Opublikowano na stronie "W Polityce" 12.02.2012 r.
Totalne wkurzenie
Kryzys objawia się czasem w bardzo specyficznych formach. Oto podjeżdżam przed market znanej sieci.
Na parkingu trudno jest zaparkować, a i w środku ludzi przelewa się co
niemiara. Gorzej już przy kasach. Powrzucałem już sobie, „com ta
chciał” do koszyka, stoję, czekam. Mówię sobie – co to ci Misiewicz,
przyszło do głowy pchać się do sklepu w godzinach szczytu. Ale mimo
wszystko sterczę z uśmiechem trochę krzywo przyklejonym do twarzy, żeby
nie wprowadzać niemiłej atmosfery.
Denerwuje mnie, że muszę stać w przejściu, pomiędzy kasami, a końcówkami regałów.Co
chwilę ktoś bowiem się przepycha za mną albo przede mną, prychając ze
złością na nadplanową przeszkodę. W sumie go rozumiem – człowiek
przychodzi wydać ciężko zarobione pieniądze, a tu mu jakiś zawalidroga
staje w poprzek. Muzyka sączy się leniwie, a spod sufitu bacznie śledzi
mnie oko kamery. Stoję dzielnie, mimo że pani za mną usilnie stara się
wbić mi róg koszyka pod lewe żebro. To które mam szczególnie czułe, bo
od serca.
W końcu, po dwudziestu minutach dochodzę do kasy, trochę zły
na siebie, że nie stanąłem, tak jak mi intuicja nakazywała przy 13-tce.
Przecież ten dziadek, co długo się jeszcze błąkał po sklepie, gdy ja
już dawno stałem, już został odprawiony i bryknął na zewnątrz
– mówię do siebie . Pani kasjerka też blada i z tak samo nierówno
przyklejonym jak mój uśmiechem, widząc widocznie mój obolały wzrok
(widocznie wzięła go za wyraz współczucia dla niej), zaczyna się
tłumaczyć:
Od rana nie miałam przerwy. Nawet do toalety nie ma kiedy wyjść. Zaraz chyba zasłabnę.
Już mam otworzyć usta, aby poradzić jej, że przecież aby ochronić się
przed śmiercią wystarczy nacisnąć przycisk dzwonka, gdy wtrąca się
kobieta, która stała za mną.
Nie narzekajcie, nie narzekajcie
– mówi ze złością. Oglądam się, uwolniony już od stalowych prętów,
którymi przygważdżała mnie jak wampira. Wygląda jak czajnik gdy mu para
wali w gwizdek - bulgocząca, nadęta i nagrzana do maksimum.
Jeszcze tu tak źle nie macie. Ja też bym tak chciała pracować w ciepełku, liczyć pieniążki i jeszcze narzekać do klientów.
Więc w końcu o guziku ratującym życie nic nie mówię. Płacę i odchodzę. Obrazek
z życia jak to obrazek. Znam dużo lepsze. Po co więc o tym piszę? Bo
gdy się potem nad tą sytuacją zastanawiam, dochodzę do dziwnych
wniosków.
Przeciwko komu wyzwala się moja agresja? Najpierw przeciwko
sobie. No ale przecież się nie pochlastam – więc kieruję ją przeciw
innym „towarzyszom niedoli”. Dokładnie tak – towarzyszom
niedoli. Bo co winni są ci ludzie w sklepie, że ja stoję przez
dwadzieścia minut do kasy potrącany i przeklinany po drodze po stokroć?
Albo ta blada, ściskająca uda kasjerka – czemu ona jest winna? Niczemu.
Wszystkiemu winne jest kierownictwo marketu, że oszczędza na ludziach.
Prawda?
Nieprawda. Winni są ci, którzy tworzą takie warunki
dla przedsiębiorczości, że aby coś dało się wyskrobać z wewnętrznych
kieszeni na koniec miesiąca, trzeba cały czas ciąć. Oszczędzać na
pracownikach, na prądzie, na wszystkim - ile się da. Winni są wyłącznie
rządzący i nie dawajmy sobie wmawiać, że to wina „spekulantów, koników,
badylarzy i cwaniaków”. Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie są winni też
żadni „politycy”w swojej anonimowej masie. To nie politycy jako tacy, tylko ci, którzy już rządzą piąty rok. To nie „polityka” jest paskudna, tylko ta konkretna polityka.
Kto pamięta reklamy sprzed pięciu lat o powracających do kraju-raju Polakach? Ja pamiętam. I
proszę mi nie mówić, że mówienie jedno, a robienie drugie, bo to
polityka, a polityka jest z gruntu rzeczy paskudna. Nie! Polityka jest
jak pogoda. Może być dobra lub zła. Ta która jest obecnie uprawiana nie
jest ani dobra ani zła. Jest makabryczna. Bo to jaka jest, objawia się
poziomem frustracji społecznej.
Na moim barometrze frustracji strzałka już dawno weszła na pole
oznaczone kolorem czerwonym i stanęła przy końcu skali. Liczę więc na
to, że pod tym tekstem zaroi się do współczujących i uspokajających
komentarzy zwolenników PO, bez odsyłania mnie do psychiatry i serwowania
steku wyzwisk. Jeśli zaś już jest mowa o agresji, to błagam - nie kierujmy jej przeciwko sobie samym.
Nie marnujmy jej też przeciwko sobie nawzajem. Kierujmy frustrację
przeciwko tym, którzy tworzą nam ten odrażający polityczny klimat. Na
politykę w odróżnieniu od pogody mamy wpływ.
Opublikowano na stronie "W Polityce" 06.02.2012 r. Komu służą kłamstwa
Nikt nie zastanawiał się do tej pory komu mają służyć
kłamstwa smoleńskie. Te o brzozie, generale Błasiku w kokpicie, czterech
okrążeniach nad lotniskiem, debeściakach, podchodzeniu do lądowania,
decyzji prezydenta, naciskach Jarosława itd. Tak jakby to było oczywiste
.
Mówię tu o ewidentnych kłamstwach, to jest o świadomym wprowadzaniu w
błąd opinii publicznej przez „wiedzących”, a nie o hipotezach
formułowanych przez „demaskatorów” . To są dwie różne sprawy. Okazuje
się jednak, że tak jak nie wszyscy są w stanie rozróżnić hipotezę od
manipulacji, tak nie każdy nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie
komu kłamstwa mogły służyć i wyciągnąć z tego wnioski.
Komu więc według mnie mogły one służyć ?
Lecącym na uroczystości katyńskie? Wręcz odwrotnie. Oni mieli być
ofiarnymi kozłami. Na nich miała być zwalona odpowiedzialność. Może
więc ekipie pułkownika (a może już generała) Krasnokutskiego z lotniska
Siewiernyj? Trudno wierzyć, że wielka machina propagandowa po obydwu
stronach Bugu została uruchomiona tylko po to aby ochronić
Krasnokutskiego, Pliusina i kilku ich kompanów.
To może więc nie ludziom, a idei „pojednania, współpracy i dobrych stosunków pomiędzy bratnimi narodami”? Może
kłamstwo miało służyć stosunkom polsko- rosyjskim i polityce świętego
spokoju Tuska? Może miało nas uratować przed wojną polsko-ruską i
zaanektowaniu przez Rosję? Ale najpierw musiałoby dojść do aneksji
Ukrainy i Białorusi, a dobre stosunki nigdy nie mogą opierać się na
kłamstwie.
Skoro wszystko to odrzucić, to zostaje nam jeszcze tylko jedna
możliwość – kłamstwa miały służyć zatarciu śladów przestępstw
popełnionych przez technicznych organizatorów (i ich mocodawców) tego
wylotu. Nie widzę innych możliwości.
Dlatego gdy dziś słyszę jak prezydent mówi o ujawnianiu kłamstw jako o
„hasaniu” to przypomina mi się przysłowie: „uderz w stół ”. ...............................................................................................................................................
Opublikowano na stronie "W Polityce" 01.01.2012 r
Zbijać kłamstwo po kłamstwie
Można by się zastanawiać skąd jest tyle wykluczających się wersji wydarzeń w sprawie smoleńskiej?Można,
ale moim zdaniem nie ma to najmniejszego sensu. Odpowiedź bowiem jest
bardzo prosta. To nie jest kwestia niezgodności informacji, gdyż... to
nie są żadne informacje. Jeżeli na przykład znamy co najmniej kilka
różnych opowieści o tym co stało się z kokpitem, to znaczy, że prawdziwa
może być tylko jedna z nich, albo żadna.
Tak samo szkoda brać na serio zapisy rejestratorów parametrów lotu, kiedy nie mamy czarnych skrzynek tylko płytki z zapisem rozmów (i
to, przypomnę, ich wersję drugą, ponoć kanoniczną bo poprawioną). Na
ile są one wiarygodne i mówią nam o tym co się rzeczywiście działo w
kabinie pilotów? Polski zespół analizując je, pisze (8:20:28,4) o
zaburzeniach sygnału we wszystkich czterech kanałach, trwających
około 0,4 s, a wynikających ze zniekształcenia powierzchni taśmy na
odcinku około 3 cm (karbowanie taśmy).
Od tej godziny mamy zarejestrowane występujące ponadto siedemnaście razy zjawisko - cytuję:
przesłuchu międzykanałowego – wspak wypowiedź
(częstotliwość ich występowania jest coraz większa im bliżej końca
taśmy). Mamy także kilka trwających po parę sekund „gwizdań”, przerwę
związaną z „końcem zapisu strony A” o godzinie
8:30:01,6 oraz ponowne zaburzenia sygnału we wszystkich kanałach o
godzinie 8:39:42,0, czyli tuż przed wygaśnięciem sygnału.
Czytając stenogramy zastanawiałem się cały czas nad jednym –
czy ktoś sobie ze mnie robi ponure żarty, czy rzeczywiście można
poważnie pracować na takim materiale?
Te wszystkie zakłócenia mogą być przecież miejscami
w których zapisy montowano. Żeby móc to wszystko uczciwie zanalizować,
należałoby przede wszystkim zbadać taśmą matkę. Czy bez takiego badania
porównawczego jest to w ogóle materiał do analizy? Czy to można nazwać
badaniem danych rekordera awaryjnego ?
Nie chciałbym, aby z
tego co piszę ktoś wyciągnął wniosek, że skoro nie ma żadnych
wiarygodnych dowodów to wszelkie dochodzenie prawdy jest z góry skazane
na klęskę. Nic bardziej mylnego. Wręcz przeciwnie.
Może prawdy o wydarzeniach z 10 kwietnia 2010 roku nie uda się nam w
społecznym śledztwie samodzielnie odkryć, ale na pewno uda się
zdemaskować jeszcze liczne kłamstwa, fałszerstwa, dezinformacje i
manipulacje. Tysiące kłamstw, mnożących się jak przez pączkowanie.
Patrząc na to jak wciąż się rozrastają rodzi się we mnie jedno pytanie –
jeżeli sprawa jest tak „arcyboleśnie prosta”, to dlaczego wchodząc w
nią głębiej ma się wrażenie, że ktoś nas wpuścił do ciemnego labiryntu z
Minotaurem?
Nie trzeba się także martwić tym, że dojście do prawdy jest tak trudne. Trzeba raczej zbijać kłamstwo po kłamstwie.
To tylko tyle, ale i aż tyle. Choć samo kłamstwo jest czynem
niemoralnym, to gdy chodzi o kłamstwo wobec wymiaru sprawiedliwości jest
ono przestępstwem. A z takim przypadkiem mamy do czynienia tutaj.
Znaczy to także coś znacznie więcej. Kto bowiem popełnia przestępstwo
przeciwko wymiarowi sprawiedliwości ? Ten kto ma do ukrycia znacznie
cięższe przestępstwo.
Opublikowano na stronie "W Polityce" 22.01.2012 r Kolejne kłamstwo smoleńskie
Przy okazji wyjaśniania sprawy głosu, a potem miejsca
położenia ciała śp. generała Błasika wychodzi na jaw kolejna sprawa. To
sprawa kokpitu.
Czy przypominają sobie Państwo różne historie związane z tą częścią
samolotu? Czasami dobrze je sobie odtworzyć. Zwłaszcza po ostatniej
wypowiedzi prokuratora generalnego, który stwierdził, że
trudno mówić o kokpicie, ponieważ samolot był poddany tak daleko
idącej destrukcji, że nie sposób było na miejscu zebrać te wszystkie
szczątki w tak klarowny obraz, żeby powiedzieć: to jest wyłącznie
kokpit.
To jest coś nowego. Nie trzeba bowiem dużo szukać, żeby znaleźć w internecie taką oto notkę:
Nikołaj Łosiew, emerytowany pilot wojskowy, właściciel pobliskiej
działki, był na miejscu w 20 minut po katastrofie. Jak utrzymuje, w
rozmowie z Polskim Radiem, w rozbitej kabinie widział oprócz członków
załogi przypiętych pasami do foteli ciało jeszcze jednej osoby. Nikołaj
Łosiew nie potrafi powiedzieć nic więcej o tej osobie.
Potrafili za to doskonale powiedzieć o niej naukowcy z MAKu, którzy
tylko na podstawie brzmienia głosu, (którego nb. nie było na nagraniu),
potrafili nakreślić cały profil psychologiczny postaci.
Ale przecież o kokpicie wspomina też w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” pułkownik Antoni Milkiewicz: kokpit maszyny nie był ani wbity w ziemię, ani nie wisiał na żadnym drzewie, co sugerowali rodzinom pilotów Rosjanie.
Kokpit, czyli kabina samolotu, którą zajmują piloci, leżał zmiażdżony na powierzchni ziemi
- mówił.
Tak więc przy okazji demaskacji jednego kłamstwa i tłumaczeniu się z niego sypie się kolejne.
Panie prokuratorze generalny. Oto są cztery wersje tego co stało się z kokpitem:
– zawisł na drzewie?
- wbił się w ziemię?
- leżał zmiażdżony na jej powierzchni?
- czy też rozsypał na części?
Czekamy na wyjaśnienie.
W sobotniej "Rzeczpospolitej" Rafał Ziemkiewicz pisze,
że poddaliśmy się w sprawie Smoleńska manipulacji rządów mocarstw,
które nie są w tej chwili zainteresowane ujawnieniem tego co się 10
kwietnia 2011 roku wydarzyło na terenie Rosji w „Smolienskoj obłasti”.
Natomiast, gdy tylko w interesie jakiejś potęgi będzie leżało
„odpalić Polskę jak podłożony pod ruskie siedzenie kapiszon, bez
oczywiście cienia troski o to, jak się to skończy dla tego kapiszona −
wtedy nagle trafią na stół zdjęcia satelitarne, ekspertyzy i
stwierdzenia tego, co oczywiste. ”
I ja się z tym absolutnie zgadzam. Bo w naszym interesie od samego
początku leżało jak najszybsze wyjaśnienie tej sprawy, właśnie po to,
abyśmy to my byli suwerenami, a nie aby znów nami rozgrywano. Tyle, że w
tej chwili sytuacja zmieniła się już na tyle, że trzeba bardzo uważnie się przyglądać temu kto nam ujawnia i co nam ujawnia.
Po to aby spokojnie przeanalizować – dlaczego nam ujawnia. Dlaczego
akurat teraz, a nie dwa lata wcześniej? I niezależnie co wyjdzie na jaw
i jak mocne to będą dowody – zachować spokój.
To, że tak zwana „oficjalna wersja wypadku” jest totalną bzdurą, ludziom racjonalnie myślącym wiadomo jest od samego początku.
Wystarczy sobie puścić dwa filmiki z 10 kwietnia – raport Robertsona ze
CNN i film niemieckiej Bild, oraz pooglądać zdjęcia na których widać
szczątki samolotu. Tylko jeśli TU-154 byłby zrobiony z kryształu mógłby
rozprysnąć się na około pięć milionów elementów. Skąd ta liczba? Stąd,
że szczątki które zostały zezłomowane przy lotnisku ważą 40 ton i jest
ich około dwa miliony, a więc jeśli brakuje 30 ton to „wyparować”
musiało przynajmniej 3 miliony (jako że „wyparowane” elementy musiały
być mniejsze). Jak wielkie były niektóre kawałeczki można sobie
wyobrazić oglądając zdjęcie nowej sukienki Matki Boskiej
Częstochowskiej, w której szatach umieszczono jeden z nich. Niektóre są
tak małe, że muszą tam leżeć do dzisiaj. Wszystko co piszę wcale nie
znaczy również, że wierzę w teorię „wielkiego wybuchu ”na wysokości 15
m. Piszę to tylko dlatego że „oficjalna wersja” MAK i Milera jest wersją
dla debili. A co się wydarzyło naprawdę wkrótce się dowiemy. Jak tylko
na świecie zacznie robić się ciepło. I bynajmniej nie myślę tu o
wiośnie.
Zaraz, czy to czasem nie na wiosnę mają się odbyć prezydenckie wybory w Rosji? Czy czasem nie może tam komuś zależeć, aby odwrócić uwagę społeczeństwa od własnych wewnętrznych spraw?
Może. Tak samo ciepło może być we Francji czy USA. Przyjmijmy wiedzę i
dowody które nam zostaną ujawnione z wdzięcznością, ale spokojnie.
Siedzieliśmy jako społeczeństwo dwa lata w totalnym bezruchu, („jak
świnie, lejąc na groby naszych wielkich rodaków”- celnie zauważą Rafał
Ziemkiewicz) więc nic się nie stanie gdy kolejne dwa lata poświęcimy
na weryfikację tych dowodów i ujawnienie winnych.
Opublikowano na stronie "W Polityce" 01.01.2012 r.
Są dwie Polski – jedna, która dąży do sterylizacji polskości i druga ciążąca ku niepodległości.
Przyglądam się już od pewnego czasu dyskusji jaka
toczy się w niezależnych mediach pomiędzy kilkunastoma osobami w sprawie
tego czy tworzenie „Polski wolnych Polaków”, ma następować poprzez
budowanie państwa podziemnego - tworzenia struktur równoległych do
oficjalnych, czy też powolnego przekształcania tych, które istnieją .
Dyskusja nabrała jednak rumieńców dopiero po filmie Joanny Lichockiej „Przebudzenie”.
Nb. tytuł jest rewelacyjny. Wprawdzie opowiada on o
ludziach, dla których Smoleńsk stał się impulsem do podjęcia bardziej
zdecydowanych działań dla „budowania Polski swoich marzeń”, ale ja w tym
tytule słyszę znacznie więcej. Smoleńsk to moim zdaniem była pobudka dla całego narodu. Nie
tylko tych, których wyrwała ona z apatii i zmobilizowała do działania,
ale również tych, którzy usłyszeli jej dźwięk ale nie otworzyli jeszcze
oczu. Bo zastanawiają się nadal co jest rzeczywistością - czy to co im
się śni, czy raczej te coraz mocniejsze dźwięki, które do nich zaczęły
docierać z zewnątrz. I nie wiedzą jeszcze czy warto otwierać oczy.
Może zacznę jednak do dyskusji. Najpierw przesłanie filmu na łamach Rzeczpospolitej skrytykował Łukasz Warzecha:
Fatalne jest, że zwolennicy Polski drugoobiegowej nie dostrzegają
szansy ani potrzeby na prowadzenie pracy organicznej w przeciwnym obozie
niezależnie od pohukiwań przywódców obu stron.
Zarzucił on „wolnym Polakom”, że zamknęli się w sferze metafizyki i
martyrologii, tworząc własne getto. Tydzień później na tych samych
łamach ripostował Rafał Ziemkiewicz:
Warzecha zapomina chyba, a powinien pamiętać, że w tej niszy nikt nie zamknął się sam z własnej woli.
Dodawał też, że mechanizm wykluczania istnieje od
zarania III RP i istniał będzie. I dziwił się, że można zarzucać
emigrację wewnętrzną „ludziom, którzy właśnie wyrwali się z bierności,
poświęcają bezinteresownie swój czas, swoją pasję, siły, nierzadko i
pieniądze, Polsce” Twierdził także, że nie można mówić o braku pracy
organicznej, kiedy właśnie mamy do czynienia z eksplozją aktywności
„wolnych Polaków”. Na koniec przyznawał też rację Jarosławowi Markowi
Rymkiewiczowi, że są dwie Polski i że "to się już nie sklei".
Warzecha na te słowa RAZa odpowiedział z kolei w „Teologii
Politycznej” akcentując, że jest pełen uznania dla wszelkich inicjatyw
obywatelskich, ale obawia się autoalienacji środowiska
niepodległościowego.
Tak naprawdę istota sporu pomiędzy obydwoma publicystami sprowadza się więc do kwestii, czy aktywność „wolnych Polaków” jest właściwie ukierunkowana. Czy powinniśmy się zająć budowaniem własnych struktur i konsolidacją, czy zdobywaniem zwolenników w obozie przeciwnym.
Moim zdaniem to jest spór pozorny.
Należy bowiem budować alternatywne struktury, ale … co to miałoby
być? Podziemne siły zbrojne, powstańcza poczta, dysydenckie sądy czy
insurekcyjne ustawodawstwo? Nikt przy zdrowych zmysłach chyba o tym nie
myśli. Jeśli już mamy się odwoływać do terminologii powstańczej, to
niech to będą raczej latające uniwersytety, alternatywny obieg
wydawniczy – samoorganizujący się w różne grupy obywatele. Ale przecież
nie sobie, a muzom, tylko po to, aby rozjaśnić swój przekaz, pozyskać
„lud” i przejąć władzę w sposób demokratyczny
Uważam, że nie można bezmyślnie operować stereotypami typu: „są dwie Polski”. Tak są dwie Polski. Ale nie dzieli je ani linia Wisły, ani podział na odbiorców telewizji „Trwam” i TVN24, czy obozy zdrajców i patriotów.
Są dwie Polski – jedna, która dąży do sterylizacji polskości i druga ciążąca ku niepodległości. Ale co najistotniejsze i o czym się już nie mówi - w środku pomiędzy tymi dwoma „Polskami” (jako programami) są miliony zdezorientowanych obywateli podążających
za tymi, którzy potrafią lepiej opowiedzieć swoją historię. Tych którzy
nie mają pojęcia, że to co mówią jest bezmyślnym powtarzaniem
sloganów, zapatrzonych jak w obraz, w gówniane gwiazdy telewizji „Radość
i Ekstaza”. Nie myślących, nie analizujących – powtarzających bzdury
z zachwytem dla własnej genialności i przenikliwości.
Dlaczego tak się dzieje? Bo nie dociera do nich
żaden alternatywny, równie mocny sygnał, jak ten którym są programowani.
Nie mają materiału ani do skonstruowania syntezy, ani tym bardziej
takim, który by im pomógł w dokonaniu wyboru. Czy dlatego, że są skazani
na monopol informacyjny? Nie, bo takiego nie ma! Dzieje się tak
dlatego, że opowieść mediów alternatywnych nie trafia do nich mentalnie.
Dlaczego? Bo nie jest do nich adresowana. Ona ma przekonywać
przekonanych. To jest bez sensu.
Konieczne jest moim zdaniem zrobienie dwóch rzeczy- jak
najszybciej rozwijać własne media i tak opowiadać w nich naszą historię
aby przekonać nieprzekonanych. Czy to możliwe? Tak. Ja jestem
żywym przykładem człowieka, który zobaczył całą tę mistyfikację powstałą
przy okrągłym stole. Który przejrzał. To da się zrobić.
Wiem co chcecie mi powiedzieć. Nie, nie jestem
ślepy. Doskonale widzę jak dynamicznie rozwija się internetowa telewizja
– każdy z portali ma ambicję tworzyć własne programy i codziennie
zaprezentować coś nowego - ale czy nie najwyższy już czas aby powstała
platforma alternatywnych telewizji, na której można byłoby obejrzeć
wszystkie produkcje, bez szukania ich na oślep po całym internecie?
Kolejna sprawa to właśnie jak mówi profesor Zybertowicz – „prawda dobrze powiedziana”. I
mamy od tego speców. Problem jest w tym, aby nie spierali się o kształt
banana, tylko go zaserwowali, tym „tubylcom” co żyją przy biegunie.
Opublikowano na stronie "W Polityce" 24.12.2011 r. Mur
„Czas by runął mur” -
napisał Jacek Kaczmarski w 1978 roku.
W oczach mam jeszcze obraz padającego muru berlińskiego. A kiedy to
widzę na ekranie swojej wyobraźni, to w uszach równocześnie mi brzmi
„sama melodia bez słów” tej pieśni.
Mury...
Mur chiński; mur berliński; mur Hadriana; mur Stoczni Gdańskiej co to go miał przeskoczyć Wałęsa; mur widoczny na filmie Sławomira
Wiśniewskiego... Kiedy myślę „mury” przychodzi mi do głowy coraz
więcej różnych murów - mam coraz odleglejsze skojarzenia. Mnożą się te
mury rosną i pęcznieją.
Ale przecież wcale nie o nich chciałem pisać. Chciałem napisać o
innym murze – o który obijam się codziennie. Który mnie uwiera i boli.
Ten który przebiega przez miasto w którym mieszkam, przez środek mojej rodziny, przez firmę gdzie pracuję, przez kraj.
W 1989 roku mury runęły. Jednak równocześnie
natychmiast zaczęły powstawać nowe. Zupełnie inne. Czuję je w słowach
moich znajomych, widzę w spojrzeniach szkolnych przyjaciół. W rodzinie,
podczas świąt staramy się je omijać z daleka. Ale nawet kiedy nam się to
udaje, to one wcale przez to nie znikają. Cały czas unoszą się w
powietrzu i wokół nas. Rosną. Czekają .
To, że są tylko w mojej głowie, to nie znaczy, że ich nie ma. Skąd się biorą? Z pychy, która mi mówi, że tylko ja mam monopol na prawdę. Że tylko ja ją znam. Ja i ci którzy myślą tak samo jak ja.
Nie chcę słuchać drugiej strony, bo ich argumenty są
głupie i chore. Ludzie, którzy je wypowiadają są albo zaślepieni, albo
opętani, albo po prostu głupi. I szkoda sobie nawet strzępić
niepotrzebnie języka, bo i tak to nic nie da...
Faktycznie nie da.
Nic nie da przekonywanie kogoś, tylko... słuchanie.
I to nie takie sceptyczne, z wykrzywioną w grymasie
pogardy twarzą. Nie pełne napięcia, w oczekiwaniu kiedy adwersarz tylko
skończy mówić, aby wyskoczyć ze swoimi racjami. Może mój oponent wcale
nie polemizuje ze mną tylko dlatego aby mi się sprzeciwić, sprowokować,
czy rozdrażnić? Ani też nie z nienawiści. Może on chce mnie przekonać
dlatego, że wierzy w to co mówi?
A gdybym tak raz posłuchał nie racji, ale osoby?
Może za tym medialnym parawanem słów, które w gorączce przytacza, jest
człowiek, który tak jak ja pragnie prawdy? Jeśli się gorączkuje,
podnieca, szuka argumentów czy to nie znaczy, że mu zależy aby mnie
przekonać? Przecież wiem, czuję to, że nie jest moim wrogiem. Wobec tego
dlaczego tak go traktuję?
To trudne zobaczyć za maską racji - człowieka i
samemu nie zatrzasnąć własnej przyłbicy. Zwłaszcza kiedy wypowiada on
słowa-klucze na które jestem uczulony. Nie wiem czy będę umiał. Ale wiem
też, że jeśli tego nie zrobię teraz, to z każdym dniem będzie coraz
trudniej przełamać tą niechęć.
Czy można zburzyć niewidzialny mur?Trzeba go zburzyć! Przecież doskonale wiem, że jeśli bardzo będę tego chciał, to mi się to uda.
Przecież to właśnie ten mur przesłania Prawdę o którą nam wspólnie chodzi. ...............................................................................................................................................
Opublikowano na stronie "W Polityce" 13.12.2011 r. Niepodległość niepielęgnowana zdycha.
Kiedy słyszę hasło, że coś się wydarzyło „po odzyskaniu
niepodległości w 1989 roku” - wzdrygam się i wykrzywiam jak po zjedzeniu
główki gotowanej cebuli. Bo jest to dla mnie przekonanie typu:
odzyskaliśmy niepodległość, weszliśmy do NATO i do UE i teraz już
mamy wakacje. Jesteśmy zwolnieni od jakiegokolwiek działania na rzecz
Polski, a nawet od głębszej refleksji na temat tego co się u nas dzieje.
Czyli – dopowiadam usłużnie
w czasach powszechnego przeżuwania i radosnej konsumpcji, niech nam
dadzą święty spokój z martyrologią. Miejscem właściwym dla flagi,
krucyfiksu, powstańczych opasek, znaczków z napisem
>>Solidarność<< jest lamus.
Dobrze mówię?
Moim zdaniem niepodległość to jest rzecz tak
ulotna jak miłość. Nierozwijana i niepielęgnowana zdycha. Właśnie
jesteśmy świadkami procesu jej gnicia, choć zdaję sobie sprawę, że nie
każdy to czuje.
Tych, którzy się ze mną nie zgadzają, proszę tylko aby zechcieli odpowiedzieć na trzy pytania.
Po pierwsze, czy według Państwa,
wolność wyborcza to jest swoboda wyboru listy partyjnej (bo i tak wejdą
ci z góry, wyznaczeni przez zarząd partii)?
Czy wolność słowa, to jest wolność
wypowiedzi, ale tylko na blogu (bo przecież telewizje powszechne są już
tylko dla „prawomyślnych”, czy może bardziej nawet „lewomyślnych”)?
I trzecie - czy wolność
gospodarcza, to jest tylko wolność działalności nie objętej koncesją
(przecież aktów prawnych ograniczających tę swobodę poprzez samo tylko
koncesjonowanie jest ponad pięćdziesiąt)?
Ja jestem maksymalistą i może dlatego, według mnie absolutnie nie ma u
nas wolności. Tak, to ja śpiewam, wbrew różnym tenorom i altom:
Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie.
Bo uważam, że w 1989 roku dostaliśmy zaledwie namiastkę wolności:
kontraktowy sejm, kontraktowego prezydenta, kontraktowy rząd. Ten kontrakt z komunistami wciąż trwa.
Tyle, że oni już się nie nazywają komunistami, ale to wciąż ci sami
ludzie, ewentualnie ich protegowani i faworyci. Mamy od dwudziestu
dwóch lat wciąż to samo prawie demokratyczne państwo, prawie
demokratyczny system wyborczy, prawie demokratyczne media, ale to wcale
nie znaczy, że żyjemy w demokratycznym państwie. No chyba, że go
nazwiemy na wzór demokracji ludowej (ten przymiotnik załatwia całą
sprawę ) – demokracją fasadową.
Ale jak wykazują dobitnie wydarzenia zapoczątkowane w
dniu 10.04.10 ta „prawieżedemokracja” jest tak naprawdę dalszym ciągiem
tego systemu, który był tyle, że z doinstalowanymi bajerami . Zamiast
korzystać z wolności popadliśmy z pierwotnej niewoli zewnętrznej, w
niewolę wewnętrzną – samozadowolenia, kłamstwa, lenistwa, gniewu,
chciwości, zazdrości. I jak w najdzikszych czasach, kwitnie u nas handel
żywym towarem, w którym za święty spokój i komfort życia sprzedajemy
siebie. W PRL-u mieliśmy „ukryte bezrobocie”, a teraz mamy ukryty
totalitaryzm. Proszę sobie tylko sprawdzić jaka jest definicja
totalitaryzmu.
Nadal uważacie Państwo, że wygaduję bzdury?
Nawet jeśli tak, to w wolnym kraju każdy ma prawo
mówić i pisać to do czego doszedł sam na podstawie życiowych doświadczeń
i do czego jest głęboko przekonany. Każdy ma także prawo to co piszę
oceniać i konfrontować ze swoimi spostrzeżeniami. W każdym razie dla
mnie wolność zaczyna się od niepodległości myślenia. To jest poznawania
różnych racji, a nie utwierdzania się w jakimś przekonaniu, tylko
dlatego, że jest to dla niego wygodne. Powiem teraz coś bardzo
niepopularnego - jednak żeby móc wyciągać sensowne wnioski z różnych
racji, konieczne jest ciągłe pogłębianie wiedzy. I to przede wszystkim
historycznej. Tyle tylko, że nam się po prostu tego nie chce. Wolimy chłeptać przeżutą ustami jakiejś medialnej gwiazdy papkę, niż samym dochodzić prawdy. Tak to widzę.
Między innymi właśnie z tego bezmyślnego
przeżuwania, w naszej świadomości aż roi się od przeróżnych mitów.
Fałszywych przekonań, których nie weryfikujemy bo raz, że nam się nie
chce, a dwa, że nie mamy na to czasu. Dlatego nie dziwmy się, że żyjemy w
coraz bardziej ciemnej krainie kłamstwa, wodzeni na medialnym pasku
przez różnego rodzaju manipulatorów, mnożących na naszych oczach
króliki w swoich przestronnych kapeluszach.
Tych mitów, które wciąż nam powtarzają jest setki . A
to ten, że lustracja jest nękaniem i barbarzyństwem, że członkowie PZPR
nie byli werbowani przez tajne służby, że kadra Wojska Polskiego nie
dała się zsowietyzować, że mamy wolność gospodarczą, że cała prawicowa
opozycja to ludzie życiowo niezaradni itp. Ale najgroźniejszym mitem,
tym fundamentalnym jest ten, że niepodległość została nam już dana i
ten stan rzeczy trwa nadal w niezmienionej formie, do dziś.
Ten kto dał sobie to wmówić nie jest wolny. A kraj ludzi tak myślących wcale nie jest niepodległy.
O niepodległość nadal musimy walczyć, bo od 1939 wciąż jeszcze jej nie było.
Ale to jest, paradoksalnie, dobra wiadomość. ...............................................................................................................................................
Opublikowano na stronie "wPolityce" 04.12.2011 r.
Gdyby telewizje zmieniły swój program na obiektywny - to w trzy tygodnie PiS miałoby poparcie powyżej 50 procent. Zakład?
Tuż przed wyborami prezydenckimi, zastanawiałem się co by się
stało, gdyby Jarosław Kaczyński poleciał do Smoleńska razem z bratem.I
doszedłem do wniosku, że PiS przestałby istnieć, bo rozpadłby się na
dziesięć drobnych partyjek i koterii. Zastanawiając się głębiej nad tym
problemem doszedłem także do przekonania, że Ziobro,
pomimo ogromnej ambicji, długiej listy zasług i umiejętności
organizacyjnych, nie byłby w stanie przejąć schedy po Jarosławie
Kaczyńskim.
Stąd napisałem wówczas do "Niepoprawnych" artykuł, że Jarosława Kaczyńskiego należy otoczyć szczególną opieką. Niestety nie myliłem się, bo niedługo potem, głównie na skutek medialnej nagonki na lidera PiS, nastąpiła tragedia w Łodzi – próba zamachu na Kaczyńskiego i śmierć Marka Rosiaka.
O tej konieczności - ochrony lidera PiS trzeba mówić zresztą i dziś,
bo sytuacja, ani na jotę się nie zmieniła. Jedynym pocieszeniem może
być fakt, że Jarosław Kaczyński jest obecnym władcom Rzeczpospolitej
bardziej potrzebny żywy niż martwy. Jako obiekt, na który mogą
przekierować niezadowolenie ludu za własne działania. Co udaje się im
wyjątkowo skutecznie czynić, właśnie dzięki propagandowej telewizji, czy
gazecie.
Przypomniałem to sobie wszystko, kiedy
zapoznałem się łamach „wpolityce” z ostatnim sondażem TVN dotyczącym
wyniku poparcia dla „Solidarnej Polski” (nb. bardzo dobra i
nośna nazwa). Spadł on nagle poniżej progu wyborczego. Z dziewięciu
procent zjechał gwałtownie na trzy. Można by się tu dopatrywać jakichś
manipulacji, snuć teorie spiskowe, ale ja, akurat w tym wypadku, nie
widzę ku temu żadnego powodu. Nie od dziś wiadomo, że spadek
zainteresowania mediów jakimś tematem owocuje spadkiem zainteresowania
nim przez telewidzów. Nie odwrotnie. Jest to chyba dosyć
charakterystyczne dla naszego społeczeństwa.
Przypominam sobie, że w roku 1993, kiedy pracowałem w pewnej amerykańskiej korporacji,
świeżoprzybyli do naszego kraju obcokrajowcy, którym powierzono misję
cywilizacyjną w nowo tworzonym dziale marketingu, byli zaszokowani jak
ogromnie skuteczna jest w Polsce reklama TV. Jeden tydzień emisji spotu
skutkował nawet dziewięciokrotnym wzrostem sprzedaży pewnego produktu. I
trwa to pewnie (może w trochę mniejszej skali, bo jest więcej reklam)
do dziś. I to nie tylko jeśli chodzi o produkty, choć z punktu widzenia
reklamodawców – produktem jest wszystko - również wizerunek polityka,
czy partii. W każdym razie z danych jakie znalazłem w internecie wynika,
że ponad 89 procentowy wpływ na decyzje konsumentów ma właśnie
telewizja, a ponad 76 procent przyznaje się, że pod wpływem właśnie
telewizyjnej reklamy dokonało zakupu. Nie wiem czy ktoś takie badania
czynił w innych krajach, przypuszczam jednak, że u nas wpływ tego medium
na kreowanie gustów telewidzów i ich wyborów jest porażający.
W każdym razie jestem głęboko przekonany, że gdyby trzy telewizje o najwyższej oglądalności zmieniły swój program (chciałem
napisać wyborczy i pewnie ten lapsus nie okazałby się do końca
przejęzyczeniem) nawet już nie mówię, że na przyjazny dla PiS, ale choćby tylko na obiektywny -
to w ciągu trzech tygodni Jarosław Kaczyński i jego ugrupowanie
osiągnęłoby wynik społecznego poparcia powyżej 50 procent. Mogę się o to
założyć.
Opublikowano na stronie "wPolityce" 05.12.2011 r. Dlaczego nie bawią nas dowcipy o Smoleńsku?
W ostatkowy, niedzielny wieczór przebywałem wśród bliskich znajomych.
Towarzystwo było podzielone na dwie grupy. Ta młodsza część oglądała „Kabaretowy wieczór dwójki”,
starsza dyskutowała o różnych rzeczach. W pewnym momencie na ekranie
telewizora pojawił się prezydialny stół i wiszący nad nim orzeł.
„Będzie posiedzenie rządu ”
- zawołało do nas któreś ze starszych dzieci.
Ponieważ Górski jest to jedyny
kabareciarz, którego toleruję, poszedłem bom był ciekaw, czy dalej te
posiedzenia rządu są tak śmieszne jak w poprzedniej kadencji, czy może
Górski stonował. Nie spodziewałem się, że to moje oglądanie wywoła
dyplomatyczny konflikt i ciężki podział w rodzinie.
Jeszcze zanim pojawia się Górski pomiędzy członkami
kabaretowego rządu trwa dyskusja, mało śmieszna bo zupełnie nieprzygotowana. W pewnym momencie Wójcik, z dawnego „Ani Mru Mru”,
strzela dowcipem, który brzmi brzmi mniej więcej tak: „A czy wiecie, że
jak Wrona awaryjnie lądował na Okęciu, to Macierewicz nakręcił z tego
film?".
Tak?
- tworzą klimat do puenty pozostali członkowie śmiesznego rządu.
I w 21 sekundzie
- mówi z przejęciem Wójcik, zawieszając głos -
słychać strzały.
Sala wybucha śmiechem, śmieje się także część mojego
towarzystwa. Widocznie na mojej twarzy maluje się coś dziwnego, bo
milkną szybciej niż publiczność w TV. - O co chodzi? – pytają mnie.
– Przecież to nie jest śmieszne – odpowiadam.
– Dawniej nie byłeś tak selektywny – mówią. Bawiły
cię nawet dowcipy o religii. Zrobiłeś się stary i zrzędliwy. Jak się
chcesz samobiczować, to rób to, ale daj żyć innym. Nie zabieraj nam
resztek radości z życia. Chcesz żebyśmy wszyscy popełnili zbiorowe
harakiri?
– Ja powiedziałem tylko, że mnie, akurat mnie to nie śmieszy. Wy się śmiejcie .
– I co, może mamy mieć teraz poczucie winy, że się śmialiśmy? Dlaczego to akurat miałoby nie być śmieszne?
– Przede wszystkim dlatego, że jeśli ten film ze
Smoleńska, nakręcony telefonem jest prawdziwy, a nikt temu nie
zaprzecza, to te strzały wcale nie są czymś śmiesznym. No i jeszcze
jedno. To jest kpina z komisji Macierewicza.
– No i co z tego, że Macierewicza?
– Ja wiem, że się można śmiać ze wszystkiego. Nawet z pogrzebu własnej matki...
– Sam się śmiałeś z dowcipów o pogrzebach.
– Tak i dalej mnie śmieszą dobre dowcipy o pogrzebach , ale...
– Ale?..
– Nie wiem. Ten temat mnie nie śmieszy. Przeżyłem to
wydarzenie jak śmierć moich najbliższych i nie będę się z tego śmiał.
Wybaczcie - to mówiąc zgarnąłem moją rodzinę i wyszedłem. Było w tej
naszej rozmowie za dużo emocji i żałuję, że potoczyła się ona w tym
kierunku. W końcu gościłem u ludzi, którzy tak samo jak ja głosowali na
PiS i którzy tak jak ja byli zaangażowani w sprawę Smoleńska.
W domu żona powiedziała mi w formie wymówki – ile
można żyć w klimacie strachu, zagrożenia, lęku? Ja nie chcę tak żyć. Ja
potrzebuję poczucia bezpieczeństwa. Wałkowanie Smoleńska mi tego nie
daje.
- Dobrze - odpowiedziałem. Więc co? Od dzisiaj się bawimy? ...............................................................................................................................................
Opublikowano na stronie "wPolityce" 29.10.2011 r.
Życie pod okupacją
Jeszcze przed wyborami, w wywiadzie dla “Gazety Polskiej” Jarosław
Marek Rymkiewicz (był taki numer z fotografią poety na okładce , oraz
hasłem : Teraz jest wojna) napomknął, że jemu obecna sytuacja w Polsce
przypomina właśnie konflikt zbrojny. Kilka dni później dr Barbara
Fedyszak -Radziejowska, odnosząc się do tej wypowiedzi na łamach
Naszego Dziennika stwierdziła, że linia podziału pomiędzy Polakami
biegnie wzdłuż przekonań dotyczących przeszłości, wartości, aborcji i
lustracji. W obu tych twierdzeniach było wiele prawdy, ale czegoś mi
brakowało. Nie wiedziałem tylko dokładnie czego. Teraz po wyborach
wydaje mi się, że już wiem.
Otóż obecna sytuacja w Polsce kojarzy mi się nie tyle z wojną, co
życiem pod okupacją dwóch najeźdźców. Jednym z nich jest pycha, a drugim
chciwość. I o ile pod władzą tej pierwszej trwają masy (chyba
najtrafniej byłoby nazwać je “telewidzami”, którym się wydaje, że
doskonale wszystko wiedzą, a wiedzą GW ), o tyle żądza posiadania
(władzy czy pieniędzy) dotyczy głównie rządzących, czyli klasę nam
panującą. I w dobrze pojętym interesie tych pierwszych jest, aby lud
utrzymać w błogiej nieświadomości, czy raczej fałszywej świadomości.
Można by jeszcze pewnie wyodrębnić trzecią grupę. Są to tak zwane
nibyelity. Te zachowują się jak blondynka, której bronią i siłą
przebicia jest udawana naiwność. Ta grupa udaje, że wierzy w
propagandę rządową, czyli sukcesy naszej gospodarki, pochylając się z
udawaną troską, nad wszelkimi oświadczeniami rządu, ustaleniami
przeróżnych komisji, przyjaźnią polsko – rosyjską i polsko – niemiecką,
czyli nad wszystkim o czym trąbią w „mediamarketach dla pożytecznych
idiotów.” Udaje, bo tylko udając żyje jej się dobrze i wygodnie - w
myśl komunistycznego hasła:
"Aby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej".
Wszystkie zaś te grupy , stanowiąc w tym kraju większość, żyją w tym
przedziwnym kondominium, bardzo uważając, aby nie naruszyć istniejącego
status quo, nie zdając sobie sprawy, że wcale nie o równowagę tu chodzi.
Bo chociaż platforma na której się znajdujemy rzeczywiście jest
umieszczona na walcu, to ten walec jest niestety, z czego nie zdają
sobie sprawy - beczką z nitrogliceryną.
Opublikowano na stronie "wPolityce" 18.10.2011 r. Przepowiednia dla Polski
Od wyborów minęło kilkanaście dni, więc można już chyba spokojnie
zastanowić się nad tym co nas czeka. A czeka nas przede wszystkim CzeKa (
Komisja Nadzwyczajna do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem). Kto ma coś
do powiedzenia, niech z tego korzysta dopóki jeszcze sankcją jest tylko
ostracyzm i wytaplanie w gównie. Co poza tym?
Przedwojenni Żydzi mieli takie powiedzenie -"Nasze kamienice, wasze
ulice". Można to obecnie odnieść do majątku posiadanego przez kapitał
obcy i powiedzieć - "nasza infrastruktura, wasza budżetowa dziura."
Oczywiście nie wszystko jeszcze zostało sprzedane, więc czeka nas pewnie
wyprzedanie tego co tam jeszcze jest. A choć jest już tego niewiele, to
jednak przez cztery lata można się będzie jeszcze pożywić. Nie trzeba
być prorokiem, żeby w dużą dozą prawdopodobieństwa przepowiedzieć, iż
Lasy Państwowe zostaną sprzedane jakiejś firmie niemieckiej, a sektor
energetyczny zakupią przedsiębiorstwa rosyjskie lub jakieś z Papui Nowej
Gwinei, w której większościowy udział będą miały właśnie te pierwsze.
Myślę, że w grupie spółek strategicznych Państwo pozostawi sobie tylko
Totalizatora Sportowego, co będzie zresztą bardzo dobrym posunięciem, bo
wiadomo czyją matką jest nadzieja. Wybory, które właśnie się odbyły nie
pozostawiają żadnych złudzeń. Jeśli bowiem ktoś nie przejrzał po
"nocnej zmianie", i po dwóch latach rządów Kaczyńskich - miał prawo. Ale
jeśli komuś nie otworzyły się oczy po Smoleńsku i żałosnym śledztwie,
to już mu się nie otworzą.
No i to tyle optymistycznych informacji. Myślę, że jeśli ktoś ma jeszcze
jakieś oszczędności powinien lokować w złoto. Mogą być sztabki, albo
monety. Niekoniecznie róg. Ten już mieliśmy. W każdym razie prognozuję,
że za cztery lata po bagnach i pustkowiach (jakimi będzie Polska) unosić
się będzie tylko wśród błędnych ogni, swąd palonej trzciny i głuchy
rechot palikota. ...............................................................................................................................................
Opublikowano na stronie "wPolityce" 15.10.2011 r. Chcieliście śmiechu? No to go macie.
Rząd, parlament i Polska, będą dokładnie takie jakie je sobie
stworzymy. Wybierze społeczeństwo zamiast krzyża gumowego penisa, to
będzie go miało.
Muszę jednak zmartwić tych, którzy głosowali na
Palikota licząc na to, że będzie śmieszniej. Palikot to nie jest Polska
Partia Przyjaciół Piwa. Śmieszniej już nie będzie, chyba że kogoś bawią
wiejskie zabawy połączone z mordobiciem, jako elementem folkloru.
Wówczas owszem - będą "jaja".
Wśród argumentów za Ruchem Poparcia Palikota był i taki, że
wreszcie znalazł się człowiek, który odważył się powiedzieć to co każdy w cichości ducha myśli.
Po pierwsze, bardzo przepraszam, nie każdy. A po drugie, od kiedy to chamstwo , wulgarność i cynizm uchodzą za odwagę? Aż tak zmieniłaby się mentalność ludzi w III RP, że nie potrafią już zdefiniować najprostszych zachowań?
Tak w ogóle, to głosowanie na gumowego penisa jest, mam wrażenie,
pewną konsekwencją przemiany naszej obyczajowości. Czy będziemy mieć
teraz kulturę spod znaku Doroty Nieznalskiej i jej "Pasji" (ukrzyżowanych genitaliów) , albo happeningów Jakuba Wojewódzkiego z wtykaniem polskiej flagi w psie gówienka? Jest to wielce prawdopodobne.
Nie kwestionuję, że to może komuś się podobać. Jego sprawa. Mnie, ani
to śmieszy, ani nie pobudza intelektualnie, ani nawet nie trąca o
struny mojej wrażliwości. Nie rozumiem też przesłania takich działań,
jeśli takowe w ogóle są. No cóż, jestem tylko prostakiem w moherowym
berecie. Jestem tak prymitywny, że nawet bez rumieńca potrafię się
przyznać, że dla mnie ważniejsze od epatowania i skandalu jest prawda i
sprawiedliwość. Kudy mnie tam do współczesnej wysokiej kultury. Ja tam
mogę tylko, co najwyżej powtórzyć za Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim:
"Chcieliście Polski, no to ją macie! (skumbrie w tomacie pstrąg)" ..................................................................................................................................................
Opublikowano na stronie "wPolityce" 10.10.2011 r.
Krzyż. Dlaczego tak drażnił?
Jest na Krakowskim Przedmieściu pusta przestrzeń po krzyżu.
Jasna jak znak na zakurzonej ścianie pokoju po zdjętym krucyfiksie.
Kiedy patrzę na miejsce w którym stał - widzę go nadal: dwa krzyżujące
się pasy świecącego powietrza.
Czy krzyż tam postawiony powinien pozostać w tym miejscu na zawsze?
Być przypomnieniem wielkich narodowych rekolekcji, które przeżywaliśmy
półtora roku temu, czy też powinien zostać zwinięty jak sztandar po
bitwie?
Dlaczego ten prosty znak, stojący wśród innych budowli, pomników, nie
przeszkadzający spacerującym, ani przejeżdżającym samochodom, wywołał
tak wiele emocji? Tkwił w oku niektórych boleśnie jak drzazga ?
Jest taki wiersz Norwida "Dziecko i krzyż" w którym syn patrząc na maszt łodzi zbliżającej się do mostu krzyczy do ojca :
Patrz! Jaki tam krzyż, / Krzyż niebezpieczny - Maszt się niesie wzwyż,/ Most mu poprzeczny - //.
Ojciec odpowiada mu na to, aby się nie lękał, bo krzyż zawsze jest
znakiem zbawienia, więc nie może stanowić groźby. Kiedy statek spokojnie
przepływa pod mostem padają słowa :
Gdzie się podział krzyż? // - Stał się nam bramą.
- brzmi odpowiedź.
Ilekroć słuchałem słów różnych księży, hierarchów czy
polityków w sprawie krzyża na Krakowskim Przedmieściu zawsze brzmiały mi
w uszach te słowa Norwida.
Padały różne argumenty za jego pozostawieniem, albo przeniesieniem.
Bardziej lub mniej przekonywujące. Apelujące do emocji, do rozumu, do
tolerancji i nowoczesności. Jednak zawsze zastanawiałem się nad tym
dlaczego o ten akurat krzyż toczy się tak wielka batalia.
Czy dlatego, że był symbolem Chrystusa, czy dlatego, że był
również znakiem i miejscem pamięci po tych, którzy zginęli 10 kwietnia
2010 roku? Czy dlatego tak drażnił, że stojąc w tym miejscu
zawsze przypominałby o prezydencie prof. Lechu Kaczyńskim, jego małżonce
i dziewięćdziesięciu czterech innych, wspaniałych ludziach? Zakłócałby spokój rządzących. Przypominałby, że zostaną rozliczeni z tego co zrobili. Czy właśnie dlatego?
Stawiałbym sobie te pytania pewnie dalej i nie miałbym na nie
przekonującej odpowiedzi, gdyby nie to, że będąc kiedyś w swoim
parafialnym kościele usłyszałem drżący głos starego księdza rezydenta.
Czytał on początek pierwszego listu Świętego Pawła do Koryntian. Ten cytat stał się dla mnie kluczem do zrozumienia. Odpowiedzią na wszystkie postawione w tym tekście pytania.
Nauka krzyża głupstwem jest dla tych, co idą na zatracenie, mocą Bożą
zaś dla nas, którzy dostępujemy zbawienia. Napisane jest bowiem:
„Wytracę mądrość mędrców, a przebiegłość przebiegłych zniweczę”. Gdzie
jest mędrzec? Gdzie uczony? Gdzie badacz tego co doczesne? Czyż nie
uczynił Bóg głupstwem mądrości świata? Skoro bowiem świat przez mądrość
nie poznał Boga w mądrości Bożej, spodobało się Bogu przez głupstwo
głoszenia słowa zbawić wierzących. Tak więc gdy Żydzi żądają znaków, a
Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest
zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan, dla tych zaś, którzy są
powołani, tak spośród Żydów jak i spośród Greków, Chrystusem, mocą Bożą,
i mądrością Bożą. To bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa
mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi.
Opublikowano na stronie "wPolityce"07.10.2011 r. Komu sondażyk, komu?
Nie wierzę w sondaże. To wszystko co podaje się jako
wynik żmudnych badań na reprezentatywnej próbie ble ble ble - jest dla
mnie śmieszne. Nie wierzę też w żadne wyniki takich badań. Od kiedy
zapoznałem się z mechanizmami, które rządzą tego rodzaju rozpoznaniami,
bawi mnie bardzo kiedy jakiś polityk z poważną miną, snując jakieś
niezwykle frapujące historie, podpiera się na ich wynikach jak pijany na
kuli.
Badacze nastrojów doszli, kiedyś tam do wniosku, że ludzie są
istotami społecznymi i chcą należeć do tak zwanej większości, bo w
grupie czują się raźniej. Sondażownie tę większość im z
radością wskazują. Czuwają jednak, czy ta przewaga jest wyraźna i
czytelna. Poważnym "badaniom" często przychodzą w sukurs "poprawni"
publicyści, wspierając "przodującą" grupę sondażową artykułami
(oczywiście w prawomyślnych mediach) na temat "ciemnej strony mocy",
która depcze po piętach biednej drużynie Luke'a Skywalker'a. Dzieje się
tak najczęściej wówczas gdy zachodzi niepokojące zjawisko spadku
poparcia dla partii przyjaznych "grupie sprawującej władzę".
Pojawiają się wówczas historie o mścicielach w moherowych beretach, którzy przygotowują się do desantu na spokojny lud boży. Ci
nienawistnicy mają ponoć na wszystkich parkingach i podjazdach wbijać
krzyże, aby nikt z cywilizowanych ludzi nie mógł zaparkować swego
pojazdu i te ple,ple.
Gdy to nie skutkuje, można przejść do bardziej wyrafinowanych metod.
Na przykład wyraźnie i jasno pokazać na słupkach, że jakieś "dziwaczne
partie" mocą zakulisowych rozpytań potencjalnych wyborców, stają się z
dnia na dzień "czarnymi rumakami" tej kampanii.
Pojawiają się kolejni jeźdźcy bez głowy, którzy porywają za
sobą milczące dotychczas tłumy, a gumowe penisy stają się nagle
hetmańskimi buławami. Jaki cel może mieć takie przedstawienie
preferencji wyborczych? Sądzę, że oprócz aktu desperacji, tak
przedstawiony wynik ma udowodnić, iż każde ugrupowanie posiada
potencjalną możliwość dostania się do parlamentu (co jest prawdą) i jest
na najlepszej do tego drodze (co już nią być nie musi). Oczywiście tego
rodzaju działanie może stać się samospełniającą się przepowiednią. Co
niekoniecznie jest dobre, bo wprawdzie
gdzie kucharek sześć tam nie ma co jeść,
ale przecież gdy ich wiele, dopiero można mieszać w kotle:
Buchaj ogniu, kotle wrzej. Bagnistego węża szczęka, niech w ukropie tym rozmięka,
że tak powiem za Szekspirem. Tymczasem przecież nie od dziś jest
wiadomo, że najbardziej stabilne systemy polityczne są dwupartyjne
(np.USA, Japonia, Wielka Brytania). Czyżby więc komuś stabilność systemu
przeszkadzała?
Temat można rozwijać. Każdy wynik sondażu analizować pojedynczo i
dorzucać jako kolejny przykład manipulacji. Mnożyć pytania. Ale mi się
wydaje, że w skrócie i na dwóch ogólnych przykładach w wystarczający
sposób można pokazać na czym mniej więcej polega manipulacja sondażowni i
do czego może (ma) to prowadzić. Można snuć dalej tę opowieść, lub też
bezkrytycznie podniecać się wynikami, tylko po co? Czy nie lepiej po
prostu nie kierować się sondażami, a wyłącznie zdrowym rozsądkiem i
głosować za tym, do kogo jest się przekonanym? ...............................................................................................................................................
Opublikowano na stronie "wPolityce" 12.09.2011 r. Zło nie ma wcale strasznego oblicza
Ostatnio wyraźnie daje się zauważyć wzmożona aktywność propagandystów. Tyle, tylko, że niewiele ona daje. Jedni mają oczy i wiedzą co się dzieje, a drudzy małe telewizyjne ekraniki i też doskonale wiedzą. W zasadzie nie znam ludzi niezdecydowanych. Są albo zwolennicy ( tej czy innej opcji) albo ludzie totalnie zniechęceni do polityki. Zwolenników jednej strony nie da się przerobić na zwolenników innej. I nie da się przekonać zniechęconych. Przynajmniej za pomocą zwykłej argumentacji. Pat medialny ? Niekoniecznie. Może aby to zmienić trzeba najpierw odpowiedzieć sobie na proste pytanie - dlaczego nikt nie szuka ludzi czy programu, który najpełniej odzwierciedlałby jego interesy, jak to ponoć jest w demokracjach? Dlaczego nie dajemy się nikomu przekonać do jego racji ?
Bo czasy są nienormalne? A dlaczego są nienormalne? Czy nie jest tak, że każdy wie (albo przynajmniej czuje), że dziś wcale nie chodzi o żadnej autostrady, koleje, miejsca w przedszkolach, służbę zdrowia, czy nawet bezpieczeństwo państwa? Gdyby tak było - Platforma nie mogłaby liczyć na ani jeden głos. Walka (nie oszukujmy się - to jest walka) toczy się o coś zupełnie innego. Trwa ona mianowicie pomiędzy tymi, którzy chcą się mamić, że żyją w normalnych czasach, a tymi którzy wiedzą że czasy wcale nie są zwyczajne i nigdy takimi nie będą, dopóki nie przywróci się słowom ich pierwotnego znaczenie. Nie można przecież w nieskończoność, kradzieży nazywać zaradnością, zboczenia - odmienną orientacją, a morderstwa - zabiegiem. Kłamstwo nie może też wiecznie podszywać się pod prawdę. Walka toczy się więc, tak naprawdę, pomiędzy oportunistami, a nonkomformistami.
Jeżeli więc wszystko rozstrzygnięte, skąd ta wzmożona działalność agitatorów "partii środka"? Ano, trzeba wobec zniechęconych i biernych sprawiać wrażenie, że wszystko jest w porządku. Utwierdzać ich, że to teraz jest normalnie, a nienormalności chcą przeciwnicy. Dawniej propagandyści - aby to udowodnić - o niewygodnych dla komunistycznego high life-u sprawach, po prostu nie mówili. A jeśli czegoś nie dało się ukryć to gromiono to i piętnowano z całą surowością majestatu. Dzisiejsi pi-erowcy (πr czyli wzór na kółko lanserów) salonu nie stosują tego rodzaju metod. Najlepszym sposobem na przekonanie do czegoś jest ośmieszenie lub wyszydzenie poglądów przeciwnych, albo pokazanie nienormalności jako oczywistej oczywistości. Wszystko tylko nie przedstawienie racji. Racje są takie nudne. Lepsze skutki przynosi postawienie problemu na głowie.
Zasada gry jest bowiem taka, by z waleta zrobić damę, a z kulasa ptaka.
Jak mówi nakręcacz Tomasz Lis : "Ludzie nie są tacy głupi jak nam się wydaje. Są dużo głupsi." Dadzą sobie wcisnąć wszystko. Pod jednym warunkiem - dodaje - aby to tylko nie było nudne. Jeśli będzie miało charakter hucpy - łykną natychmiast.
Dlatego zło nie ma już wcale strasznego oblicza. Założyło śmieszną maskę klauna - jak w tej historii o tytule "It" Stephena Kinga. Zadaje logiczne pytanie - kto będzie walczył z jajcarzami? Przecież znamy to z cyrku - ten co się stawia błaznom, może co najwyżej się ośmieszyć. Prostackiemu dowcipowi można się przeciwstawić tylko jeszcze bardziej grubiańskim żartem. I tak, aż do pozrywania boków. Do "zabawienia się na śmierć" jak pisał Neil Postman.
I można by się tym wszystkim co tu napisałem totalnie załamać i pochlastać z rozpaczy nad tym, że nie ma z tej sytuacji żadnego wyjścia. Tyle, że... jest. Z tego co tu napisałem wynika w każdym razie jedna pewna rzecz - otóż nie da się być obserwatorem tych "ciekawych czasów". Obserwatorzy, bowiem czyli publika - zawsze są po konkretnej stronie - napędzają klakę klaunom i kasę na dalsze tournee cyrku.
Opublikowano na stronie "wPolityce" 26.08.2011 r. Kaczka po pekińsku
W ubiegłym tygodniu przeczytałem w internecie, że Jarosław Kaczyński spotkał się z Zytą Gilowską. I że zjedli razem obiad na który zamówili kaczkę po pekińsku. Uśmiechnąłem się przeczytawszy tą informację, bo lubię, gdy ludzie mają poczucie humoru i dystans do samych siebie. Włączyłem Teleexpress, aby zobaczyć relację z tego spotkania. Najpierw wstęp uczynił lektor mówiąc o ważnym politycznym zdarzeniu, później głos oddano pani profesor, która powiedziała, że "zawsze popierała i będzie popierać Jarosława Kaczyńskiego", po czym pojawiła się postać samego premiera, której pozwolono wypowiedzieć tylko trzy słowa "ja jadłem kaczkę". Śmieszne?
Kiedyś Jacek Fedorowicz prowadził program satyryczny pod nazwą Dziennik Telewizyjny, w którym robił podobne numery. Dziś już ten program nie byłby w stanie nikogo bawić, bo niczym się nie różni do zwykłych programów informacyjnych. To co leci w TV jest nieustającym maratonem kabaretowym. Przebojem ubiegłego tygodnia był występ Donalda i jego Wicka, którzy wśród pustych krzeseł ( choć z góry było wiadomo, że nikt więcej się nie pojawi ) przeprowadzili najbardziej śmieszną polityczną "debatę" sezonu. Stało się dla mnie wówczas jasne - są to dziś najbardziej jajcarskie osoby w kraju. Robert Górski i jego parodia gabinetu - przy tych dwóch oryginałach wysiada całkowicie.
Z ogromnym zadowoleniem stwierdzam, że dzięki takim programom, nasze narodowe poczucie humoru jest coraz bardziej wysmakowane. Nie przepadamy już ani za prymitywnym satyrykiem biegającym z gumowym penisem, który śmiesznie czatuje pod drzwiami, ani nie wybieramy już do Sejmu kandydatów z Partii Przyjaciół Piwa. Preferujemy obecnie kabaret mniej nachalny, za to bardziej aktorski. Jest to tym bardziej zaskakujące, że jeśli chodzi o utwory muzyczne, to dalej przedkładamy pop nad piosenkę aktorską.
Oferta telewizyjna dla złaknionych śmiechu zapowiada się na najbliższy miesiąc bardzo obficie. Praktycznie wszystko będzie (przy)rządzone na wesoło. Badania musiały widocznie wykazać że jesteśmy najbardziej figlarnym narodem w Europie. Już wstając rano zastanawiamy się co takiego śmiesznego może się dziś wydarzyć. Kto komu wytnie numer. To znaczy wiemy kto komu. Zastanawiamy się natomiast z czego dziś śmiać się będziemy.
Martwi mnie tylko jedno bo w końcu zbliżają się wybory. Czy przy takim przeładowaniu programowym satyrą będzie czas dla polityków ? Bo przecież nie mogą oni usiąść przy jednym stole z klownami.
Opublikowano na stronie "wPolityce" 19.08.2011 r. Poeta pamięta ?
W centrum Krakowa, na ulicy Grodzkiej, a więc przy królewskim szlaku, leży młody człowiek. Wygląda jak wyrzucony przez falę, którą zatrzymała w wędrówce ściana starej kamienicy z podcieniami przy Hotelu Senackim. Mężczyzna ma wilgotne, a może tłuste włosy i wymięte ubranie. Jest środek dnia. Obok przewala się tłum ludzi, rozgrzeszający się wzajemnie z obojętności. Nie wiem dlaczego zatrzymuję się przy leżącym ciele. Może sprawia to wiek tego człowieka, który jest prawdopodobnie równolatkiem mego syna. A może zwykła wściekłość na niewrażliwą czerń, z którą tego dnia absolutnie się nie utożsamiam? Bo dziś bezduszność szcególnie mnie drażni? Nie wiem. W każdym razie pochylam się nad nim. Nie muska mnie nawet najlżejsze tchnienie oddechu. Jeszcze bardziej przybliżam ucho do jego ust. Cisza. Blada twarz jest pusta, jakby uleciało z niej wszystko. Podnoszę jego rękę i biorę za puls. Dłoń jest chłodna i wiotka. Być może jestem zbyt zdenerwowany, bo pulsu również nie wyczuwam. Nie jestem lekarzem, więc mogę zrobić tylko jedno. Wziąć do ręki telefon.
O znieczulicy napisano już tyle, że opowiadanie kolejnej historyjki wydaje się być bezsensowne. A jednak to leżące, zmaltretowane ciało przypomniało mi o naszej obojętności wobec ofiar Smoleńska. Przechodzimy obojętnie obok zgliszczy. Wzruszamy ramionami. Co nas to obchodzi? Jeden wypadek więcej, jeden mniej. Jakie to ma znaczenie? Kto by tam robił z igły widły? Te ofiary są same sobie winne. Po co się tam pchali? Niedźwiedzia się nie drażni, zwłaszcza gdy się wlezie mu do klatki. Odwracamy się z niesmakiem od tych, którzy się zatrzymują nad ciałami. Cholerni gapie. Hieny. Po cholerę wtrącają się w nie swoje sprawy? Chcą wywołać w nas wyrzuty sumienia? Myślą, że są od nas lepsi? Hipokryci. To pewnie są ci nieudacznicy, o których tyle się mówi w telewizji - starzy, niespełnieni z małych miasteczek. Zamiast realizować się społecznie, wymyślili jakiś archaiczny patriotyzm. Niech się lepiej zapiszą do woluntariuszy, do jakiejś kampanii przeciwko homofobii i poprą związki gejowskie, jak już się koniecznie muszą społecznie zrealizować.
Wszyscy mamy ważne sprawy. Każdy z nas się gdzieś spieszy, ma jakieś plany, marzenia na przyszłość. Każdy z nas pragnie też spokoju. Chyba dla każdego z nas liczy się rodzina. Pragniemy szczęścia. Co nas różni? Wydawałby się, że maleńka rzecz - rozumienie jak to szczęście osiągnąć. A może jest nią odpowiedź na pytanie - co to jest szczęście? W "Konradzie Walenrodzie" Mickiewicza jest takie zdanie - "Szczęścia w domu nie znalazł, bo go nie było w ojczyźnie." Wydaje mi się, że te słowa to jest klucz do zrozumienia co nas dzieli. Cześć z nas uważa, że polityka, państwo, lokalna wspólnota - nie ma wpływu na nasze życie. Przeciwstawiają mu przysłowie "Każdy jest kowalem swego losu", a słowa wieszcza wrzucają do wora z patetycznymi sloganami. Wydaje mi się, że to jest rzecz podstawowa. Ale prawdopodobnie różnimy się także perspektywą patrzenia. Do tyłu i wprzód. Kto sięga dalej w jedną i drugą stronę - musi wyciągnąć inne wnioski niż ten co jest w stanie przypomnieć sobie tylko to było wczoraj i sięgnąć myślą nie dalej jak do następnego weekendu. Nie dla nich też to piszę. Za minutę zapomną.
Opublikowano na stronie "WPolityce" 06.08.2011 r. Polska Jest Jedna(PJJ)
Dlaczego uparcie wracam do problemu postanowionego przez Jarosława Marka Rymkiewicza -
czy są dwie, czy jedna Polska? Ponieważ uważam, że odpowiedź na to
pytanie określa jaki jest stan naszej świadomości. Czy jesteśmy
nastawieni na konfrontację czy wierzymy jeszcze w ideały Solidarności?
Tych,
którzy uparcie twierdzą, że jednak są dwie Polski - renegatów (idących
za głosem fletni tvn) i chwatów skupionych na samotnych szańcach
internetu, chciałbym zadać jedno pytanie:
Czy można stawiać znak równości pomiędzy oszustem, a oszukanym?
A robią tak ci, którzy do jednego wora chcą wrzucić tych, którzy
kłamstwo preparują i tych, którzy je potem z durnom udawolstwiem
powtarzają. Oczywiście są ludzie, którzy ściemę powielają z
premedytacją, jak wytyczne na XXX zjazd KPZR, ale czy można zakładać,
że każdy z nich robi to świadomie ? Czy wszystkim którzy powtarzają
łgarstwa, jak stara kołchozowa szczekaczka, chodzi o pogłębianie
rozziewu w społeczeństwie? Albo w kościele?
Poglądy w naszej
wspólnocie się radykalizują. Owszem. Ale czy rzeczywiście istnieją dwa
wrogie obozy? Lub jak chce ktoś inny, powtarzając za poetą, że "to co
nas podzieliło, to się już nie sklei" - dwie Polski ?
Jest tylko jedna Polska. Nie dzieli się ona ani na PiS-owców i PO-wców, ani nawet wzdłuż linii Wisły czy innego Curzona.
A nawet nie na Polskę A oraz B. Polska jest jedna, tylko że część
ludzi dała się otumanić "wolnym mediom" . Ale to, że niemal całe media
są w dłoniach, wcale nie metaforycznego, "imperium zła" wcale nie
znaczy, że jesteśmy z góry przegrani.
Diagnoza? Proszę.
Co spowodowało podział w społeczeństwie?
Kłamstwo.
Niektórzy w nie uwierzyli, bo było im wygodnie w nie uwierzyć. Inni,
bo bali się utraty pracy, lub jakichś profitów, apanaży bądź rządowych
dotacji. Ale w końcu byli i tacy (wierzę, że jest ich większość)
którzy uwierzyli w kłamstwo z czystej naiwności, zapatrzeni jak w
bóstwo w jakiegoś pożal się boże celebrytę-debila, gwiazdora-zdrajcę
lub szmatławego idola. Mówić im teraz, że są w tej drugiej, złej
Polsce, to jak rzucać grochem o ścianę, albo perły między wieprze. Nie
poskutkuje. Szkoda próbować. Perswazja nie przyniesie żadnych skutków. A
tym bardziej pogarda.
W wojsku nauczyłem się jednego - jak się rozciągnie zasieki,
to trudno jest przejść na drugą stronę. Wiem to nie tylko ja, ale i
wszyscy, którzy kiedyś byli po tak zwanej tamtej stronie. Którzy
wierzyli kiedyś w Magdalenkę, Gazetę Wyborczą, albo w "politykę
miłości", czyli większość z nas.
Jaka jest zatem recepta?
Prawda.
Żmudne jej odkrywanie dla samych siebie i dla tych, którzy tak jak kiedyś ja, celebrowali datę 4 czerwca 1989 roku. Co
jest najbardziej bolesne w tym odkrywaniu prawdy? To, że trzeba
niestety najpierw odkryć prawdę o sobie. Powiedzieć sobie jasno - kim
byłem, jakie miałem poglądy, co spowodowało, że stanąłem właśnie po
tej, a nie po tamtej stronie oraz dlaczego teraz, mam takie a nie inne
zapatrywania.
Co jest największym niebezpieczeństwem przy odkrywaniu prawdy? Moim
zdaniem pułapek jest wiele. Są nimi półprawdy, maski, ucieczka w
schematyzm, wyparcie. Albo zastępowanie prawdy jakimś nośnym hasłem.
Takim, dla mnie jest na przykład sformułowanie : "są dwie Polski".
To
nieprawda, że są ludzie, którzy są straceni, bo ich tak wychowano, bo
im tak wygodnie, albo dlatego, że są z natury źli. Każdy człowiek jest
wrażliwy na piękno, dobro, oraz prawdę. Jeśli u kogoś zabito tą
wrażliwość, stępiono, albo wypaczono, to nie znaczy że trzeba wieszać
na nim psy i skazywać na wieczną banicję.
Jeśli ktoś siedzi przed telewizorem dwie godziny dziennie i
przez godzinę czyta jakieś gw, to ma tyle trucizny w mózgu, że nawet
sto godzin rozmów tego nie usunie. Trzeba mu zrównoważyć
dietę. Uświadomić mu, że wyłączne stołowanie się u Pana McDonalda
grozi śmiercią. Podsunąć antidotum, zaciekawić rzeczywistymi
problemami, a nie tymi spreparowanymi przez media. Jeden z moich
znajomych (taki jak i ja oszołom), którego ojciec jest zatwardziałym
lemingiem przyszedł do niego z wizytą, do szpitala.
Kup mi do czytania Gazetę
- poprosił ojciec. Synek poszedł do kiosku i przyniósł ojcu Gazetę. Tyle że Polską, a nie Wrogą.
Coś ty mi przyniósł
- krzyknął wściekle ojciec. Nie wiem czy kuracja odniosła właściwy
skutek i czy jest to najlepszy sposób na pokazywanie innej strony
problemu. Ale próbować zawsze warto.
Wydarzenia 10
kwietnia wielu ludziom otworzyły oczy. I wielu jeszcze się otworzą. Nie
można dziś tych ludzi, zindoktrynowanych, odurzonych, zaślepionych -
odpychać. To oni, (nie my) są ofiarami.
Opublikowano na stronie "WPolityce" 02.08.2011 r. Czy są dwie Polski?
Czy istnieją dwie Polski tak jak w tym fragmencie wiersza Jarosława Marka Rymkiewicza "Do Jarosława Kaczyńskiego"?
Ta o której wiedzieli prorocy I ta którą w objęcia bierze car północy
Dwie Polski – jedna chce się podobać na świecie I ta druga – ta którą wiozą na lawecie
Wydaje się, że tak. Widzimy wyraźnie linię podziału, która przebiega
przez nasze rodziny, przez dawną naszą paczkę z liceum, kolegów ze
studiów, ludzi z którymi pracujemy. A porozumienie z tymi po drugiej
stronie tej linii wydaje się być niemożliwe. Nie trafiają do nich żadne
argumenty. Poza grupą osób o podobnych do naszych poglądach, nie da
się normalnie rozmawiać.
Aby móc podyskutować na zjazdach rodzinnych, trzeba pewne tematy
wykluczyć. Ugryźć się w porę w język, żeby niepotrzebnie nie podnieść
ciśnienia o pół kilopascala. Bo w pewnych przypadkach nie jest możliwy
spokojny dyskurs intelektualny czy potyczka na argumenty. Podczas
sporu, którego tematem jest na przykład Smoleńsk jest zwykle pełne
wyższości lekceważenie (pozorowane) okazywane przez jedną stronę,
któremu towarzyszy wściekłe zacietrzewienie strony drugiej.
Co powoduje naszą nieprzemakalność na argumenty drugiej strony?
Gdy się nad tym zastanawiam dochodzę do wniosku, że jest nim
przekonanie, że to ja, tylko ja znam prawdę. A ponieważ prawda może być
tylko jedna, więc druga strona nie może mieć racji. To oszołomy, albo
ogłupieńcy. Ale czy jest to prawda, czy raczej wiara w wizję świata nam
przyjaznego lub wrogiego? Czy zatem są dwie Polski, czy raczej dwie
wiary ?
Niestety prawdy wciąż nie znamy. Mimo raportów MAK
-u i Millera czy konferencji Macierewicza. Skoro prawdy wciąż nie
znamy, o cóż zatem się spieramy? Moim zdaniem istotą rozziewu o
Smoleńsk jest dylemat - czy wszystko u nas idzie w dobrym kierunku, a
wydarzenie to, to był tylko przypadek, czy też zmierzamy ku
katastrofie, a zdarzenie to było jednym z jego symptomów.
Czy gdybyśmy poznali prawdę o Smoleńsku, to nie zmieniła by się dla
wielu diametralnie ich wizja świata świata? Myślę, że tak by właśnie
było. Wiara zostałaby skonfrontowana z prawdą. A prawda wpłynęłaby na
zmianę poglądów. Byłoby to generalnie, albo bardzo bolesne
doświadczenie dla wyznawców wypadku, albo przyniosłoby ogromną ulgę
wierzącym w zamach.
I w tym ostatnim stwierdzeniu zdaje się tkwić ślad wiodący do prawdy. Dlaczego rządzący, którzy przygarniają polityków z prawa i z lewa nie chcą dla budowy nowego Frontu Jedności Narodowej pozyskać tych wszystkich "zwolenników teorii spiskowej"? Pozyskaliby ich na pewno, przez wykazanie, że tkwią w błędzie.
A żeby to wykazać wystarczyłaby tylko zgoda na powołanie niezależnej
(międzynarodowej) komisji, która mogłaby zbadać ciała ofiar, wrak
samolotu, oryginały czarnych skrzynek. Tylko tyle. Nie trzeba by było
nawet wydawać na to publicznych pieniędzy. Jestem przekonany, że
"ciemnogrodzianie" znaleźliby środki, aby prace tej komisji
sfinansować. Ja już deklaruję swoje finansowe wsparcie dla tego
przedsięwzięcia.
I jestem pewien, że wówczas wiele osób, dziś przeciwników tej władzy oddałoby na nią głos.
Skoro władza tego nie robi, może to oznaczać, że: 1) antagonizacja społeczna jest jej na rękę, lub/i 2) sama jest umoczona, albo też 3) jest zbyt dumna, żeby słuchać oszołomów i niezależnej komisji
Trzeci punkt można od razu wykluczyć, skoro duma członka NATO i
suwerennego kraju pozwoliła jej oddać wszystkie dowody i całą sprawę
Rosjanom już 12 kwietnia 2010. Zostają zatem dwa punkty. Obydwa pachną
równie brzydko.
Zbigniew Herbert w "Elegii na odejście" zostawił nam takie słowa -
trawiłem lata by poznać prostackie tryby historii
monotonną procesję i nierówną walkę zbirów na czele ogłupiałych tłumów przeciw garstce prawych i rozumnych
I z tymi słowami ja się zgadzam. Uważam, że nie ma "dwóch Polsk". Są
tylko ogłupiani ludzie, do których ja również, nie tak dawno jeszcze,
kiedy wierzyłem w telewizyjno-angorowski przekaz ,zaliczałem się.
Prawda dotrze do nas wcześniej, albo później, ale dotrze. Na pewno we
właściwym czasie. Nie przyspieszymy jej przyjścia zacietrzewieniem. ..............................................................................................................................................
Opublikowano na stronie "WPolityce" 16.06.2011 r. Manifest platformerski
Jeśli prawda jest
przykra, smutna, albo przerażająca - nie chcemy jej znać. Chcemy aby zastąpiła
ją prawda oswojona. Dlaczego mamy się niepokoić, cierpieć za miliony? Czy nie
dosyć mamy zmartwień na co dzień? Jak wołał poeta "Nie odbierajmy sobie
odrobiny radości, bo zginie nasz świat". Chcemy tylko spokoju. Niczego
więcej.
Przestańcie wciąż nam
powtarzać, że jest źle. Nie chcemy tego słuchać. Chcemy aby było nam dobrze.
Chcemy być głaskani po głowach i podbrzuszach. Aby nas doceniono, schlebiano
nam, awansowano. Nie cierpimy tych, którzy krzyczą. Sami nawet nie wiedzą jak
są żałośni. Czy zmienią coś tym krzykiem?
Nie chcemy również
być szaleni jak nasi przodkowie, o których wciąż słyszymy obłąkańcze historie.
Bohaterstwo jest niezdrowe, nieekologiczne i niepoprawne. Liczy się spryt. W
ogóle nie chcemy znać historii. Historia zaczyna się od nas. Na nowo każdego
dnia. Nie ma czegoś takiego jak przeszłość i przyszłość. Jest tylko teraz. I
nie jest ważne kim byliśmy. Najważniejsze, że zawsze chcieliśmy dobrze. To nic,
że tylko dla siebie. To kim jesteśmy nikogo nie powinno obchodzić, jeśli nie
obchodzi to nas. Podstawą jest psychiczny komfort.
I przestańcie mówić o
jakimś abstrakcyjnym szczęściu ogółu. Szczęście jest wtedy, kiedy umościwszy się głębiej w miękkim fotelu, z
torebką chipsów spłynie na nas łagodny strumień światła kineskopu. Włączamy
ekran - wyłączamy myślenie. Błogosławione chwile. Wiemy, że te dziwne opowieści
o walkach plemiennych, powodziach, katastrofach, rzeziach, dyktaturach,
promieniowaniu - nas nie dotyczą. Oglądamy je tylko po to aby odetchnąć,
odpocząć po ciężkiej pracy. My jesteśmy tu i teraz, otoczeni świętym spokojem
jak aureolą. Najważniejszy jest spokój w naszym pokoju. Nie pokój na ziemi. Jak
mówił inny poeta: "Niechaj na całym świecie zamęt i pożoga, byle u nas
beztroska, byle cisza błoga."
Nie dajmy się
sprowokować tym, którzy wciąż tropią i obnażają zło. Którzy straszą nas
cywilizacją śmierci. Oni chcą naszego potu i krwi. Chcą abyśmy ruszyli się z
naszego ciepłego miejsca, spod wielkich piramid schłodzonych puszek piwa. Jeśli
nie będziemy słuchać ich zawodzenia, dotrwamy przy rozżarzonym grillu do końca.
Bo jak mówi pismo "czy życie może znaczyć więcej jak pokarm, a ciało to
więcej niż odzienie?"
Relacja bezpośrednia z Krakowskiego Przedmieścia Jest sobota 28 maja 2010 roku, godzina 16. Krakowskie
Przedmieście. Namiot Solidarnych 2010 wciąż stoi... a właściwie spoczywa
na stopach czterech mężczyzn. Trzydziestokilkuletni człowiek mówi przez megafon do przechodzących ludzi:
Z prezydentem Obamą przyleciało do Polski sześciuset tajnych agentów,
którzy zabezpieczali wizytę. A ile osób zabezpieczało wizytę prezydenta
Kaczyńskiego? Ilu agentów czekało na jego przylot na lotnisku w
Smoleńsku?
Ktoś przechodząc mówi:
Daj sobie spokój. Też żeś sobie porównanie znalazł.
Na Warszawą nisko krąży helikopter, zabezpieczający wizytę Obamy.
Oczywiście nie ma żadnego porównania. Ja patrzę i nie mogę wyjść z
podziwu (a właściwie mówiąc słowami naszego premiera - jestem pełen
entuzjazmu) nad tym jak rząd potrafił wspaniale zabezpieczyć tę wizytę.
Jak to nasz pierwszy minister powiedział:
Na to jest NATO, żeby chronić NATO.
W każdym razie jeszcze teraz, długo po odjeździe amerykańskiego
przywódcy, w okolicach Pałacu Prezydenckiego, stoi w bocznych uliczkach
około trzydzieści policyjnych radiowozów z kompletem niebieskich pasażerów.
Co jakiś czas przegrupowują się, przejeżdżając przed namiotem, z
Placu Piłsudskiego pod Kościół Karmelitów i z powrotem. W zasięgu wzroku
mam stale przynajmniej dziesięć żółtych kamizelek policji i straży
miejskiej. Zaczynam rozumieć słowa Norwida, co znaczą owe "policje tajne widne i dwupłciowe". W
każdym razie bezpieczniejszego miejsca niż to, w którym teraz jestem,
nie ma chyba w całej Warszawie. A być może nawet w całej Polsce.
Przystaję na chwilę przy namiocie, aby podelektować się uczuciem
spokoju. Okazuje się, że tutaj już nie tylko zbierają podpisy pod
wnioskiem o umiędzynarodowienie śledztwa smoleńskiego, ale rozdają też
swoją gazetkę o nazwie "wot.pl" .
Jakiś człowiek, ledwo trzymający się na nogach wykrzykuje złożywszy ręce w tubkę, inwektywy pod adresem zgromadzonych pod namiotem.
Mężczyzna z mikrofonem niepotrzebnie wdaje się z nim w dyskusję. Mówię
mu, że szkoda czasu na polemikę z człowiekiem będącym pod wpływem
salonowych mediów. Słuchając wciąż jednej i tej samej narracji bardzo
łatwo ciężko się odurzyć, a nawet popaść w uzależnienie. Tym bardziej,
że odtrutki w postaci niezależnych mediów jest jak na lekarstwo.
Idę dalej w kierunku Bazyliki Świętego Krzyża. Za Bristolem stoi biały mercedes z zamontowanymi na dachu kamerami do filmowania osób demonstrujących pod namiotem.
Widzę go tu zawsze, kiedy się pojawiam na Krakowskim Przedmieściu.
Nieco dalej kardynał Wyszyński spogląda z cokołu, zamyślony na samochód
prasowy TVN24.
Z tyłu w dalszym ciągu dobiega mnie głos mężczyzny spod namiotu, a
wokół słyszę, nawet nie tyle złośliwe, co pełne złości komentarze,
odnoszące się do tego co mówi. Pełen najgorszych myśli wstępuję do
Bazyliki. W głowie kłębią mi się złe myśli, dotyczące tego, do czego
może doprowadzić pogłębienie się społecznego konfliktu. W bocznym
ołtarzu, pod wypłowiałym obrazem, na zmiętej karteczce w foliowej
koszulce znajduję słowa, które czytam jako odpowiedź na mój niepokój.
Jako rozwiązanie. Słowa, które napełniają mnie nadzieją brzmią:
Św. Judo, szczególny Patronie w sprawach trudnych i beznadziejnych -
abyśmy z grzechów naszych powstali, abyśmy w jedności i zgodzie żyli,
abyśmy nigdy zwątpieniu nie ulegli, abyśmy nigdy w rozpacz nie wpadli -
módl się za nami.
Opublikowano na stronie "WPolityce" 11.03.2011 r Otumanianie
Dlaczego w sprawie zdarzenia smoleńskiego można wymyślać co się komu żywnie podoba? Czemu co chwilę pojawiają się nowe niespodziewane wrzutki i ekwilibrystyczne wolty dotyczące tej tragedii? Co jakiś czas, jak diabeł z pudełka, wyskakuje jakaś nowa, dziwna historia, której musimy wysłuchać, w ciszy i skupieniu. Najlepiej z pochyloną głową. Skąd te niezwykłe opowieści, jak choćby ta, o kłótni generała Błasika z pułkownikiem Protasiukiem o pogodę? Skąd się biorą wszystkie te klechdy? Zapewne stąd, że nie ma dostępnych żadnych pewnych dowodów. Żadnych dokumentów. Nie ma nic, co świadczyłoby, że 10 kwietnia ubiegłego roku, zdarzyło się konkretnie to lub to. Ktoś może się oburzyć - no a filmy Wiśniewskiego, a stenogramy rozmów? Przykro mi. Na pewno zmontowany (przynajmniej z dwóch kawałków) jest film Sławomira Wiśniewskiego, a zapisy audio z rozmów pomiędzy pilotami, oraz miedzy pilotami a wieżą jak też o dialogi prowadzone na samej wieży małp są pociachane wręcz niemożebnie. Podziwiam blogerów, którzy rozbierają te remiksy poklatkowo, wyłapują "pyknięcia" fonii, świadczące o montażu, analizują kontekst sytuacyjny, czasowy. Podziwiam, bo dla mnie jest to przede wszystkim irytujący materiał dezinformacyjny. Tak dezinformacyjny. Może być bowiem i tak, że wszystkie te "dokumenty", które nam udostępniono nie przedstawiają ani prawdziwego miejsca tragedii (jest w tej sprawie prowadzone zaawansowane śledztwo przez internautów), ani nie są zapisami rozmów z tego dnia, ani w ogóle z tego dramatycznego lotu. Choć mogą być tam fragmenty rzeczywistych dialogów, ale są one tak wyselekcjonowane, tak zmontowane, aby do prawdy na ich podstawie, nie można było dojść.
Dlaczego nie przedstawia nam się "twardych faktów", to jest takich, których nie można by za tydzień podważyć, stawiając wszystkiego na głowie? Przecież ponoć są... Otóż narracja, proszę Państwa, musi być elastyczna. Nie powinna zapuszczać w nieznane uliczki, z których nie można by się było szybko wycofać. Tylko z pozycji wyjściowej można bowiem powtarzać ataki wciąż od nowa. Wracać do tematów już raz ostatecznie wyjaśnionych i nawet takich, które są wewnętrznie sprzeczne, jak choćby relacja o sprawstwie kierowniczym generała Błasika, który dziwnym zbiegiem okoliczności został odnaleziony nie w kokpicie, (którego nb.w ogóle na miejscu katastrofy nie stwierdzono) a w środku powietrznego statku . Znalezionego - dodam - przeszło 24 godziny po zdarzeniu i poddanego (widocznie rutynowym dla pasażerów) badaniom krwi na zawartość alkoholu.
Ponieważ autorom mediów wiodących, wolno snuć każdego rodzaju rojenia, więc i ja, ośmielony ich fantazją, spróbuję odgadnąć jaki to wątek w najbliższym czasie u inspiratorów tej medialnej narracji wypłynie. Otóż wydaje mi się, że nie dosyć wyeksploatowana została jeszcze scena rozmowy telefonicznej między prezydentem a jego bratem. Tak jakby wątek ten czekał na odpowiedni moment. No, a przecież zbliżają się dwa ważne wydarzenia - rocznica 10 kwietnia, a potem wybory do Parlamentu. Rozbudowa tego śladu, byłaby moim zdaniem idealna, nie tylko aby ośmieszyć tych, którzy nie chcą przyjąć do wiadomości "oczywistej" wersji o "arcybolesnej prostocie" wydarzenia, ale i mocno uderzyć w lidera opozycji. Poza tym wątek ten, od dawna już promuje Lech Wałęsa, który jak wiadomo "cienkim bolkiem" nigdy nie był. Dlatego ja stawiam na "przerażające, nieznane fragmenty rozmów braci Kaczyńskich".
Co jeszcze reżyserzy spektaklu pod tytułem "Zamgliwanie" (po rosyjsku "Otumanianie") mogą wymyślić dla wzmożenia społecznego napięcia, co jak zwykle się przełoży na wzmocnienie "grupy trzymającej władzę"? Tego nie wie nikt... Poza tą grupą rzecz jasna.
Opublikowano na stronie "WPolityce" 03.03.2011 r Ciemno wszędzie, głucho wszędzie.
Ci, którzy piszą scenariusze do thrillerów wiedzą doskonale, że aby film był dobry, musi wywoływać autentyczny lęk. A to można osiągnąć tylko na jeden sposób. Aby wydzielanie adrenaliny u widza był dostatecznie wysokie, do samego końca nie może się domyślać ani co jest źródłem zagrożenia, ani skąd może przyjść niebezpieczeństwo, ani też kiedy. Fabuła filmu powinna przedstawiać jakiś sielski klimacik, najlepiej małego miasteczka na krańcu świata, w czas popołudniowej sjesty. Wszystko powinno być ładne, proste i oczywiste. Główni aktorzy widowiska muszą świetnie grać swoje role - dobrodusznego, aczkolwiek niezbyt inteligentnego burmistrza, oraz szeryfa - równiachy. Prawda o miasteczku nie powinna wyjść od razu na jaw. Im dłużej jest budowany klimat, im więcej pozostawia się domyślności odbiorcy, tym większe wzbudzi to w nim napięcie. Zresztą tylko autentycznie przerażony widz jest w stanie łyknąć każdą niedoróbkę, da sobie wmówić każdą bzdurę i przyjmie za dobrą monetę każdy zwrot akcji, czy zaproponowane przez scenarzystę rozwiązanie intrygi. Choćby było ono najbardziej nawet idiotyczne. Przerażenie powinno narastać powoli. Tak, aby widz przestał reagować na racjonalne argumenty, wtopił się w siedzenie, nie mając nawet ochoty ruszyć do ubikacji, dla zniwelowania wewnętrznego ciśnienia. Ma zostać przykuty do miejsca. Nie ma prawa drgnąć. Ma siedzieć i dawać się reżyserowi oraz scenarzyście hipnotyzować dalej. Do samego końca.
Przyglądając się temu co dzieje się wokół Smoleńska, odnoszę wrażenie, że narratorzy tej historii szkolili się u najlepszych twórców gatunku. Sądzę, że ci którzy, tak jak ja, śledzą od ponad dziesięciu miesięcy historię śledztwa, wiedzą coraz mniej. Bo właściwie ja nie wiem już nic. Poza tym, że zginęła setka osób. Ale kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach? Nie mam pojęcia. Jeszcze do niedawna łudziłem się, że wiadomo przynajmniej co wydarzyło się rano, 10 kwietnia na Okęciu. Okazało się, że i ta wiedza nie jest mi, zwykłemu śmiertelnikowi, dostępna. Czy w tym dniu działały kamery przemysłowe, czy nie? Czy zdjęcia odlatującego tupolewa są właściwie z tego dnia czy z innego? I w końcu ile samolotów odleciało? Jak? Dokładnie o której godzinie?... Ja tak naprawdę nie wiem nic.
Wcześniej sądziłem, że nie będzie można ustalić, ponad wszelką wątpliwość, jaki był rzeczywisty zapis czarnych skrzynek, przebieg rozmów samolotów z ziemią, pilotów pomiędzy sobą, oraz dialogów na wieży małp. Miałem świadomość, że nie dane mi będzie poznać autentycznych protokołów sekcji, oględzin miejsca zdarzenia. Czyli domyślałem się, że nie będzie dostępu do bezpośrednich dowodów tego co się wydarzyło tam, po drugiej stronie. Ale cały czas uważałem, że tylko to co wydarzyło się poza naszym krajem, pozostanie wielką niewiadomą. Okazuje się, że i wypadki po tej stronie spowija mgła. Przynajmniej na razie, tak samo nieprzenikniona.
Jaki można wyciągnąć z tego wniosek? Mnie ciśnie się jeden, podstawowy. Skoro los i okoliczności śmierci prezydenta i najważniejszych osób w państwie mogą pozostawać dla społeczeństwa, przez rok nieznane - a cała historia staje się coraz bardziej zagmatwana - to co można powiedzieć o losie zwykłego obywatela? O jego poczuciu bezpieczeństwa? Po odebraniu takiego przesłania nie chce się nic. Tylko usiąść i patrzeć z przerażeniem, na dalszy rozwój wypadków. Chociaż można też próbować wyprzeć to zdarzenie ze swojej świadomości, starać się je wymazać z pamięci, albo też opluwać tych, którzy nie chcą przyjąć do wiadomości irracjonalnej wersji o jego "bolesnej prostocie". No i w końcu można też próbować dociekać prawdy o Smoleńsku. Dla mnie ta ostatnia ścieżka wydaje się jedyną właściwą. Jedyną mającą sens. Przecież to nie jest thriller.
Opublikowano na stronie "WPolityce" 14.02.2011 r. Walentynka dla Polski
Kiedy przeczytałem słowa księdza Feliksa Folejewskiego, który 10 lutego wygłosił kazanie w Archikatedrze św. Jana Chrzciciela w Warszawie, pomyślałem sobie - przecież ja dokładnie tak samo czuję. Od 10 miesięcy. Słowa te brzmiały : modlę się "ażeby z tej śmierci wyrosło dobro, tak jak z Krzyża Zmartwychwstanie". A później zacytował słowa jednego z harcerzy, który miał powiedzieć: "może ci, co zginęli pod Smoleńskiem, zamknęli oczy, żebyśmy my je otworzyli?" Ja co do tego nie mam i nie miałem nigdy najmniejszych wątpliwości.
Nasz patriotyzm jest inny niż amerykański. Ma głębiej sięgające korzenie. I ziemia na której rośnie też jest jest inna. Dlatego bez sensu jest sięgać po jakieś inne wzorce patriotyzmu niż nasze. Dziwią mnie ludzie, którzy podniecają się tym co mentalnie obce. Strasznie przejmują się co mówią o nas w Europie i na świecie. Jakby wszystko miało być dla obcych oczu. Czyżby nie mieli świadomości, że Niemcy, Amerykanie, czy Austriacy to całkowicie inna umysłowość? A poza tym totalny brak zainteresowania nami i zupełne niezrozumienie naszych problemów.
Czy nasz patriotyzm musi być tragiczny, wynikający z bolesnych wydarzeń naszej historii? Czy jesteśmy skazani tylko na rozpacz, epatowanie stosami trupów? Nie. Możemy i powinniśmy być dumni z naszej solidarności. Nie tylko tej pisanej z dużej litery z lat 80, ale również, a może przede wszystkim, z tej solidarności codziennej. Twierdzę nawet, że nasz patriotyzm równa się solidarność. Ta budująca naszą państwowość, i ta wynikająca ze wspólnej empatii. Nieprzypadkowo obserwowane przez nas wszystkich społeczne zjawisko które nastąpiło bezpośrednio po zdarzeniu smoleńskim nazwano "Solidarnymi 2010". Prawda o Smoleńsku (jaka by ona nie była) może nas tylko połączyć i zjednoczyć. Tak samo wspólne dążenie do prawdy.
Ale niech nie łudzą się manipulatorzy i cały aparat dezinformacji, że kłamstwa w sprawie smoleńskiej będą dzieliły Polaków. Im więcej jest kłamstw, im głośniej pracują zagłuszarki i bardziej obrzydzają nam tą historię, tym mocniej rośnie w nas sprzeciw. Tym bardziej stajemy się solidarni w sprzeciwie przeciwko robieniu z nas durni. Bo to, co robi rząd zasłaniając się "dobrem śledztwa" czy "potrzebą dokładnej analizy" to nic innego jak lekceważenie. Może trochę i strach, ale przede wszystkim arogancja i lekceważenie. Wszystkich Polaków.
Jesteśmy na najlepszej drodze do narodowej wspólnoty. Do poczucia że znów jesteśmy razem. W drodze do nowej solidarności. ..............................................................................................................................................
Opublikowano na stronie "WPolityce" 06.02.2011 r. Patriotyzm? Co to?
O patriotyzmie się nie dyskutuje. Czy dlatego, że temat nudny czy dlatego, że trudny? A może jest z nim tak jak z miłością - jest, ale dyskutować o nim jest rzeczą niemęską. Może dlatego właśnie nikt nie podjął dyskusji z Rafałem Ziemkiewiczem, który w Rzeczpospolitej z 29 stycznia 2011 napisał o patriotyzmie bardzo ciekawy artykuł Znaleźć szczęście w domu. Artykuł traktujący o specyfice polskiej miłości do ojczyzny. Jej - zniechęcającej nas - koturnowości i tragiczności. Muszę przyznać, że i ja kilkakrotnie podchodziłem do dyskusji z autorem Czasu wrzeszczących staruszków. Ciężko mi było podjąć ten temat. Może dlatego, że nie miałem tej sprawy dobrze przemyślanej, choć racje wydawały mi się zrazu oczywiste.
Publicysta, sposób w jaki na ogół pojmujemy umiłowanie ojczyzny, kładzie na karb źle rozumianego romantycznego pojęcia patriotyzmu, oraz widzenia naszej historii jako ciągu samobójczych czynów. Od wysadzającej się w powietrze postaci Michała Wołodyjowskiego, po szarże z szablami na czołgi, czy też popełniającego seppuku księcia Józefa Poniatowskiego albo wysadzającego się wraz z redutą Juliana Konstantego Ordona. Taki fałszywy obraz patriotyzmu zdaniem Ziemkiewicza zniechęca do niego. I moim zdaniem ma on rację. Tylko szaleniec decyduje się na śmierć gdy nie uda mu się wypełnić zadania. Racjonalnie myślący człowiek, powinien wycofać się, by spróbować bronić swych racji w inny sposób, lub przy kolejnej nadarzającej się okazji.
Skąd się wziął taki nieprawdziwy model polskiego patriotyzmu, który gloryfikuje wyłącznie historie "o męczeństwie pokoleń, bohaterstwie żołnierzy, o zsyłkach, rozstrzelaniach i redutach"? Autor felietonu w Rzeczpospolitej kładzie to na karb pokoleń, które przyszły po Mickiewiczu, drapujących historię naszego kraju w sztywną powstańczą czamarę. Częściowo ma rację - brak realnie istniejącej ojczyzny powodował u naszych przodków naturalną potrzebę mitologizacji historii. Są i inne tego powody. Szarża konnicy na czołgi była na przykład elementem niemieckiej propagandy okupacyjnej, która miała skłonić podbity naród do "racjonalnego myślenia" i dostrzeżeniu w stawianym oporze bezsensu i szaleństwa. Taka uwspółcześniona historyjka o walce Don Kichota z wiatrakami. Ziemkiewicz wyjaśnia, że prawdziwy Wołodyjowski zginął przypadkiem, Poniatowski walczył "do ostatka w ramach mającej sens koncepcji politycznej", a Ordon wyemigrował do Szkocji, by stamtąd próbować ponownie włączyć się do walki. A co do machania szabelką, to w czasie kampanii wrześniowej były trzy głośne szarże kawaleryjskie na Niemców. Pierwsza pod Krojantami, druga nad Bzurą, oraz trzecia pod Wólką Węglową. Nie wdając się w szczegóły - wszystkie trzy miały uzasadnienie militarne.
Wynika więc z tego, że cały ten nasz nadęty, "sztuczny" patriotyzm wziął się albo z zakłamania (celowego bądź nie), lub ze złego rozumienia historii. Obawiam się, że te wszystkie historie o Polakach opowiedziane przez J.T.Grossa wpisują się w ten nurt. Ale fałszowanie historii to nie tylko przeinaczanie faktów, kreowanie nowych zdarzeń, ale również przemilczanie rzeczy chwalebnych.
W świetle tego wszystkiego niepomiernie zdziwiło mnie wyartykułowane przez Rafała Ziemkiewicza przekonanie o "przesycie romantyzmem" i jego sprzeciw "przed zastępowaniem w polskim myśleniu polityki poezją" w odniesieniu do patriotycznych wypowiedzi i politycznych wierszy Rymkiewicza czy De profundis Wojciecha Wencla. Przede wszystkim nie rozumiem jak można mówić o "zastępowaniu". Funkcje poezji, publicystyki czy realpolitik są jakby inne. W Rzeczpospolitej z 09.11.2010 roku Wencel napisał: "Można służyć ojczyźnie, prowadząc odważną politykę zagraniczną albo prywatne przedsiębiorstwo, głosując w wyborach albo pisząc wiersze. W każdej dziedzinie da się myśleć i działać „po polsku”.
Wencel w swych wierszach nie daje wyrazu "chorobliwemu zafascynowaniu śmiercią, rozkładem, mordem i rzezią" jak chciał inny publicysta pisujący na łamach Rzeczpospolitej - Andrzej Horubała. Poezja nie jest też wyrazem jego nekrofitycznej obsesji. Wenclowi chodzi o prawdę. O odrzucenie maski politycznej poprawności, która prezydentowi nie pozwala w Auschwitz powiedzieć, że zbrodni tej dokonali Niemcy, która kładzie na usta palec gdy mowa o ukraińskich rzeziach na Wołyniu, czy marginalizuje problem energetycznego bezpieczeństwa kraju. A skoro rządzący historycy nie mają szacunku do przeszłości, zadanie to musi spocząć na innych - literatach, dziennikarzach i zwykłych obywatelach. Fałszowanie historii powoduje bowiem to o czym wcześniej wspomniałem - budowania fałszywego obrazu Polaka, jego przekonań na temat patriotyzmu i tego co może czy powinien robić. De profundis jest ponadto rozmową z duchowymi kierownikami naszego narodu. Jarosław Marek Rymkiewicz napisał kiedyś, że „Rozmowa między żywymi a zmarłymi jest warunkiem istnienia, warunkiem życia naszych Wielkich Duchów. I jest warunkiem naszego istnienia”.
Zastanówmy się na chwilę po co jest poezja. Czy ma nas wprowadzać w "duchowy wymiar"?.. W każdym razie na pewno nie po to jest aby zastępować polityczną refleksję. Może aby ją pobudzić, próbować "spolityzować masy" zajęte grillowaniem, plotkowaniem o celebrytach czy nałogowo uprawiające pracoholizm. Może po to aby budzić albo kierować uwagę na rzeczy ważne, odfałszowywać królującą "prawdę ekranu"? Poeci po 1989 roku sami wykluczyli się z narodowej dyskusji, uznając okrągłostołową wolność za zwalniającą z odpowiedzialności za państwo. Działo się to, o ile sobie dobrze przypominam, przy ogólnym zadowoleniu klasy politycznej. Odtąd usiłuje się wytworzyć przekonanie, że poezja nie jest niczym istotnym, a jej rola sprowadzać się może wyłącznie do intelektualnej gry, językowego laboratorium. Mimo to nie należy zabraniać poetom pisania wierszy zaangażowanych. Choćby drażniły. Może one właśnie mają drażnić? W każdym razie na pewno nie zastępować politycznego myślenia.
I w końcu sprawa tak zwanego patriotyzmu tragicznego, który Rafał Ziemkiewicz kwestionuje, uważając że powinien przyświecać nam model patriotyzmu czynu. Ma rację mówiąc, że powinniśmy się zjednoczyć i zacząć wspólnie działać. Proponuje też, abyśmy w Sierpniu 80 zobaczyli "triumf realizmu, triumf patriotyzmu, który daje siłę do budowania". Przy czym przestrzega przed koncentrowaniem się wokół "zbrodni smoleńskiej", jako podstawowej patriotycznej narracji. Nie sądzę aby miał rację. Nieprzypadkowo obserwowane przez nas wszystkich społeczne zjawisko, które nastąpiło po zdarzeniu smoleńskim nazwano "Solidarnymi 2010". Prawda o Smoleńsku (jaka by ona nie była) może tylko połączyć Polaków. I na pewno nie w walce, i nie w destrukcji oraz bólu. Bo łączy przecież nie tylko duma, ale i smutek. Czy pogrzeb nie łączy bardziej niż wesele? Wydaje mi się, że bardziej. Nam rzeczywiście potrzeba powrotu do narodowej wspólnoty, przezwyciężenia podziałów. Ale chyba bliżej jest do tego przez świeżo przeżyty ból, niż dawno skonsumowaną dumę.
Pogubiłem się. Wydawało mi się, że żyjemy w kręgu kultury śródziemnomorskiej. A tu premier oświadcza, z mównicy sejmowej, że nie. Że Polska jest w kręgu oddziaływania innej cywilizacji? Jakiej? Azjatyckiej? Tego szef rządu nie wyjaśnił . W każdym razie nie obowiązuje już u nas grecki kanon etyczny i estetyczny. Dlaczego? Już tłumaczę. Arystoteles twierdził, że prawda to jest zgodność opisu z rzeczywistym stanem rzeczy. Natomiast Donald Tusk oświadcza, że "będzie taka prawda, jaką udokumentują prace naszej komisji." A czymże do diabła, ta prawda miałaby być inna od prawdy MAK-u ? W czym lepsza? W czym prawdziwsza? Obiektywniejsza czy może po prostu inaczej rozkładająca ciężar odpowiedzialności? A może obecnie, żeby zaklasyfikować jakiś sąd jako prawdę, nie należy, broń Boże, konfrontować go z rzeczywistością, ale sprawdzić czy twierdząco odpowiada na pytanie : "jest że to sąd >>arcyboleśnie prosty<<?" - jak uważa nasz prezydent? Jeśli tak to rzeczywiście jest prawda MAK-u, jest prawda Tuska i prawda Józka. Sama prawda. I nie ma co się czepiać. Wszyscy mówią prawdę. To co przedstawił premier być może dla niektórych jest elokwentne, ale de facto jest wewnętrznie sprzeczne . Dlaczego?
Po pierwsze. Nie można dojść żadnej prawdy nie mając dowodów, mając dowody cząstkowe, bądź sfałszowane. Bazując wyłącznie na dowodach pośrednich, lub spreparowanych nie możemy mówić o prawdzie. Przypuśćmy jednak, optymistycznie, że uda się zgromadzić świadectwa, wystarczające aby można było po ich analizie uzyskać prawdziwy obraz sytuacji. Przypuśćmy. Ale pozostanie jeszcze drugi, podstawowy moim zdaniem problem. Otóż w procesie podejrzanemu pozwala się mówić. To jest prawo do obrony. Takie tłumaczenie podejrzanego nazywa się "wyjaśnieniem", w odróżnieniu od opisu sytuacji przez świadka, które określa się jako "zeznanie" i orzeczenie sądu, które najczęściej jest "wyrokiem". Czy wszystkie te oświadczenia mają tę samą wagę? Czy podejrzany może być równocześnie śledczym i sędzią? W naszym (byłym?) systemie prawnym opartym o kulturę rzymską absolutnie nie. Inaczej jest w kulturze mongolsko-bizantyjskiej. Premier wprawdzie mówi o odpowiedzialności urzędników, ale z drugiej strony ci sami urzędnicy, którzy odpowiadają za organizację uroczystości z 10 kwietnia, zasiadają w rządowej komisji ds.katastrofy. Dlatego z lekkim przerażeniem słucham słów premiera, który wyjaśnia mi, że po zakończeniu prac jedynie słusznego rządowego zespołu, przedstawi on wnioski, a "(...) ci, którzy dzisiaj tak głośno krzyczą, będą tego słuchali w milczeniu. I w skupieniu. I bez satysfakcji. (...)" Oby te wnioski to nie był kolejne prawdy makbetowe.
Czy mury pomiędzy nami są realne? Czy to tylko ściana złej energii zasilana medialną baterią? A może, gdy wyjaśni się sprawa smoleńska ta bariera zniknie? Nie okłamujmy się. Jeśli nie będzie sprawy smoleńskiej, będzie inna - krzyża, Solidarnych 2010, czyjegoś zabójstwa, albo jakiegoś zamachu. Nienawiść musi mieć zawsze pożywkę. I dlatego mur tak po prostu nie wyparuje. Istnienie antagonizmu jest warunkiem trwania obecnej władzy. Im władza pełniona jest gorzej, tym musi wytwarzać mocniejsze kwasy społeczne. Dlaczego my, obywatele tego kraju, dajemy się na to nabierać? Przecież nie jest tak, że dzielimy się na tych, którzy pragną prawdy, i na tych którzy uważają, że tylko kłamstwo nas wyzwoli. Każde kłamstwo, byle tylko nie prawda.Gdyby zapytać każdego z nas, z osobna, czy chce poznać prawdę, to jestem przekonany, że niewielu znalazłoby się takich, którzy nie chcieliby jej znać. A przecież nie ma różnych prawd. Prawda jest jedna. Tak samo, niezależnie od kontekstu, zło jest i będzie złem. Co z tego wynika? Ano to, że tak naprawdę to wszyscy jesteśmy ofiarami tego samego systemu. Po obu stronach tego szklanego muru są tylko ofiary. Kłamstwa. A więc może tak naprawdę tej bariery pomiędzy nami nie ma?
Jak działa mechanizm antagonizujący? Media głównego nurtu, mają to co Bóg dał kiedyś Adamowi - przywilej nazywania. Korzystają z niego obficie, nadając przeciwnikom imiona: karzeł, moher, sekciarz. To etykiety są najlepszymi instrumentami dzielenia. W III RP, ku memu zdziwieniu, bardzo skutecznymi. Resztę doskonale znamy z przedszkola. Wystarczy kogoś, kto jest niższy od pozostałych nazwać kurduplem, karłem albo pokurczem. Wyeksponować cechę, która jest charakterystyczna właśnie dla niego. Wówczas wszyscy pozostali czują się wyżsi, lepsi. Nawet jeśli ktoś się z nim solidaryzuje, wcześniej zastanowi się jak ma postąpić? Przecież jeśli stanie po jego stronie, wówczas sam rzuci na siebie podejrzenie, że jest poza stadem. Kimś niepewnym. Czyż nie lepiej należeć do tryumfującej i lepszej większości niż do skonusiałej mniejszości? Pogardzanej "reszty społeczeństwa". Księgi Starego Testamentu co do tego nie mają wątpliwości - to strażników wiary ojców nazywa się tam Resztą (nie idącą za modnym trendem oddawania hołdu, na przykład Baalowi) i w niej upatruje nadzieję na przetrwanie całego narodu.
Całe to konfliktowanie, wypływa oczywiście ze strachu. Ofiary skoncentrowane na frakcyjnej walce ze sobą, nie patrzą na jej ręce. Powiem jeszcze inaczej. Tego czego władza się boi najbardziej, to strach przed solidarnością. Nie tą zinstytucjonalizowaną, przez duże "S", pisaną czerwonymi literami, ale tą która wynika z poczucia wspólnoty. Promieniowanie tej wspólnoty sprawia, że władzy włącza się światełko z napisem "dzielić" i uruchamia wszystkie środki, aby to narodowe pole siłowe rozbić. Ale czasami już jest za późno. Dzieje się tak wówczas, kiedy ludzie zaczynają uświadamiać sobie, że jeśli chodzi o wartości podstawowe - o takie samo rozumienie prawdy i to co jest złem, a co dobrem - niczym między sobą się nie różnią. Wtedy już jest za późno na rozbijanie. I dzieje się wręcz odwrotnie - każda próba skłócania zaczyna się obracać przeciwko tej władzy. Oczywiście nie dzieje się to natychmiast. To narasta powoli.
Gdybym miał dzisiejsze czasy porównać do jakiegoś znanego mi okresu w dziejach, to powiedziałbym, że tragedia smoleńska dała taki sam impuls jak wybór Karola Wojtyły na papieża. Imperium oczywiście nie rozpadło się od samego wyboru Jana Pawła Drugiego. Potrzeba było czasu. Słów: "Niech zstąpi Duch Twój". Imperium nie musi także upaść za pierwszym razem.
Co się stało po 10 kwietnia 2010 roku? Z nami. Mieszkańcami tego skrawka ziemi.
Bo, że właśnie po 10 kwietnia - a nie wcześniej, czy później - nie
ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości. Żeby daleko nie szukać, patrząc
tylko na siebie, dochodzę do wniosku, że przed tą datą nie odbierałem
racji politycznych przeciwników osobiście. Gotów byłem zastanowić się
nad opiniami drugiej strony, a nawet jeśli ataki były niesmacze, albo
niemerytoryczne, to po prostu zmieniałem kanał telewizyjny, stronę
internetową, a w przypadku kontaktu bezpośredniego, decydowałem się
"wyjść skrzywić się, wycedzić szyderstwo" jak wskazywał Herbert, a nie
ładować beterie złą energią.
Coś się zmieniło. Dziś wprawdzie nie chwytam za
kamień, nie konstruuję samopału, ale czuję, że stan moich nerwów nie
jest najlepszy. Czuję w trzewiach ból, który jak ośmiornica rozchodzi
się po moim ciele. Zatruwa mój organizm. Napina mięśnie żuchwy.
I tu zagadka. Kim jestem? Bardziej pisowcem czy peowcem?
Choć pisałem to tak, aby nie było wiadomo, po której stronie
konfliktu jestem, to i tak każdy z czytelników od początku wie, że
należę do szwadronu "moherowych beretów". Skąd ta wiedza się w tobie
wzięła czytelniku? Czy dlatego, że "moherowe berety" charakteryzuje
niski poziom intelektualny, zacietrzewienie i agresja, które są pochodną
życiowej niezaradności, a co za tym idzie zaściankowości myślenia, oraz
pochodzenia?
Jeśli tak pomyślałeś to znaczy, że dałeś się drogi czytelniku, za
przeproszeniem, zrobić w bambuko. Albo mówiąc mniej metaforycznie -
pozwoliłeś się zaprogramować. Chodzi mi o takie medialne programowanie
neurolingwistycznopodobne.
Załóżmy jednak przez chwilę, że nie jestem zupełnie, taką osobą jak
ta, w tym opisie - człowiek z "małego miasteczka" (niewykształcony,
fanatyczny, niezaradny). Skąd zatem wyczułeś, jakie są moje poglądy?
Właśnie. Poglądy. Tu trafiamy w sedno. Różnica i zasadniczy podział pomiędzy nami leży właśnie w priorytetach.
Dla jednych najważniejszym stało się - właśnie na skutek wydarzeń 10 kwietnia - rzetelne wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej
(właśnie stąd wiedziałeś od początku kim jestem - podałem przecież tę
datę, a nie np. 5 lipca ), a potem rozszerzyło się to, automatycznie,
na sprawy pryncypialne, na których opiera się nasza obyczajowość, a więc
na krzyż, historię, patriotyzm - jako naturalne jej rozwinięcie.
Dla pozostałych, a właściwie dla tej "aktywnej" reszty pozostałych, te sprawy nie mają żadnego znaczenia. Priorytetami
dla nich są: kariera, status społeczny i ekonomiczny, stabilizacja
polityczna oraz dobre samopoczucie. I to jest (proszę zwrócić uwagę, że
podaję to całkowicie bez wartościowania) ta zasadnicza różnica pomiędzy
nami.
Wyjaśnia to też przy okazji, jakich narzędzi perswazji
(szydertwa, manipulacji, indoktrynacji - wstawić dowolnie) należy użyć
by nas skłócić. Na czym zbudować podział. Jakie postawy
ośmieszać, a jakim dążeniom pochlebiać. Jakie aspiracje wzmacniać. Jeśli
ktoś jeszcze nie zwrócił na to uwagi, to ja bardzo oglądanie telewizji,
czy słuchanie radia, pod tym kątem mu polecam. Bardzo dobra,
intelektualna rozrywka.