym co się wydarzyło w dniu
10 kwietnia mogą (i pewno będą) produkować kolejne wrzutki i kłamstwa,
to my je i tak zdemaskujemy i unicestwimy.
Skorupa z kłamstw powoli pęka. Odpuszczenie teraz sprawy smoleńskiej
byłoby nie tylko okazaniem wzgardy zabitym i ich rodzinom, ale i zwykłą
głupotą. ...............................................................................................................................................
Opublikowano na "Niepoprawnych" 23 października 2011 roku. Polska S.A.
Wyobraźmy sobie przez chwilę, że Polska nie jest państwem. Załóżmy,
że jest koncernem. W dobie globalizacji myślenie, sądzę, jak najbardziej
poprawne. Puśćmy zatem wodze fantazji i zobaczmy dokąd nas ona
zaprowadzi.
Otóż gdyby Polska była koncernem, to musiałaby mieć przede wszystkim
bardzo kompetentny zarząd, który pracowałby tak, aby osiągnąć jak
najwyższe zyski. Zyski jak najbardziej możliwe do uzyskania w tak
świetnie położonym i mającym tak wielki potencjał i zaplecze
przedsiębiorstwie. Zarząd, który bardzo dbałby o wszystkich swoich
ludzi, umacniałby ich samopoczucie i dumę z tego, że są pracownikami i
właścicielami tak wspaniałej firmy (no bo są oni wszyscy przecież
równocześnie jej akcjonariuszami). Działałby oczywiście całkowicie
transparentnie. I rzecz jasna wymagał w pierwszym rzędzie od siebie,
ciężko pracując dniem i nocą nie tylko nad wypracowaniem zysku dla
spółki-matki, ale również nad dobrym imieniem przedsiębiorstwa. Nic w
tym dziwnego. Tak to przecież we wszystkich spółkach akcyjnych bywa.
Tak musiałoby być. Bo proszę sobie wyobrazić inną sytuację. Taki
koncern, w którym zarząd dba wyłącznie o własne, prywatne interesy. Źle
się wyraża o własnym przedsiębiorstwie, prowadzi kreatywną księgowość,
kombinuje jak by tu odebrać zatrudnionym jak najwięcej z ich wypłaty, a
lekką ręką wydaje tylko te pieniądze, które są przeznaczone na reklamę i
poprawę własnego wizerunku . Rzecz jasna w takim wypadku, w każdym
normalnym koncernie udziałowcy zwołaliby natychmiast walne zgromadzenie i
wylaliby taki zarząd na pysk.
Zwłaszcza gdyby na własne oczy widzieli idiotyczne (oby nie dywersyjne)
posunięcia szefa ochrony, który w przeciągu czterech lat zdążył
całkowicie zlikwidować, (za zgodą prezesa bo jakże by inaczej),
wszystkie zabezpieczenia w firmie. Wyobraźmy sobie, że po piętrach
biurowców latają przebrani za pracowników agenci nasłani przez
konkurencję i przemeblowują przedsiębiorstwo, korumpują jego
urzędników i robią (jak to obcy agenci) co się tylko da, aby
sparaliżować lub przejąć firmę, a przynajmniej ten jej kąsek, na który
ich mocodawcy mają największą chrapkę. W tym samym czasie dyrekcja
chwali za przedsiębiorczość tych podwładnych, którzy przechodzą
pracować do rywali. Zakrawa przy tym na absurd, że szkoli się tu nadal
nowych pracowników, i to za pieniądze koncernu. No może nie do końca
jest to pozbawione logiki, bo kształcenie to za swój priorytet przyjmuje
dwie zasady - aby nie znali oni ani prawdziwej historii firmy, oraz by
postrzegali przedsiębiorstwo jako rzecz w sumie niewiele wartą.
Szkoleniowców w tym dziele wspomaga zakładowa gazetka i firmowy
radiowęzeł nadające przez cały czas relacje o iluzorycznych sukcesach
zarządu, lub oskarżające związki zawodowe o defetyzm, nieróbstwo i
oszołomstwo.
Gdyby zaś ktoś uważnie przyjrzał się działalności naczalstwa, to ze
zdziwieniem odkryłby, że nie działa ono wcale tak, jak gdyby było
zarządem firmy, ale jakby przeprowadzało jej likwidację. Ta grupa
traktuje bowiem majątek spółki, nie tak jakby to był majątek, ale masa
upadłościowa. Aktywa firmy rozparcelowywane są jednak w dziwny sposób. Z
pominięciem akcjonariuszy. Otóż przejmującymi go są głównie małe spółki
pracownicze, których właścicielami okazują się, nie wiedzieć czemu,
albo członkowie zarządu, albo ich rodziny, lub dobrzy znajomi królika.
Zresztą, co ja opowiadam. Zaraz tam się znów majątek firmy wyprzedaje.
Najczęściej po prostu oddaje się go w zamian za jakąś usługę, powiedzmy -
wywozu śmieci, które wprawdzie nie są śmieciami, tylko archiwami firmy,
ale kto by się przejmował takimi drobiazgami. Najważniejsze, że przy
okazji opróżnia się pomieszczenia, które można zaadoptować na nowe
biura. A i jeszcze jedno ! Zarząd korporacji nie ma zwyczaju ogłaszać
sprawozdań ze swojej działalności. Zaprowadził taki zwyczaj, że ogłasza
tylko to co mu się podoba i kiedy mu się to podoba. Zaś byłego prezesa
zarządu, który ma czelność wskazywać nieprawidłowości (nazywane urzędowo
psychozami lub urojeniami), pomawia się o zawiść, chęć odwetu, i
oczywiście, co jest tego konsekwencją sugeruje się, że jest szalony.
Przypadkiem zapewne też, ktoś podpuszczony przez zakładowe media, wpada
do jego mieszkania, chcąc go zabić, a gdy go nie zastaje – morduje
członka jego rodziny. Po tym incydencie natychmiast budzi się na
zakładzie jakiegoś pierdzącego w stołek portiera, który stwierdza, że to
on miał być ofiarą zamachu, a zamachowiec po prostu pomylił prywatne
mieszkanie byłego prezesa z jego stróżówką.
Niezwykłe jest również to, że kiedy giną udający się na sesję wyjazdową
wszyscy członkowie rady nadzorczej, razem z jej przewodniczącym, to
zarząd postanawia nie zawiadamiać o tym policji. Zleca natomiast
(twierdząc, że to w ramach outsorsingu) prowadzenie śledztwa sitwie,
na której terenie wydarzenie to miało nastąpić. Szajka prowadząca to
quasi-dochodzenie, w dziwny sposób przy tym jest powiązana z
konkurencją, która w przeszłości niejednokrotnie próbowała dokonać
wrogiego przejęcia naszego koncernu, lub nasyłała fałszywych komorników
aby dokonywali z niego egzekucji.
Ale i nie to zdumiewa najbardziej. Najdziwniejsza ze wszystkiego jest
jednak reakcja akcjonariuszy i zarazem pracowników naszego kondominium,
to jest przepraszam, chciałem napisać - konsorcjum. Otóż, mimo tych
wszystkich poczynań zarządu, w swej większości popierają oni jego
działania. Może dlatego, że dyrekcja wciąż bredzi o jakichś wczasach na
zielonych wyspach, które każdemu lojalnemu pracownikowi należą się z
funduszu pracowniczego jak chłopu ziemia. A może dlatego, że boją się
utraty pracy, lub też mają nadzieję na jakiś rzucany im czasem jak
ochłap, kupon na imprezę zakładową? Co rusz bowiem w firmie organizuje
się wesołe fety, na które sprasza się wypromowanych w radiowęźle
kabareciarzy, piosenkarzy i wodzirejów, którzy pod niebiosa wychwalają
zarządzających spółką. A może większość z akcjonariuszy liczy, że uda im
się kiedyś, w przyszłości dorwać do żłobu i sami coś sobie z niego
urwą? Jaka jest właściwa odpowiedź na to pytanie nie wiem. Ponoć brzmi
ona – ludzie chcą tylko chleba, igrzysk i niczego poza tym. Tak
przynajmniej ma wynikać z badań zleconych przez wierchuszkę.
W każdym razie jeżeli czasem zdarzy się taki cud, że ktoś zgani zarząd,
jest to zwykle tylko nagana za to, że ten jest zbyt pobłażliwy i
tolerancyjny dla szaleńców, czyli tych którzy nie myślą jak ludzie o
ostatecznym podziale masy upadłości, a zajmują się jakimiś mrzonkami i
gadają o zaprowadzeniu w firmie porządku. Przecież wiadomo, że firma nie
krowa, jak się nie daje jej doić, trzeba ją dobić. Wszystkim zaś
powszechnie wiadomym powinno być, że przedsiębiorstwo nigdy tak dobrze
finansowo jak obecnie nie stało i jeszcze nigdy w historii rynek nie
wyceniał go tak wysoko jak za obecnego zarządu. Publicznie nie mają
prawa być głoszone inne niż ta opinie. Poza jedną - ojca założyciela
przedsiębiorstwa o nierozliczonej, kryminalnej przeszłości, który miał
powiedzieć kiedyś, że firma nadmiernie się zadłuża i że to jest
niebezpieczne. Zresztą zadłuża się w byłych bankach konsorcjum, które
ten sam ojciec chrzestny ongiś posprzedawał w nieznanych zresztą bliżej
okolicznościach. Nikt go zresztą nie słucha. Pracownicy, czyli
udziałowcy firmy zachowują się tak, jakby nie wiedzieli, że jeśli
majątek spółki nie wystarczy na zaciągnięte długi, to będą one
ściągnięte od nich i ich potomków. Ale czy to ważne? Przecież
najważniejszy jest spokój.
Oczywiście los takiej firmy, gdyby istniała, byłby z góry
przesądzony. Na szczęście to wszystko jest tylko jakimś koszmarem,
wyśnionym przeze mnie nad ranem, po długiej, bezsennej nocy . Uspokajam
więc wszystkich, bo wiadomo, że najważniejszy jest święty spokój -
sytuacja, którą opisałem jest z oczywistych powodów zupełnie niemożliwa
do zaistnienia w spółce akcyjnej.
...............................................................................................................................................
Opublikowano na "Niepoprawnych" 28 kwietnia 2011 roku. Najeżka, czyli jak mój szwagier odkrył drogę do zgody narodowej.
Kiedy jechałem na święta do mojej siostry, zastanawiałem się czy znów się będziemy kłócić przy świątecznym stole. I o co tym razem. O Kaczyńskiego, o PO, o Smoleńsk? To dziwne, ale nie pamiętam, abyśmy dawniej, się kłócili. Dawniej, to znaczy kiedy? Właśnie. Kiedy to się w ogóle zaczęło? Czy czasem nie w 2005? Co najdziwniejsze nie przypominam sobie, abyśmy przed tym szczególnym rokiem, w ogóle rozmawiali o polityce. Ona wówczas dla mojego szwagra nie istniała. No ale potem przyszło zagrożenie dla demokracji, i fanatyczny Kaczyński zaczął kompromitować Polskę swoim wzrostem, na arenie międzynarodowej. PiSowi zaczęło przeszkadzać, że świat stawał się piękny jak wieczór po "tańcu z gwiazdami" i wygnał na ulice dywizjony moherowych beretów i facetów na starych rowerach , którzy nie tylko spowolnili ruch i zepsuli asfalt, ale zakłócili optymistyczny pejzaż kraju kwitnącej jabłoni. Trzeba było dać odpór Polsce pomników i kwękolenia. Za dużo już tego było. Kiedy jeszcze jacyś goście niepodobni do jamników zaczęli tropić byłych agentów i skorumpowanych, zaczęło się stawać koszmarnie. Jakiś smutek zaczął wiać spod czarnych sutann księży, że nawet piwo przestało smakować. I karkówka była jakby gorszej jakości. Ale miarka przebrała się, kiedy skiepściły się odcinki Kiepskich. Szwagier wspólnie z celebrytami powiedzieli wówczas dosyć. Ale jakby jeszcze tego dosyć nie było zepsuła się również pogoda. Od tego czasu w mojej rodzinie rozpoczął się głęboki podział. Nie osiągnął jeszcze wprawdzie głębokości kanionu w dolinie Kolorado, ale zszedł już moim zdaniem na głębokość kilkuset dobrych metrów i na taką szerokość, że jeszcze wprawdzie można się porozumiewać, ale już tylko krzykiem. Więc jadąc, zastanawiałem się na czym ten podział polega. Kto mojemu szwagrowi mówi co jest poprawne , a co nie. Dlaczego zawsze wie, co jest cacy a co nie. I dlaczego zawsze jest to spójne z wizerunkiem świata widzianego przez obiektyw kamery TVN? Można zadać oczywiście inne pytania. Dlaczego ja widzę prezydenta, spuchniętego jak najeżka, który udaje suma i ambitnego premiera wijącego się jest pijawka w cukrze? Dlaczego ja nie chcę przyjąć, że sprawa jest "do bulu prosta". Kto mi to wszystko wmówił? Czemu wierzę fałszywie uśmiechającemu się Macierewiczowi, a nie ufam dostojnemu Millerowi? Nie wiem. Tak samo jak nie wie tego mój szwagier. Żebym chociaż ja był niewykształconym, z małego miasta, i stary, a on na odwrót. Ale nie. Nie jest to wszystko kurcze takie proste. Przez całą Wielką Sobotę udało nam się omijać tematy polityczne. Rozmawialiśmy o temperaturze wody w Adriatyku, celibacie i depresji u szczurów hodowlanych. Ale kiedy pod wieczór, kończąc przy piwie dyskusję nad tym, czy można już jeść kiełbasę czy też jeszcze nie, a tematy zaczęły schodzić na sprawy wyższości Śląska nad Podkarpaciem, wiedziałem, że konflikt staje się nieunikniony. Wytrzymaliśmy jednak tego dnia do końca bez walki. Nikt nie dał się sprowokować. Leżąc w łóżku, na nowym miejscu, przewracałem się z boku na bok, zastanawiając, jak nie dopuścić jutro do kłótni, która - czułem to - dojrzewała jak śmierdzący ser w perfumerii. Nagle zdałem sobie sprawę nad jak ważkim problem deliberuję, na tej składanej kozetce. Tu przecież nie chodzi o nic innego jak o zgodę ogólnonarodową. Jeśli znajdę rozwiązanie, znajdę je dla całej Polski! Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej wydawało mi się, że jestem bliski rozwiązania. W końcu zasnąłem z uśmiechem na ustach, który przerodził się później w gromkie chrapanie z elementami bezdechu, zakłócającego spokój mieszkańców, co autorytarnie stwierdzili rankiem wszyscy domownicy. No, ale czego w końcu można oczekiwać od złośliwego mohera z południowego - wschodu? Mój szwagier wstał wcześniej ode mnie i radośnie pogwizdując zajął na pół godziny łazienkę na parterze, gdzie w przeddzień złożyłem swą maszynkę do golenia i szczoteczkę. Nie pozostało mi nic innego jak czekać, zgrzytając brudnymi zębami. Kiedy wyszedł, pachnący dobrą wodą kolońską, ze śnieżnobiałbym uśmiechem na ustach, który odcinał się wyraźnie od śniadej muskulatury, wiedziałem już, że to on znalazł rozwiązanie problemu, który nurtował mnie przed zaśnięciem. Nie powiem, że nie poczułem ukłucia zazdrości. Mimo wszystko szybko się ogoliłem i ubrałem uroczyście. Zbliżało się Wielkanocne śniadanie. Posiłek, na którym to on jako gospodarz, miał pierwszy złożyć wszystkim życzenia. Drżałem, kiedy ceremonialnie wzniósł jajko na twardo. Wiedziałem, że za chwilę nastąpi "wielkopomna" chwila. Szwagier odchrząknął, powiódł po nas wzrokiem, a potem powiedział: "Życzę wam, przybysze z dziwnej krainy, abyście poznali prawdę. Prawda przyniesie wam spokój." Poczułem jak opada ze mnie nienawiść, a wielka łapa śląskiego powietrza kładzie się na mą głowę i gładzi po rzadkich włosach. Pokonując wzruszenie powstałem ze swego miejsca i podziękowałem za te wspaniałe słowa. Życzyłem wszystkim tego samego. Z całego serca. Czego i Wam życzę.
Opublikowano na "Niepoprawnych" 04 września 2010 roku.
Bogdan Klich - pomocnik napastnika czyli melduję że rozbiłem armię (sylwetka z cyklu Wesoła drużyna Donalda)
"Państwo weszło w fazę, która budzi wątpliwości." (1) W ten sposób, w ubiegłym roku Prezydent Lech Kaczyński delikatnie skomentował konflikt pomiędzy Szefem Wojsk Lądowych Gen. Władysławem Skrzypczakiem a ministrem obrony narodowej Bogdanem Klichem. Klich jest ministrem którego trwanie w tym rządzie zadziwia wszystkich. Łącznie z nim samym. Świadczyć o tym może choćby fakt, iż 4 lutego 2009 minister poinformował: "położyłem dymisję na stole, ale pani tego nie powtórzy".(2) Osobą, do której się zwracał tymi słowami była dziennikarka Monika Olejnik, która miała czelność nie powiadomić Klicha, że są już na antenie radia Zet. Informacja podana przez niego nie miała jednak pokrycia w rzeczywistości. "Premier – jak się potem okazało – miał z przekąsem stwierdzić, że dymisji, którą miał mu złożyć Klich nie widział i usłyszał o niej w radiu."(3)
Krótka historia
15 listopada 2007 Bogdan Klich obejmuje tekę Ministra Obrony Narodowej w rządzie Donalda Tuska. Równocześnie jego żona przejmuje po mężu kierowanie fundacją noszącą nazwę Instytut Studiów Strategicznych. ISS wspierały i nadal wspierają różne firmy – w tym i producenci broni:amerykański Lockheed Martin i włoski Finmeccanica, w którego skład wchodzi Agusta Westland produkująca śmigłowce, a także cztery niemieckie fundacje: Konrada Adenauera, Friedricha Naumanna, Friedricha Eberta i amerykańsko-niemiecki German Marshall Fund. Z tym, że fundacje Adenauera i Naumana są to niemieckie fundacje państwowe (95% udziału rządu RFN!).(4)
Za ministrowania Klicha w armii dokonują się zmiany personalne, polegające w głównej mierze na dymisjach, odsunięciach bądź odejściach kluczowych dowódców.
W dniu 04.01.2008 zostaje zdymisjonowany sekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej Gen. Piotr Czerwiński. Powodem dymisji jest podejrzenie o korupcję. Pierwszy bodziec medialny jaki otrzymuje społeczeństwo jest więc bardzo pozytywny. Oto nowy minister, już po miesiącu urzędowania wykrywa i piętnuje nieprawidłowości. Mało tego zapowiada, że dymisja generała jest początkiem czyszczenia własnego podwórka z praktyk korupcyjnych i wkrótce polecą następne głowy, zamieszane wraz z nim ten niecny proceder. (5)
W dniu 24.01.2008 w katastrofie wojskowego samolotu CASA ginie dwudziestu ważnych oficerów Wojsk Lotniczych w tym: gen. bryg. pil. Andrzej Andrzejewski, ppłk pil. Zdzisław Cieślik, szef szkolenia, mjr pil. Robert Maj, szef sekcji szkolenia lotniczego, mjr Mirosław Wilczyński, szef sekcji techniki lotniczej, dowódca płk pil. Jerzy Piłat, ppłk Dariusz Pawlak, szef sekcji techniki lotniczej, mjr pil. Grzegorz Jułga - z-ca dowódcy eskadry, kpt. Paweł Zdunek, dowódca klucza lotniczego, kpt. Karol Szmigiel, dowódca klucza technicznego, płk pil. Dariusz Maciąg, dowódca bazy, mjr Piotr Firlinger, szef sekcji techniki lotniczej, ppłk Zbigniew Książek, z-ca dowódcy bazy, płk pil. Wojciech Maniewski, dowódca eskadry, kpt pil. Leszek Ziemski, instruktor bezpieczeństwa lotów, kpt Grzegorz Stepaniuk, szef techniki lotniczej, mjr Krzysztof Smołucha, syn Bolesława z Dowództwa Sił Powietrznych, oraz 4 członków załogi samolotu.(6) Chociaż katastrofa CASY do dziś nie zostaje wyjaśniona, i nie wiadomo co było jej przyczną, w kwietniu 2008 roku, Klich dymisjonuje pięciu żołnierzy, którzy jego zdaniem byli odpowiedzialni za katastrofę ."Dwóch z nich w styczniu ubiegłego roku zdecydowało się przejść na wojskową emeryturę. Chodzi o mjr. Jędrzeja Wójcickiego ), byłego komendanta Wojskowego Portu Lotniczego w Mirosławcu. Został odwołany przez Klicha za rzekome nieprawidłowości w funkcjonowaniu lotniska. Chodzić miało o niewłaściwy nadzór nad działalnością podległych służb, wyszkoleniem oraz przygotowaniem personelu. Na emeryturę odszedł także kpt. Andrzej Koniarz, kontroler lotniska. Klich zdymisjonował go za niepodjęcie decyzji o skierowaniu CASY na inne lotnisko w sytuacji, gdy pod Mirosławcem panowały kiepskie warunki atmosferyczne." To dziwna katastrofa. Komisja badająca zdarzenie ustala, ponad wszelką wątpliwość, jednynie to, że "bezpośrednią przyczyną katastrofy było nieświadome doprowadzenie przez załogę do nadmiernego przechylenia samolotu". (7)
Narasta krytyka Klicha. Minister, według informacji podawanych przez media, ma w styczniu 2009 r. zostać zdymisjonowany przez premiera za "obsadzaniem stanowisk w kluczowych agencjach wojskowych swoimi kolegami i krakowskimi działaczami Platformy Obywatelskiej" a także za rozrzutność, gdyż "wydał niedawno na nowe kontrakty miliardy złotych, chodź dobrze wiedział, że budżet ministerstwa będzie zredukowany." Ponadto Klichowi zarzuca się że jego instytut "będzie organizować w Krakowie II Forum Euroatlantyckie NATO, a organizatora wybrano bez przetargu." W tym samym czasie "Rzeczpospolita" ujawnia, że "kontrolowane przez Skarb Państwa firmy: Jastrzębska Spółka Węglowa, Katowicki Holding Węglowy oraz koncern paliwowy PKN Orlen dofinansowywały działalność Instytutu Studiów Strategicznych. Sponsorowane przez te spółki imprezy i konferencje odbyły się już po objęciu przez Klicha stanowiska szefa resortu obrony narodowej. Z ustaleń "Rz" wynika również, że jedną z konferencji instytutu (październik 2007 r.), gdy kierował nim Klich, sponsorowały firmy działające w branży zbrojeniowej, m.in. amerykański Lockheed Martin i włoski koncern Finmeccanica, w skład którego wchodzi Agusta Westland produkująca śmigłowce. W 2008 r. przedstawiciele naszego resortu obrony zapowiadali, że w ciągu dziesięciu lat za ponad 10 mld zł chcą kupić około 50 śmigłowców dla wojska." (8) Klich nie zostaje zdymisjonowany przez premiera, ani też sam nie podaje się do dymisji, choć tak oświadcza Monice Olejnik. Wyraża natomiast zgodę na 20% redukcję budżetu podległego sobie Ministerstwa. Ministerstwa kierującego armią zawodową, która na całym świecie jest droższa od tej z poboru, ale widocznie nas reguły ogólne nie dotyczą.
Lipiec 2009 - decyzją premiera dotyczącą tak zwanej "profesjonalizacji polskiej armii" ostatni z poborowych opuszcza koszary. Zostają w nich wyłącznie żołnierze zawodowi. Na dzień 30 września 2009 r.stan ewidencyjny "żołnierzy w Siłach Zbrojnych RP na wynosi 95 360, z czego 139 osób to generałowie; 22670 – oficerowie; 41 850 – podoficerowie, a 28 200 – szeregowi (zawodowi i nadterminowi)."Jak wygląda w tym wojsku stosunek generałów i oficerów i podoficerów (tak zwana kadra kierująca) do szeregowych? Otóż wynosi on 1 do 0,43, co oznacza, że na jednego kierującego (generała, oficera lub podoficera) przypada 0,43 bezpośredniego wykonawcy (szeregowego). "Co to oznacza w praktyce dla naszych Sił Zbrojnych i dla naszego bezpieczeństwa? Otóż, znaczy to, że w Wojsku Polskim istnieje obecnie następująca sytuacja: - w czołgach i innych wozach bojowych są dowódcy, ale nie ma kierowców i działonowych – a więc nie ma kto nimi jeździć i nie ma kto z nich strzelać, - samochody pozbawione są kierowców i mechaników – a więc stoją w garażach i rdzewieją, - w magazynach broni jest pełno karabinów i amunicji – ale nie ma kto z nich strzelać, - na strzelnicach i placach ćwiczeń nie jest realizowane szkolenie, bo nie ma tam kogo szkolić. Natomiast dowództwa i sztaby pełne są dowódców i urzędników wojskowych, którzy produkują tysiące, w większości nikomu niepotrzebnych, dokumentów w postaci rozkazów, pism, załączników, wniosków, próśb, planów, harmonogramów, strategii, wizji, misji itd." Jakie wypływają z tego wnioski? "Otóż, od lipca 2009 r. Siły Zbrojne RP nie są w stanie wypełniać swojej konstytucyjnej misji obrony terytorium kraju (art. 26) – ani pośrednio przy wsparciu sił sojuszniczych NATO, ani tym bardziej bezpośrednio, czyli (...) A zatem Siły Zbrojne RP nie istnieją! Ani w ujęciu funkcjonalnym, ponieważ nie są w stanie właściwie wypełniać swoich podstawowych funkcji, ani nawet w ujęciu organizacyjnym, ponieważ ich struktury istnieją tylko formalnie, pozostały z nich tylko żałosne resztki, które wegetują, podtrzymując jedynie z dnia na dzień swoje podstawowe funkcje życiowe (kierowanie, zaopatrzenie, ochrona własna)." Co ma z decyzją premiera wspólnego Klich? Otóż to on ma za zadanie do końca 2010 roku przeprowadzić do końca proces "profesjonalizacji". Zadanie to przyjął od premiera bez zastrzeżeń. Z wrodzonym sobie optymizmem i brakiem krytycyzmu (żeby nie powtórzyć za Grzegorzem Kwaśniakiem dokonującym tej analizy dla "Rzeczpospolitej", bezmyślnie.) (9)
W dniu 11.09.2009 zostaje zdymisjonowany Dyrektor Departamentu Zaopatrywania Sił Zbrojnych Gen.Sławomir Szczepaniak. "Decyzja przyszła w czasie, gdy departament miał dokonywać gigantycznych zakupów dla Afganistanu m.in. helikopterów, ciężkich karabinów czy samolotów bezzałogowych." Ale to nie była jedyna zmiana w tym czasie. Równocześnie odpowiedzialny w MON za zakupy minister Zenon Kosiniak-Kamysz w październiku trafił na placówkę dyplomatyczną. Klich obsadził obydwa wakujące stanowiska oczywiście swoimi "kompetentnymi ludźmi". (10)
W dniu 15.09 2009 zostaje zdymisjonowany Szef Wojsk Lądowych Generał Waldemar Skrzypczak. Prezydent Lech Kaczyński początkowo nie chce się na to zgodzić, ale w końcu ulega presji ministra. To wówczas z ust Lecha Kaczyńskiego padają słowa, którymi rozpocząłem ten artykuł. Przyczyną odejścia Skrzypczaka jest konflikt pomiędzy nim, a ministrem. Poszło o skrytykowanie przez generała w wywiadzie dla "Dziennika" prowadzonych przez MON zakupów sprzętu dla żołnierzy w Afganistanie.(1)
W maju 2010 roku Generał Skrzypczak wyjaśnia udzielając wywiadu, dokładniej podłoże konfliktu. Oświadcza, że to co dzieje się w armii jest złe "ponieważ politycy zawłaszczyli armię. Traktują ją jak podwórko do prowadzenia własnych gierek politycznych. Obecny minister obrony Bogdan Klich dąży do sprywatyzowania armii, tzn. bezwzględnego podporządkowania jej jego własnym celom i celom jego partii." Przejawia się to "na przykład w polityce personalnej. Na najważniejsze stanowiska wyznacza się ludzi wygodnych, układnych, zgodnie z zasadą „bmw” – biernych, miernych, ale wiernych, którzy nie myślą, tylko wykonują polecenia polityczne." (11)
W dniu 10.04.2010 giną w katastrofie rządowego TU-154:
Zwierzchnik Sił Zbrojnych RP Prezydent Lech Kaczyński Szef Sztabu Generalnego WP Franciszek Gągor Dowódca Operacyjny Sił Zbrojnych generał Bronisław Kwiatkowski Dowódca Sił Powietrznych RP generał broni Andrzej Błasik Dowódca Wojsk Lądowych RP generał dywizji Tadeusz Buk Dowódca Wojsk Specjalnych generał dywizji Włodzimierz Potasiński Dowódca Marynarki Wojennej wiceadmirał Andrzej Karweta Dowódca Garnizonu Warszawa generał brygady Kazimierz Gilarski Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Aleksander Szczygło Ordynariusz polowy Wojska Polskiego, ksiądz generał Tadeusz Płoski Prawosławny ordynariusz Wojska Polskiego, arcybiskup Miron Chodakowski Ewangelickie duszpasterstwo polowe - ksiądz pułkownik Adam Pilch Ordynariat Polowy Wojska Polskiego - ksiądz podpułkownik Jan Osiński oraz 83 najwyższe osobistości RP (12)
Teraz proces ulega zdecydowanemu przyspieszeniu.
W dniu 17.05.2010 pełniący obowiązki szefa Sił Powietrznych Gen. Krzysztof Załęski, składa dymisję. Przed dymisją przedstawia ministrowi raport o stanie polskich Sił Powietrznych. Nie znamy treści raportu, lecz sam fakt złożenia dymisji świadczyć może o tym, że nie chce on brać odpowiedzialności za siły powietrzne w tym stanie rzeczy w jakim się znajdują.(13)
W dniu 09.05.2010. na własna prośbę odchodzi pierwszy zastępca szefa Sztabu Generalnego Gen. Mieczysław Stachowiak. (14)
Dnia 01.08.2010 płk Dariusz Zawadka, dowódca elitarnej polskiej jednostki GROM - również na własną prośbę. "Z ustaleń PAP wynika, że pułkownik z niezadowoleniem przyjął pojawiające się doniesienia, że prezydent elekt zamierza powołać na stanowisko dowódcy wojsk specjalnych płk Piotra Patalonga. Etat dowódcy jest nieobsadzony od czasu smoleńskiej katastrofy 10 kwietnia, w której zginął m.in. dowódca komandosów gen. Włodzimierz Potasiński"(15)
W dniu 02.08.2010 pięciu kolejnych oficerów GROM napisało podania o zwolnienie ze służby. Są wśród nich szef sztabu jednostki, szef szkolenia, główny księgowy oraz dwóch dowódców poszczególnych grup bojowych, w tym jeden, który dowodzi żołnierzami GROM, służącymi obecnie w Afganistanie. (16)
Dnia 11.08.2010 zostaje zdymisjonowany dowódca 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego płk. Ryszard Raczyński. (17)
Na własną prośbę w dniu 23.08.2010 odchodzi odpowiedzialny za przygotowanie wojskowych do walki Gen. Wiesław Michnowicz. (18) "Nieoficjalnie (...) oficerowie, z którymi rozmawiała "Rz", twierdzą, że gen. Michnowicz zdecydował się odejść z wojska, ponieważ brakuje pieniędzy na szkolenie żołnierzy. Generał od lipca ubiegłego roku stał na czele Zarządu Szkolenia P-7 Sztabu Generalnego (...) Dymisję złożył dwa lata przed końcem swojej kadencji." (19)
W ciągu ostatniego miesięca (08.2010) dymisję złożyło (lub złoży) również 30 niższych rangą oficerów w różnych rodzajach wojsk.(źródło Rzeczpospolita) (19)
Na tydzień przed 71 rocznicą wybuchu II wojny światowej "Nasz Dziennik" pisze, że"obecnie polska flota nie byłaby w stanie odeprzeć ataku od strony morza, gdyby został on przeprowadzony w kilku różnych miejscach przypadającego Polsce prawie 800-kilometrowego wybrzeża. Niektórzy wojskowi ostrzegają, że polska marynarka wojenna już nie jest w stanie wywiązywać się z niektórych zadań wynikających z członkostwa w NATO. Natomiast część wojskowych zastanawia się nawet, czy nasza marynarka przetrwa w ogóle najbliższe lata. - Należy zadać sobie pytanie, co zrobić, aby uniknąć spełnienia się hiobowych wieści o całkowitej likwidacji polskiej marynarki wojennej w 2015 roku - apelował przed kilkoma miesiącami na gdyńskiej konferencji poświęconej sytuacji polskich sił morskich wiceadmirał w st. spoczynku dr Henryk Sołkiewicz, były szef sztabu Marynarki Wojennej RP. Wtórowało mu wielu innych wysokich rangą dowódców." Dlaczego tak się może stać? Gdyż w ostatnich latach "ponad 100 okrętów bojowych i pomocniczych jednostek pływających zlikwidowano (ponad 62%); lotnictwo morskie zredukowano do ok. 40 samolotów i śmigłowców (ponad 50%); stan osobowy morskich sił zbrojnych zmniejszono do ok. 11 tysięcy (tzn. o 36%); stocznię MW nękają "braki ciągłości finansowej" pomimo ulokowania" (20)
"A co na to wszystko MON? Nic. Rzecznik ministra spokojnie tłumaczy, że to nie żadne dymisje, tylko zwykłe wypowiedzenia stosunku służby – tak jakby istotą problemu były kwestie leksykalne."(2)
Początkowo miałem dać temu artykułowi tytuł jak ze Szwejka "Melduję, że rozbiłem armię", ale po zestawieniu tego co znalazłem ( a czego jeszcze nie znalazłem ?! ) w internecie na temat Bogdana Klicha zaczynam się zastanawiać. Czy człowiek inteligentny, lekarz psychiatra, historyk sztuki, polityk, politolog, specjalista stosunków międzynarodowych, były poseł do Parlamentu Europejskiego, poseł na Sejm IV kadencji, syn profesora, może być aż tak wielkim nieudacznikiem ?
Komentarzem do artykułu tego niech będzie refleksja Bronisława Wildsteina zamieszczona w internecie (rp.pl) 28 czerwca 2009, czyli bez mała rok przed Smoleskiem:
"Najbardziej niepokojące jest to, że Polacy dali sobie wmówić, iż naszej niepodległości nic już nie grozi. I może tak jest, do pewnego stopnia, dziś. Jak długo jednak? Wiele razy w historii odtrąbiono już koniec wojen i królestwo wiecznego pokoju. Nie ma potrzeby przypominać jak budziliśmy się z tego typu snów. Dziś funkcjonujemy w świecie pozoru. Może więc lepiej rozwiążmy tę armię, której uzasadnieniem jest chyba tylko interes korporacji oficerskiej. Może sprowokuje to namysł nad niebezpieczeństwami, które grożą nie tylko nam, ale i następnym pokoleniom." (21)
Opublikowano na "Niepoprawnych" 19 sierpnia 2010 roku.
Fenomen Pana Tuska
Panie Premierze, kawalerze medalu Karola Wielkiego , Wielki
Manipulatorze - Polska rzeczywiście ma kolor zielony. Widziałem ją z
lotu ptaka wyszedłszy na dach. Latać samolotem nie odważę się już chyba
nigdy. Nie jestem bowiem w stanie pokochać cię tą miłością najszczerszą
i bezgraniczną. Nie jestem w stanie ci zaufać. A tylko to gwaratnuje
wysoki i bezpieczny lot. Ja niestety, panie premierze, nie wierzę
także w wieczną zieleń. Śmiem twierdzić iż jesień i zima odmienią
kolory Polski, a ta nieufność, wiem, dewaluuje mnie z góry w twych
oczach. Nic na to nie poradzę jednak. Taki już jestem niedowiarek.
Powiem więcej. Nie potrafię nawet zrozumieć skąd bierze się to wysokie
zaufanie do ciebie wśród ludzi.
Czy z kompleksów? Toż ty uśmierzasz kompleksy. To tobie rękę podaje
sama Angela M., a Władimir P. przytula cię do swej piersi. Tyś pomiędzy
wielkimi. To dzięki tobie imię Polski wymawiane jest z uśmiechem przez
wszystkie nacje. Twa polityka ustępstw i nierozdrażniania daje nam dobrą
prasę na całym świecie. Nie było takiego jak ty polityka od Wielkiego
Konstantego R. Duma. Przepełnia nas duma?
Z pragnienia zaufania komuś? Tyś to panie, był nawet w stanie oddać
śledztwo w najważniejszej dla nas sprawie, tym dla których to wydarzenie
było nic nie znaczącym epizodem (jak sami stwierdzili szybkość
przekazywania danych w tym śledztwie wynika wyłącznie z sympatii do
ciebie, bo dla nich, Rosjan nie jest ono żadnym priorytetem) . A tyś
przekazałeś im to śledztwo z czystego zaufania. Ta dziecięca ufność
wzrusza cały naród, któremu stajesz się poprzez swą prostą naiwność tak
bliski.
A może z niechęci do patosu? Tyś luzakiem, beztroskim śmieszkiem.
Ciebie śmieszą wygłupy pijaków pod krzyżem. Nie robisz nic sobie z
chamstwa i zniewag jakimi obrzucani są wierzący. Ojczyzna to dla ciebie
słowo. Trochę pusto brzmiące, bo przecież nie tyle liczy sie ojczyzna
jak zadowolenie pojedynczych ludzi. A głównie czy nie o twoje to
zadowolenie chodzi? O honorze wiesz , że pisze się przez "h" nieme. I
więcej wiedzieć nie musisz boś przecież premier.
Może z umiłowania wolności? Nie przywiązujesz wszak wagi do zasad.
Twoim zdaniem każdy może robić to co mu się podoba byle tylko nie była
to grupa wyznająca wspólnie jakieś przekonania. Tacy ludzie są nie tylko
nudni ale i obrzydliwi. Ty wiesz , że nie ma jednej prawdy, ale wiele
prawd. Po jednej na każdego z Twych poddanych. Więc każdy, który mówi
przeciw wszystkim, jest ci bliski. Bo to jest wolność wedle ciebie
przecie. Mówić co ślina na język przyniesie.
A może ze ścieżki twego sukcesu? Nikt tak jak ty nie uosabia prawdy,
że cel jest najważniejszy. Że trzeba iść doń choćby po trupach. I
doszedłeś. Jesteś . Masz te rządy. Autorytarne jak chciałeś. Sukces,
sukces, sukces.
Wizerunek? Równy pośród równych. Nie jakiś błazen czy satrapa.
Inteligentny, stonowany równiacha. Od brudnej roboty masz innych. Ty
masz być nieskazitelny . Kryształowy. Chwała ci . Chwała.
Nie wiem co jeszcze. Zachodzę w głowę i nie wiem. Już nie poznaję w jakim żyję kraju. Spoglądam wokół, nie panimaju
Opublikowano na "Niepoprawnych" 15 sierpnia 2011 roku
O to chodzi.
Wszyscy zauważamy, obserwując media, że konflikt społeczny pogłębia
się. Dlatego radykalizujemy swoje postawy, albo dystansujemy się od
wirtualnej rzeczywistości, tym samym przenosząc te zachowania do realu. I
tak fikcja staje się rzeczywistością.
Dlaczego tak jest? Bo nasza postawa jest reakcją na wytwarzany przez
media coraz większy ferment. A pogłębianie tego konfliktu leży w
interesie rządzących. Proces ten ma na celu wyłuskanie osób o
najbardziej radykalnych poglądach, by zamknąć je w swoistym getcie,
otoczonym pancernym murem, i poddać ich ostracyzmowi społeczności
medialnej. A następnie skazać na banicję, na obszar "oszołomstwa i
psychuszki".
W ten sposób, na przykład, tak zwana "sprawa krzyża" zamiast
przypominać o Smoleńsku i pobudzać do wyjaśnienia przyczyn tragedii,
staje się sprawą samą w sobie. Kwestia moralna, dotycząca wszystkich, i
dla wszystkich ważna, prawda o Smoleńsku, zostaje zręcznie
zakwalifikowana do połączonego zbioru: konflikt polityczny i antagonizm
światopoglądowy.
A przecież nie o to chodziło...
To o co chodzi? Skoro według mnie nie chodzi o to kto postawi na
swoim w sprawie krzyża; nie chodzi też o to czy PiS się podzieli czy
nie; nie chodzi o to kto wygra w wyborach samorządowych; ani jakie kto
ma poparcie. I jeśli nie chodzi również o to, kto będzie nami rządził i
kto kogo powoła, a także jakie decyzje zostaną podjęte, ani z kim spotka
się prezydent, jakie będą nowe ustawy, oraz ile wyniesie nowy podatek.
To o co mi chodzi?
Fakt. Wszystko to, byłoby ważne, ale w normalnie funkcjonującym
państwie. W naszym przypadku są to wszystko tematy zastępcze. No więc o
co... !?
Jest jedna i zasadnicza sprawa bez wyjaśnienia której nie ma mowy o
innych dyskusjach. Wszystko inne bez jej rozwiązania, jest
bezprzedmiotowe. Tą sprawą jest właśnie odpowiedź na podstawowe pytania
dotyczące tragedii smoleńskiej. Bez wiedzy o roli i ewentualnej
odpowiedzialności ludzi i organów państw w tej sprawie, nie ma sensu
podejmować jakichkolwiek innych tematów ze sfery społecznej i
politycznej. Dlatego, że sprawa smoleńska jest to sprawa zasadnicza i
podstawowa wobec innych problemów tego obszaru.
Przecież tylko wyjaśnienie tego tematu pozwoli stwierdzić, kto jest
kim w Polsce. Jaka jest nasza racja stanu. Jakie są powiązania i
rodowód dzisiejszej władzy. Potrafi odkryć mechanizmy manipulacji
medialnej i systemu dezinformacji. Nie tylko wyjaśni kto jest kim.
Odkrycie tej sprawy ma również wymiar globalny. Może nam powiedzieć nie
tylko o obecnych sferach wpływów, funkcjonowaniu państw i ich nowej
roli, ale też o najbliższej przyszłości.
Wszystko pozostałe (cała ta nadbudowa w rozumieniu leninowskim), ta
medialna zadyma, jest budowaniem miasta bez fundamentów. Stawianiem
wieżowców na piaskach pustyni. Fasadą potiomkinowskiej wsi.
Dlatego, moim zdaniem, powinniśmy skoncentrować się właśnie na tym
zagadnieniu. Jego rozwiązanie powie nam więcej o współczesnym świecie,
niż wyjaśnienie jakiegokolwiek innego problemu. A możemy to wyjaśnić.
Jeszcze możemy to wyjaśnić. Właśnie my.
Krzyż przed pałacem namiestnika jest niepoprawny. Poprawny jest
natomiast krzyż prawosławny upamiętniający najeźdźcę ze wschodu. W
ramach pojednania i zakończenia wojny polsko-ruskiej pod flagą biało
czerwoną. Natomiast nakręcona w pałacu na wodzie wojna polsko-polska, w
reżyserii gieroja sowietskowo sajuza, powinna mieć jakieś inny finał i
upamiętnienie. Można na przykład zorganizować paradę miłości pod flagą
tęczową w centrum Warszawy. Codziennie od 16.00 do 18.00 .
Każdy poprawny obywatel wie że na tym zakończyć nie można. Konieczne
jest również pojednanie polsko-szwedzkie, w ramach przypięczętowania
potopu. Można by postawić w Częstochowie przy klasztorze krzyż
luterański i wielką kolumbrynę. Albo zupełnie niekonwencjonalnie,
zorganizować imprezę przy szwedzkim stole, oczywiście stół musi być
okrągły.
Kopiec usypany rękoma wdzięcznych za hejnał mieszkańców Krakowa,
nieznanemu najeżdźcy tatarskiemu, też byłby mile widziany przez
Europejską Unię. Tak myślę.
Nie można zapomnieć o Niemcu. Nie tym co to go Wanda nie chciała, ale
tym co przyjechał do nas w 39 i spędził bez mała 5 lat reorganizując, w
ramach wolontariatu, naszą gospodarkę. Myślę że najlepszy byłby dla
uczczenia jego bytności na naszej ziemi pomnik krzyża protestanckiego
(ewentualnie krzyż rzymski) przy bramie Oświęcimskiej. Albo na
Westerplatte .
Jako nową turystyczną atrakcję Zakopanego proponuję tym razem nie
krzyż, ale świecącą makietę spodka (czyli latającego talerza) na
Giewoncie. Ostatecznie może być to spodek neonowy. Oczywiście tuż przy
krzyżu. Mógłby być symbolem pojednania międzygalaktycznego, czyli hołdem
złożonym najeźdźcy z kosmosu, który moim zdaniem już jest pomiędzy
nami. Mało tego, zielone ludziki posiadają już pełnie władzy w naszym
państwie. Co widać po udanym procesie przeszczepiania, na nasz grunt
pozaziemskiej kultury .
Opublikowano na "Niepoprawnych" 08 sierpnia 2010 roku.
Krzyż jest pamięcią.
Dlaczego wokół krzyża jest tak gorąco? Skąd ci upojeni ludzie
wznoszący nienawistne okrzyki, przeklinający, plujący i tratujący
wszystko? Skąd ta nienawiść i zacietrzewienie? Czy porównywanie tego co
się dziś dzieje pod krzyżem do Golgoty, a imprezującej warszawki do
motłochu szydzącego i ironizującego z Jezusa jest trafne? Pokusa aby się
utożsamiać z obrońcami krzyża jest wszak ogromna. Ale w końcu jest to
miejsce publiczne. Miejsce przed siedzibą prezydenta laickiego państwa.
Będę się głośno zastanawiał.
Obseniczne gesty przeciwników krzyża w tym miejscu, i krzyża w ogóle ,
obecność wszystkich wrogów wartości ktorzy tam się zebrali i ferują
hasła o wolności i tolerancji, nie jest przypadkowa. To miejsce jest
dziś zarzewiem. Tam oprócz tych którzy wiedzą po co tu przyszli,
gromadzą się też wszyscy sfrustrowani i nieszczęśliwi. Ci tańczący i
grający w kółko i krzyżyk są nie tylko upojeni alkoholem i narkotykami.
Są nie tylko metaforycznie, ale rzeczywiście opętani, i zindoktrynowani
przez media służące poprawnym. Czy to się może dobrze skończyć? Nie, to
nie skończy się dobrze, skoro policja nie interweniuje mimo, że w innym
przypadku już dawno spacyfikowałaby tego rodzaju zachowania jak picie w
miejscu publicznym, oddawanie moczu czy znieważanie symboli religijnych.
Argumenty harcowników, że my możemy robić co chcemy, skoro oni się mogą modlić jest absurdalne.
Dlaczego policja nie interweniuje? Dlaczego szybko nie zrobiono choćby
tablicy z napisem "tu stanie pomnik". Przecież taką rzecz można by
wygrawerować i ustawić w godzinę?
O co chodzi?!
Chodzi o to, że ten krzyż, właśnie ten krzyż, i w tym właśnie miejscu,
nie żaden inny, gdzie indziej, jest znakiem pamięci. Pamięci o Smoleńsku
i symbolem Prawdy. Nie tej prawdy jednostkowej, która jest kłamstwem,
nie prawdy relatywistycznej i prawdy pragmatycznej, ale Prawdy w ogóle.
Prawdy, która widocznie jest dla dziś rządzących niewygodna. Ale nie
zmienia to faktu, że jest Prawdą.
Ci którzy mówią, że nie warto kruszyć kopii, bo to tyko krzyż, nie
mają racji. To jest coś więcej niż krzyż. To jest nasza narodowa pamięć.
Nasza historia i tożsamość. Ten krzyż jest znakiem, że jesteśmy jeszcze
narodem.
Nie chcę być złym prorokiem, ale przy takim podejściu rządzących musi
polać się krew. Ojciec mój twierdził, że krew, i tak wcześniej czy
później musiała się będzie polać. Dlaczego? Bo czerwona władza, która weszła na bagnetach, na bagnetach wyjść musi, mówił, nie ma aksamitnych rewolucji .
Teraz nie jest już to takie pewne, czy ta władza wyjdzie, ale duża
część narodu ma świadomość kto nami rządzi i znajdą się wśród nich i
tacy, którzy będą gotowi poświęcić się dla idei wolnej Polski. Mimo
ciągłego zohydzania i relatywizowania przez media takich słów jak Bóg,
Honor, Ojczyzna. Teraz niestety Polska nie dzieli się na Nas i Onych. Im
się udało przez dwadzieścia lat ogłupić i przeciągnąć wielu na ciemną
stronę.
Jezus powiedział Ja jestem i Drogą i Prawdą i Życiem . Więc
wydaje mi się, mimo innego zdania prezentowanego przez część katolickich
hierarchów, że to porównanie do Golgoty nie jest przesadzone. Tam,
przed pałacem, rzeczywiście dziś jest najważniejsze miejsce w Ojczyźnie.
Bardzo ważną rzeczą jest aby ci którzy tam są dzisiaj i się modlą za
Prawdę i za Ojczyznę, nie dali się sprowokować, wciągnąć w burdę. Abyśmy
trwali.
Opublikowano na "Niepoprawnych" 03 lipca 2010 roku
Ach, jacy jesteśmy pragmatyczni. (Rzecz - nie tylko - o polskiej rzeczywistości politycznej)
Mówi się, że cel uświęca środki. Po trupach do celu. Takich działań, a
także ludzi którzy tak postępują, nie odbieramy pozytywnie. Także tego
rodzaju działań nie określa się jako "pragmatyczne", bo słowo
"pragmatyzm" nie ma pejoratywnego wydźwięku. W potocznym rozumieniu za
pragmatycznego uważa się człowieka, który " twardo stoi na ziemi", czyli
potrafi realnie ocenić możliwości swoje i innych, i dzięki temu
skutecznie działa w granicach ... Właśnie w jakich granicach? Czy w
granicach, zakreślonych pewną przyjętą kulturą postępowania, a może
zasadami moralnymi?
A gdyby tak się okazało, że pod wpływem filozofii pragmatyzmu "pewna"
kultura działania wcale nie jest "pewna" tylko "zmienna"? Albo, że pod
wpływem idei pragmatyzmu zasady moralne ulegają stopniowemu rozluźnieniu
i to co było jeszcze nie tak dawno "nie do pomyślenia" w naszym
postępowaniu, dziś jest standartem?
Czy przypadkiem nie istnieje rozdźwięk pomiędzy potocznym rozumieniem
słowa "pragmatyzm", a jego rzeczywistym znaczeniem. Pragmatyzm jako
myśl filozoficzną można ująć w skrócie tak - "prawdziwe jest to co
pozwala skuteczniej działać ". Bogiem a prawdą, to właśnie myśl
pragmatyczna odsunęła prawdę religijną, jako idealistyczną, krótkim
stwierdzeniem , że sądy naukowe są prawdziwe, ponieważ przyjmując, że to
one są prawdą można bardziej skutecznie postępować.
Czy pragmatyzm nie przeczy samemu sobie? Przecież w wymiarze
jednostkowym, grupowym, albo krótkoterminowym się sprawdza. Pozwala
jednostkom bardziej przebojowym (mniej asekuracyjnym, albo też i
bardziej bezwzględnym) w zdobyciu przewagi nad konserwatystami,
trzymającymi się zasad. Filozofia celu jest bowiem, jak się okazuje,
przeciwna filozofii zasad. Osoba nakierunkowana na cel, niejako z
założenia musi łamać zasady. Łamiąc zaś stare zasady, ustala nowe,
przesuwając granice tego co wolno coraz dalej. Praktycznie bez granic.
Dopóki filozofia pragmatyzmu pozostaje pragmatyzmem filozoficznym nie
jest groźna. Tak samo jak marksizm zawarty w samym tylko w "Kapitale".
Również pragmatyzm, dopóki tkwi w nim pierwiastek religijny twierdzący,
że niewiara również jest wiarą, bo nakazuje wierzyć że "coś nie
istnieje" , nie jest jeszcze groźny. Staje się nim kiedy wyrzuci się z
niego (jako filozofii) elementy religii i metafizyki (powstaje wówczas z
niego kierunek filozoficzny zwany instrumentalizmem), a nade wszystko
wówczas, kiedy zastosuje się go w praktyce, a więc między innymi w
polityce. Jak wiadomo z historii pragmatyzm wpłynął na tworzenie się
faszyzmu.
William James - twórca pragmatyzmu - uznawszy, że "pojęcia" nie
odpowiadają rzeczywistości, że są tylko narzędziami działania, dopuścił
do ich względności a więc uznał że manipulacja werbalna nie jest czymś
nagannym. Tym samym zaakceptował erystykę, o której Michał Monteigny w
swoich "Próbach" pisze tak >>Pewien retor w dawnych czasach
powiadał, iż jego rzemiosłem jest >>rzeczy małe wydmuchiwać i
czynić z nich wielkie" (...) w Sparcie oćwiczono by go rzemieniem, za
to, że czyni rzemiosło z kłamliwej i oszukańczej sztuki (...) Ci którzy
nakładają maski i barwiczkę białym głowom, mniej czynią złego :
niewielka to strata nie oglądać ich w naturalnym stanie; tamci natomiast
czynią rzemiosło z tego, by mamić nie nasze oczy, ale sąd, aby
koszlawić i kazić samą istotę rzeczy.<< </p>
Wynika z tego, że pragmatyzm jest rzeczą o tyle nową, że pozwala w
sposób naukowy uzasadniać istnienie nie tylko erystyki ale i demagogii,
czyniąc z nich podłoże działania ludzi. I akceptując takie działanie
nie tylko jako dopuszczalne, ale i pożądane .
Dziwne wydaje mi się tylko, że odrzuciwszy faszyzm i marksizm, nie
odcięto się od gleby która może je odrodzić. A jest nią właśnie
filozofia pragmatyzmu. Nie wróży to dobrze na przyszłość. Wcześniej czy
później, a właściwie już, powstaje coś jeszcze nie nazwanego, ale już
bardzo groźnego. W każdym razie najistotniejsze dla nas jest mieć
świadomość tego postępującego zjawiska. Nie tylko dostrzegać go we
własnym działaniu (na ile ten artykuł jest pragmatyczny:), ale i znać
jego rodowód i zasady według których działa.
Dlaczego jeszcze pragmatyzm jest groźny? Dlatego, że prawda w
pragmatyzmie jest relatywna. A więc nie istnieje. Dlatego, że zawsze
można skuteczniej zadziałać, jeśli na przykład do dyskusji wprowadzi się
zamiast argumentu młotek. A ponieważ relatywna prawda nie może być
prawdą, trzeba uświadomić sobie, że "ten który twardo stoi na ziemi"
nigdy nie może być nazwany pragmatykiem. Stać twardo na ziemi to trzymać
się zasad. Inaczej zawsze znajdzie się ktoś kto takiego pragmatyka od
niej oderwie . Choćby za pomocą sznurka. ...................................................................................................................................................
Opublikowano na "Niepoprawnych" 02 lipca 2010 roku
Mgła opada jak całun
Taka scena. Statki stojące na redzie u wodnych bram Gdańska, Gdyni,
Szczecina. I przepływający obok nich cień małego samolotu, z którego
pokładu filmowany jest ten obraz. Towarzyszy temu muzyka poważna i
groźnie brzmiące słowa komentatora dziennika telewizyjnego. Ten widok
stoi mi przed oczami, kiedy przypominam sobie koniec sierpnia 1980 roku.
Koniec wakacji. Przy okazji przychodzi mi także do głowy tekst piosenki
"Lombardu". Konkretnie ten dwuwers w którym: >> spiker cedził
ostre słowa, od których nagła wzbierała złość <<. Ale jak
przypomniam sobie, mnie wówczas nie ogarniała żadna złość. Raczej lęk.
Przed tym co nadejdzie. To znaczy, przed tym wielkim niewiadomym, czymś
co ma się wydarzyć.</p>
Na ten obraz nakłada mi się inny. Wcześniejszy. Jest 16
października 1978 roku. Pierwsze słowa które padają z ust nowo wybranego
papieża brzmią: >> Nie lękajcie się! Otwórzcie drzwi
Chyrystusowi! <<. Te słowa jednak są zagłuszone przez emocje.
Szaloną radość z tego, że mamy swojego papieża . Wówczas nieważne jest
to co mówi. Ważne, że jest. Teraz wiem, że to jednak te słowa, które
wówczas powiedział były najistotniejsze. Ale ja wówczas tego nie
dostrzegam.</p>
Kiedy dzisiaj myślę o tych dwóch krótkich zdaniach
wypowiedzianych przez Jana Pawła II, przychodzi mi na myśl jeszcze jeden
epizod. Tym razem z Ewangeli .Scena, w któr Jezus przywraca wzrok
ślepcowi w Betsaidzie. Oczy niewidomego nie otwierają się od razu.
Najpierw widzi zaledwie zarysy. Mówi: >> widzę ludzi, bo gdy
chodzą, dostrzegam ich niby drzewa <<. Dopiero kiedy Jezus
ponownie kładzie ręce na jego oczy zaczyna widzieć "jasno i wyraźnie".
</p>
Jak z tym jest? Czy to reguła, że nie rozumie się faktycznego
znaczenia usłyszanych słów, że nie dostrzega prawdziwej istoty
wydarzeń, nie docenia ludzi, którzy żyją równolegle do nas? Czy jest
tak, że tylko przeczuwa się wagę jakichś spraw, ale świadomość znaczenia
przychodzi dopiero później? Kiedy wszystko układa się w pewną całość?
Czy dopiero z dystansu jesteśmy w stanie poznać rzeczywiste znaczenie
słów, wagę zdarzeń, wielkość ludzi?
A jeśli od pierwszego momentu widzi się, że jest to rzecz tak
istotna, tak nieprawdopodobna, że nie można się z niej otrząsnąć. Czy
można się pomylić co do jej znaczenia? Konkretnie? No, gdy jest na
przykład tak jak w tym przypadku, gdy wciąż - niezależnie od tego, gdzie
jestem i o czym myślę - staje mi przed oczami jeden tylko obraz:
wielkie wysypisko śmieci, pełne różnych elementów - foteli , bagażu,
kawałków samolotu, fragmentów ciał . Taki ogromny śródleśny śmietnik. I
powraca pytanie - kto ich chciał wyrzucić na śmietnisko historii? I
jeszcze ta wygięta blacha z białoczerwoną szachownicą, przysypana
okruchami ziemi. Jak otrząsnąć się z tej wizji ? Jak wyzwolić się od
niegj? Po 10 kwietnia nie mogę słuchać śmiechu kabaretów, głupich
dowcipów; z obrzydzeniem patrzę jak "nienasyceni" za wszelką cenę pragną
posiąść całą władzę, sprawiając wrażenie, że nie cofną się przed
niczym.
Czy takim przełomem dla nas wszystkich, jak pierwsze słowa Jana Pawła
II skierowane do wiernych, jest tragedia smoleńska? Od pierwszych
minut, kiedy tylko dowiedziałem co się wydarzyło, mam nieodparte
wrażenie, że tak. I chociaż główni celebryci w mediach, już dawno
odtrąbili koniec żałoby, marketingowcy wykorzystują to wydarzenie w
reklamach piwa i telefonów, a cyniczni prześmiewcy szydzą z niego, i z
tych którzy głęboko odczuwają tragedię - ja czuję że tak. I choć
"wielkie medialne autorytety" podsumowały już dawno i krótko, że byliśmy
żałobnikami przez trzy, może pięć dni, ale przecież się otrząsnęliśmy,
bo nie można wiecznie rozpamiętywać jakiegoś tam wypadku, ja czuję coś
innego. Czy tylko ja? A co jeśli się nie otrząsnęliśmy ? Jeśli wciąż
czujemy ucisk tej tragedii jak wielki rdzewiejący gwóźdź , który tkwi
nieustannie w gardle?
Nie. Myślę, że nie tylko ja tak to czuję. Wciąż przecież napotykam
nowych ludzi, którzy nie mogą się pogodzić z procesem wyjaśniana tej
sprawy. To jest tłum, który nie topnieje. Wręcz przeciwnie. Mam
wrażenie, że prawda o tym wydarzeniu, a właściwie coraz dłuższa lista
pytań, kwestionująca wnioski płynące z rosyjskiego śledztwa dociera do
coraz większej ilości ludzi. Pytania gromadzą się nad rządzącymi jak
wielka gradowa chmura. Wątpliwości narastają lawinowo. Dyskusja jest
coraz bardziej rzeczowa. Czy nie ogarnia całego kraju? A ci którzy jej
nie słyszą? Ci po prostu nie chcą jej słyszeć. Może się boją prawdy, a
może są tak zasłuchani w pochlebstwa klakierów, że nic innego do nich
nie dociera. Nie wiem.
W każdym razie wciąż słyszę głos Ojca świętego: >>Nie lękajcie
się. Otwórzcie drzwi Chrystusowi.<< Otwórzcie drzwi Prawdzie. A
więc to Prawda ma nas wyzwolić? Czy zawsze jest tak, że gdy ludzi
ogarniają ciemności kłamstwa, ci w naturalnym odruchu kierują się ku
światłu?<br />
Czy tak rodziła się "Solidarność" w 1980 roku?
Wydarzenia na placu Uzurpatorów. Coraz mniej rozumiem z tego co się dzieje. Niezrozumiałe dyskusje,
agresja, która w sumie nie wiadomo skąd wypływa. Jakieś prawdopodobnie
żarty, bo niektórzy się z tego śmieją. Czuję się jak mój świętej
pamięci stuletni dziadek, który rok przed śmiercią, stwierdził że czas
umierać bo nikogo nie zna i nic z tego co się dzieje nie rozumie.
Ja też nie rozumiem. Otacza mnie wirtualna rzeczywistość. Nie pojmuję
na przykład jak można tak olać totalnie tragedię smoleńską. Jak można
przejść nad tym do porządku dziennego. Jak można poruszać sprawy jakichś
dziwnych wydarzeń, powtarzać słowa wyrwane z kontekstu, krążyć wokół
historii których nie było, albo o których nikt nie pamięta, i które nie
mają żadnego znaczenia, a nie rozmawiać o odpowiedzialności tego rządu
za wysłanie tylu ludzi na śmierć pod Smoleńsk. Gdyby to nie była
realność, to należałoby to zakwalifikować do równoległej, paranoidalnej i
sztucznej rzeczywistości, zrodzonej w głowie jakiegoś grafomana z
trwałym uszkodzeniem płata czołowego i szyszynki. Ale to nie jest
najbardziej absurdalne. Najbardziej nieprawdopodobne jest to, że ci
odpowiedzialni za śmierć prawie całej elity, nadal rządzą tym krajem.
Nawet ten, który był bezpośrednio odpowiedzialny za lot, za jego
zabezpieczenie. Nawet on nie podał się do dymisji. Już nie wspomnę o
premierze, któremu nie tylko nie zależy kto prowadzi śledztwo i według
jakich procedur jest prowadzone, ale który podszedł do tego jak do
niegroźnej stłuczki przy placu Uzurpatorów. Jakby był z innej planety.
Opowiada z marsem na twarzy jakieś wierutne bzdury, a zamiast kierować
sprawami państwa prowadzi kampanię prezydencką. Ma czelność o swoim
kontkandydacie mówić, że pragnie zdobyć władzę bazując na fundamencie
kłamstwa. On to mówi? Ten najbardziej zakłamany ze wszystkich mi znanych
. Ja domyślam się, że to wszystko jest gra. Nieudolne aktorstwo, gorsze
niż to klanowe . Jakiś koszmarny serial z garunku political fiction,
chyba jednak nie reżyserowany ani przez Wajdę ani Holland. Raczej
makabryczny, nienawistny żart wygenerowany przez Majewskiego. Tyle że ja
nie rozumiem żartów, które nie rozróżniają rzeczywistośc i prawdziwej
śmierci, od wkręcania. Nie trawię dowcipów w których nieuczestniczenie
może zakończyć się śmiercią. Najbardziej z tego wszystkiego przerażają
mnie telewidzowie. Ci otumanieni ludzie o których nie można już chyba
mówić społeczeństwo. Ubezwłasnowolnieni ludzie. Polscy zombie. Patrzący
obojętnie na śmierć, swoich obrońców. Nie umiejący zadać sobie
najbardziej podstawowych pytań. Kim my jesteśmy do diabła ?
Opublikowano na "Niepoprawnych" 07 czerwca 2010 roku
Wyzwanie dla profesjonalistów
Patrząc na działania rządu po katastrofie smoleńskiej, podczas
tegorocznej powodzi, oraz na forum międzynarodowym dostrzegam, że tak
naprawdę to ten rząd jest dobry wyłącznie w działaniach public relation.
W rzeczywistości to są ignoranci. Pomyślałem sobie po przeczytaniu dziś
rano wywiadu w Rzeczpospolitej z gen. Petelickim, że aby ci ludzie
odeszli w niebyt, naprawdę trzeba niewiele. Żadnych manifestacji,
seansów nienawiści, spektakularnych akcji "zabierz komuś tam dowód" .
Wystarczy odrobina cierpliwości. I spokój. Wystarczy posłuchać tego co
sami mówią. Te słowa premiera " zapamiętajcie kto, co spieprzył"
jest bardzo dobrym hasłem. Ich brak profesjonalizmu widoczny jest na
każdym kroku. Wcale nie trzeba udowadniać im powiązań agenturalnych z
wywiadami obcych mocarstw , z dawnymi siłami specjalnymi. Wystarczy
pokazać jak naprawdę działają. Według klucza - co powinni zrobić, co
mogli zrobić , co zrobili i jakie są tego skutki. Dzisiejszy wywiad z
Petelickim mam nadzieję, otwiera długą serię wypowiedzi fachowców na
temat ich działań.
Mam tylko ogromną nadzieję, że ktoś nakręci film zaczynający się od ich
spotów wyborczych z 2007 ( czy ktoś to ma zapisane ?) Jeszcze stoi mi
przed oczyma ta radosna służba zdrowia (ostatnio pocałowałem klamkę na
pogotowiu), ci powracający do kraju młodzi ludzie, te baseny dla dzieci.
A zakończyć ten film wydarzeniami z 2010 . Nic więcej nie potrzeba.
Trzeba ten elektorat, który oni tak ogłupili - uświadomić na kogo
głosował. Chociaż po ostatniej wizycie p.o. prezydenta w Londynie widzę,
że ten ich, sprzed trzech lat, elektorat już wie.
Żadnych nerwów, grubych słów. Należy tylko spokojnie wykazywać ich
nieprofesjonalizm. Rozliczyć się z nimi tak, jak ze złym, pracownikiem,
który narobił ogromnych szkód, będąc przez nas przyjętym na stanowisko o
kilka grup powyżej swych kompetencji. Każdy może się pomylić tym
bardziej, że CV mieli kapitalne i do rozmowy kwalifikacyjnej ktoś też
ich perekcyjnie przygotował.
No cóż czas na rozmowę. Czas na podsumowanie umowy o dzieło. ...................................................................................................................................................
Opublikowano na "Niepoprawnych" 06 czerwca 2010 roku.
Zapamiętajcie kto co spieprzył.
Te słowa premiera słyszałem w telewizji. Artykuł ten jest odpowiedzią na jego apel.
Mój problem to pikuś w porównaniu z zalanymi domami, osuwiskami i
utraconym dorobkiem całego życia. U mnie w tym roku tylko (trzykrotnie
wprawdzie) wybiły w piwnicy sanitarne studzienki. Pewnie bym o tym nawet
nie wspomniał , gdyby nie znaczenie symboliczne tego zjawiska jakim
jest - zalew g.w.a.
Jeszcze przy pierwszym zalaniu przytargałem pompę, kopałem jakieś rowy,
latałem po sąsiadach, dzwoniłem, znajomi znajomych uruchamiali
znajomości w wydziale kanalizacji i ... g.w.o to dało.
Teraz siedząc poziom wyżej nad schnącymi fekaliami postanawiam sięgnąć do źródeł historycznych. Skąd się wzięło g.w.o. Monografia.
Wynurzyło się oto nagle z cofającej kanalizacji, ta zaś przygnała ku
mnie swe nurty od rzeki, zalewającej dolną część miasta. Czy nie
powinienem być zatem szczęśliw, i siedzieć cicho, zacierając łapki, że
to nie mnie dotknęło nieszczęście całkowitego zalania? Że mogę tak oto
sobie po prostu siedzieć na suchym i oglądać TV ? Nie. Zanim g.w.o
przyschnie będę o tym pisać.
Zaczęło się to wszystko jeszcze w 2007 roku. Dokładnie w sierpniu . Rząd
Jarosława Kaczyńskiego przygotował wówczas listę kluczowych inwestycji,
które miały być finansowane ze środków unijnych. Było ich 420, a ich
wartość opiewała na ponad 44 mld zł. Był tam między innymi projekt dla
środkowej Wisły o wartości 200 mln euro, który miał chronić tereny
pięciu województw. Był projekt obwałowywania Wisły od Koszyc do Płocka,
umocnienie i naprawa wałów. Była zaplanowana naprawa zbiornika na Nysie
Kłodzkiej.
Środki na ten cel są w unii priorytetem i w większości na pewno
zostałaby przyznane gdyby o nie wystąpiono. Niestety 1 lutego 2008 roku
pani minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska (już rządziło PO)
wykreśliła z listy inwestycji strategicznych projekty o wartości prawie
33 mld zł.
W województwie opolskim i podkarpackim nie ostał się ani jeden projekt.
Podkarpacie - rozumiem - moherowy matecznik, ale opolszczyzna?
W dniu 4 czerwca 2010 roku, w 21 rocznicę wypadków na placu Tian'anmen
zalało Jasło. Tymczasem dwa lata i cztery miesiące wcześniej, Stanisław
Pankiewicz wójt gminy Jasło mówił reporterowi Rzeczpospolitej – Rząd
chyba woli płacić potężne pieniądze na zwalczanie skutków powodzi i
dalej narażać mieszkańców na niebezpieczeństwo, niż zapobiegać takim
kryzysom . http://www.rp.pl/artykul/90126_Wielki_bunt_samor... To były prorocze słowa.
Kiedy w lutym 2008 dotarła do mnie informacja o tym, że wszystkie
inwestycje ekologiczne w moim regionie z listy indykatywnej zostały
wstrzymane towarzył temu komentarz, że jest to zemsta platformy na
ludziach, za to jak głosowali na podkarpaciu.
Ten artykuł piszę, bo już mało kto o tym pamięta. Ludzie u nas mówią że -
i jedni i drudzy są siebie warci. Że myślą tylko o żłobie. Że i jedni i
drudzy rządzili i nic nie zrobili. A nie pamiętają jednego, że
platforma przecież zrobiła - usunęła wszystkie nasze projekty z tej
listy. Uniemożliwiła nam obronę przed wodą. Ci z PiS, którzy byli w te
sprawy zaangażowani - najmocniej krzyczeli - Krzysztof Putra i Grażyna
Gęsicka, http://www.szczypinska.pl/?p=714-
już się w tej sprawie nie odezwą. Dlatego ja, z brzęczącymi w pamięci
słowami mego premiera, póki jeszcze całkiem nie zalało mnie g.w.o, wołam
z głębiny, przypominając jego wielkopomne słowa - "Zapamiętajcie kto,
co spieprzył". Ja zapamiętam. A gdybym zapomniał, przypomninać mi będzie
te słowa kloaczny zapach dochodzący z mojej piwnicy. Gdyby ktoś chciał
sobie odświeżyć pamięć - zapraszam serdecznie.
Opublikowano na niepoprawnych 04 czerwca 2010 roku
Polska. Wielki eksperyment.
Doprowadza mnie prawie do szaleństwa to, co się nadal dzieje w
mediach. Jakby w Polsce nic się w tym roku istotnego (nie mówiąc już
tragicznego) nie wydarzyło, poza defiladą gumowych penisów, i
charytatywnym koncertem jaśnie pana Komorowskiego na drumlę i dwie stare
kobzy w Pałacu na wodzie. Faszeruje się nas wciąż głupimi reklamami i
trzepie się siwą od kłamstwa pianę. Za komuny nazywało się to
ekstremalną demagogią. Czy eksperymentatorzy - ci pożal się Boże
magistrowie PR - uważają, że jesteśmy dwuzwojowymi praprzodkami
neandertalczyków ? Albo przynajmniej czy wypróbowywali przed nami swoje
sztuczki na ryjówkach ? Pewnie nie, bo na moim pudle jest z tyłu napis
"Not tested on animals".
Chciałoby się krzyczeć w reyowym stylu : "Wała. Niechaj narodowie wżdy postronni znają iż Polacy nie ptacy i rozsądek mają", ale nagle język kołowacieje i przysycha do zębów. Czy aby jeszcze w swej większości mają?
Trwa festyn próżności. Rechotanie, gulgotanie. Karmienie zmysłów,
impulsowa sprzedaż seksu oraz plotek. Wojewódzki turniej ciężkich
dowcipów. Pawie na wybiegu. Drażnienie sił pożądania. Do porzygania.
Heroiczne kabarety szydzące z poprzedniego rządu. W sumie może i racja.
Ten obecny jest rządem grabarzy. Zupełnie nie ma się z czego śmiać.
Chyba że ktoś ma iście wisielcze poczucie humoru. Ale kabaret
schlebiający rządzącym jest tak samo niesmaczny jak szynka po kaszubsku
marynowana w wodzie zrobionej z mózgu.
Śmieszni bywają natomiast teoretycy prywatyzacji, którzy nie widzą
związku mediów z rządzącymi. Z przekonaniem usiłują nam wciskać, że to
coś zupełnie innego. Nie ta sama grupa interesów, nie ta bajka. Szanowni
Państwo. Toż nie trza wcale być krytykiem teatralnym aby wyczuć ten sam
lekko od topora przyciosany styl nadętego salonu. Ta sama reżyseria i
choreografia widoczna zarówno w baletowym kroku PO prezydenta kroczącego
po wałach co u uczestników programu "Tańcz z pyszałkami" .
W prywatnych telewizjach przeprowadzana jest na żywo operacja - będąca
szczytem osiągnięć chirurgii - bezinwazyjna sterylizacja umysłu przez
otwór w uchu i oko.
Jest tylko jedno wytłumaczenie tego zjawiska. Jesteśmy poddawani
nieludzkiemu eksperymentowi, który ma dać odpowiedź na kilka pytań. Jak
daleko można się posunąć w odczłowieczaniu społeczeństwa? Czy można temu
motłochowi (tzn. nam) wcisnąć wszystko? Czy pozostałych można
skorumpować, a tych szczególnie opornych eksterminować bez wywoływania
sprzeciwu u pozostałych ?
To nie przesada. Eksperyment, któremu jesteśmy poddawani ma z nas
zrobić stado bezmózgich golemów. Widzę ich coraz więcej wokół siebie.
Czasami nawet w lustrze.
Eksperyment trwa nadal. ..................................................................................................................................................
Opublikowano na"Niepoprawnych" 02 czerwca 2010 roku
Przecież znamy prawdę
Czy nienawiść, zajadłość i kłamstwo nie jest orężem tchórzy?
Najprościej byłoby odpowiedzieć nienawiścią na nienawiść. Tyle, że my
nie mamy powodu aby się lękać. Nie mamy żadnego powodu by nienawidzić.
My znamy Prawdę.
Ci którzy Ją znają nie czują ani lęku ani wściekłości, z tego powodu, że
nie ujawnia się prawdy o Smoleńsku. Nie zapomnieli o starej zasadzie, o
której tamci także wiedzą doskonale, i którą perfekcyjnie stosują, a
która mówi, że największy jest lęk przed nieznanym. Stąd ten zamęt,
wprowadzanie niepokoju, tysięcy wersji i wątków, tez podrzucanych przez
agentów obcego wywiadu.
Choć trzeba to przyznać - manipulatorzy chcąc wprowadzić nas w stan
niepewności i lęku sami doskonale wiedzą czego się boją. Dlatego
strasząc nas, wprowadzając w stan niepewności, chcą abyśmy siedzieli
zobojętniali w naszych domach. Zobojętniali, przestraszeni albo
znieczuleni. Chcą abyśmy - jeśli już zdecydujemy się na kontestację -
myśleli "moim protestem niech będzie milczenie i obojętność". Chcą
abyśmy zwątpili w swoje racje. Oni mają jeszcze nadzieję, że uda się
nad nami zapanować. Że to wszystko co stało się po 10 kwietnia, to był
tylko chwilowy impuls, egzaltacja motłochu.
Tymczasem my przecież nie mamy czego się lękać. W co wątpić. Bo znamy prawdę o tragedii smoleńskiej. Znamy Prawdę.
Niech miotają się ci, którzy chcą coś ukryć, których sumienie szczęka o
żelazne zęby. My przecież dobrze wiemy, że aby zwyciężyć, wystarczy ta
wewnętrzna radość, która nas przepełnia kiedy mamy świadomość, że
postępujemy właściwie. My czujemy, że idziemy tam dokąd iść powinniśmy.
Nawet jeśli idziemy w kondukcie. Ale idziemy razem. Nie idziemy każdy z
osobna w tym samym kierunku jak oni, ale idziemy wspólnie. Różni nas
właśnie to poczucie wspólnoty, którego oni nie są w stanie doświadczyć.
To nam daje pewność i spokój. To jest nasza Prawda.
Nie ma sensu przekonywać tych zadufanych, do niczego. Jedyna rzecz,
która może im pomóc to nasza wyciągnięta ręka. Ciepły uśmiech na ich
zajadłość. Nasza spokojna pewność, że i tak poznamy całą prawdę mimo ich
matactwa. To nie ma ich rozjątrzyć, ale skłonić do zastanowienia.
Najważniejsze aby zapytali - z czego wynika ich spokój? Z czego czerpią
tę radość? Tę przychylność do siebie ? Skąd u nich ta wiara ?
Nowe śledztwo smoleńskie zostanie wszczęte w 2076 roku?
Nie chciałbym być złym prorokiem, ale jako prawnik
(zresztą były pracownik prokuratury), mogę stwierdzić na podstawie
dotychczas prowadzonego śledztwa, oraz wypowiedzi rzecznika
prokuratorii, że nie jest ono w stanie doprowadzić do rzeczowego
wyjaśnienia zdarzenia zwanego "katastrofą smoleńską".
Pomijając już błędną podstawę prawną według, której prowadzone jest to
"międzypaństwowe" śledztwo, należałoby przyjrzeć się osobom w nim
"uczestniczącym" ze strony Polski. Uwaga! Fakt nie podnoszony dotychczas
- należałoby sprawdzić czy komórka prokuratury wojskowej ds. katastrof
lotniczych nie została przed katastrofą, zlikwidowana ze względów
oszczędnościowych. Czy "specjaliści", którzy polecieli do Rosji nie są
czasem prokuratorami wojskowymi o specjalności ogólnej? Z moich
informacji, których jednak nie mogłem zweryfikować gdyż nie mam dostępu
do informacji wojskowych - wynika, że tak właśnie jest. Tymczasem
różnica pomiędzy prokuratorem wojskowym, a prokuratorem wojskowym -
specjalistą od katastrof lotniczych jest taka sama ( w posiadanej wiedzy
specjalistycznej) jak pomiędzy aplikantem prokuratury rejonowej, a
adwokatem specjalistą od spraw gospodarczych. Mówiąc jeszcze prościej -
jak pomiędzy kierowcą a kierownikiem. Niby to samo, a coś zupełnie
innego. Jeśli więc mamy niewłaściwą podstawę prawną, osoby o
niewłaściwym przygotowaniu prowadzące , przepraszam - biernie
uczestniczące w czynnościach - możemy mowić, jeśli dobrze rozumiem, o
braku właściwości nie tylko rzeczowej ale i paradoksalnie również -
miejscowej - prowadzonego postępowania przygotowawczego . Co z tego
wynika? A to, że wyniki śledztwa będą musiałby być uchylone , a
postępowanie przeprowadzone ponownie. Gorzej jeśli nie będzie juz
wszystkich dowodów rzeczowych.
Wcześniej czy później zostanie więc wszczęte nowe śledztwo, dokonane
zostaną ekshumacje, zbadane zostaną próbki ziemi z miejsca wypadku,
dokonane zostaną szczegółowe oględzin zachowanych elementów samolotu,
przejrzane zostaną protokoły przesłuchań, nowi śledczy przeprowadzą
konfrontacje osób składających zeznania, zostaną przejrzane wszystkie
materiały opublikowane w sprawie tego zdarzenia. Określone zostanie kto i
w jakim zakresie ponosi winę za preparowanie fałszywych dowodów, kto i
dlaczego był zainteresowany w nakierowaniu śledztwa na fałszywą
trajektorię (to taka metafora w rodzaju tej co onigiś znaczyło
"fałszywe tory"), będzie trzeba zwrócić się do NATO o pomoc prawną w
postaci udostępnienia posiadanych dokumentów, określić trzeba będzie kto
jest winien zaniedbań w przygotowaniu i organizacji wylotu. I czy było
to tylko niedbalstwo. Naświetlone zostaną wszystkie aspekty zdarzenia.
Niech nikogo nie niepokoi to, że obecnie wszystko
dzieje się jakby ktoś umyślnie zacierał ślady . PO prostu, wynika to z
sytuacji geopolitycznej, ale jak wiemy doskonale wszystko się zmienia.
Istniejący obecnie układ sił nie zezwala na wyjaśnienie wielu rzeczy,
ale to wszystko do czasu. Ponieważ nie jesteśmy w stanie zmienić tego
układu z dnia na dzień, należy - jak to wcześniej już sugerowali na tej
witrynie FYM, Łażący Łazaż czy PiotrCybulski - stworzyć archiwum ,
bazę danych i zbierać materiały o Smoleńsku. Wszystkie oświadczenia
prasowe, zeznania świadków (bezpośrednich i pośrednich), fotografie,
filmy . Tak . To są dowody rzeczowe. Nie możemy sobie tłumaczyć, że
tylko dlatego, że je czytaliśmy wczoraj one istnieją i istnieć będą. To
nas nie zwalnia od działania. One istnieją tylko dziś, jutro mogą być
przekształcone, podmienione, usunięte, zmanipulowane. Jutro może ich
nie być. Należy więc kopiować materiały, umieszczać na różnych
nośnikach (papier, dyski) i zbierać. Nie chodzi oczywiście o wszystkie
materiały , pseudodywagacje i quasiteorie, ale o filmy, fotografie,
relacje świadków i osób kontaktujących się ze świadkami bezpośrednio
(np. dziennikarzy którzy przeprowadzali z nimi wywiady) relacje osób
mające kontakt z dowodami rzeczowymi , z miejscem zdarzenia . Jednym
słowem wszyskie dowody bezpośrednie. One jak wiemy (ubrania,
przedmioty) znikają lub ulegają rozproszeniu. Świadkowie zapominają
sami lub ktoś im pomaga zapomnieć. Mnie na przykład nie udało się nigdy
obejrzeć filmu transmitowanego ponoć przez tvn z zatrzymania
dyspozytora lotu w Smoleńsku. To są dowody które trzeba zbierać. Nowe
śledztwo równie dobrze może ruszyć w 2011 roku jak w 2076. Nie możemy
tej sprawy bagatelizować. To co wydaje nam się oczywiste dziś, wcale
takie nie będzie za kilka miesięcy, nie mówiąc już o latach.
Jest wielu ludzi którzy zaczęli już nad zbieraniem danych pracować - polecam np. stronę http://sites.google.com/site/katynii/
, ale to za mało. Musi powstać strona na której każdy jej użytkownik
będzie mógł wskazać materiał, który po zweryfikowaniu zostanie
przyporządkowany do właściwej grupy i przeniesiony na inny nośnik lub
kilka innych w różnych miejscach. Musimy to zrobić, dopóki wszystko jest
jeszcze świeże . Dopóki do wszystkich materiałów możemy jeszcze
dotrzeć. W pojedynkę nic nie zdziałamy . Należy zaktywizować do tej
akcji Ruch 10 kwietnia . Przepraszam, że nie wgłębiam się w temat i
piszę bardzo szkicowo, to co mi na szybko przychodzi do głowy, ale czas
nagli . Deklaruję, że jestem gotów przyłączyć się do każdego sensownego
projektu tego rodzaju, jeśli taki już istnieje lub przedyskutować ze
zdecydowanymi i konkretnymi osobami powstanie takiej bazy.