W
przestrzeni medialnej funkcjonują obecnie trzy teorie na temat tego
co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku. Jedna to millerowsko -
makowska narracja katastrofy, druga - hipoteza wybuchu sformułowana
przez Zespół Parlamentarny Antoniego Macierewicza i trzecia to
teoria kamuflażu, tzn. inscenizacji wypadku na Siewiernym,
analizowana głównie przez grupę skupioną wokół blogera „Free
Your Mind'a”.
Anita
Gargas, 2 lutego, w programie „Bliżej” Jana Pospieszalskiego
powiedziała : „Obowiązkiem dziennikarzy jest rozwiewać wszelkie
wątpliwości. W sprawie katastrofy smoleńskiej jest zbyt wiele
niedomówień i wątpliwości, żeby je zostawić tak sobie. (…)
Oczywiście zdarzają się wrzutki absurdalne, które powodują, że
ci którzy stawiają w miarę uzasadnione hipotezy dotyczące udziału
osób trzecich są ośmieszani. No bo rzeczywiście, jeśli ktoś
mówi, że w Smoleńsku doszło do jakiejś „maskirowki”, że tak
naprawdę zamach się gdzieś indziej zdarzył, a później ciała
przerzucano i wrak przerzucano, to można raczej zaliczyć do dosyć
fantastycznych hipotez.”
Przy
całym szacunku dla wspaniałej kobiety jaką jest Anita Gargas, w
tej kwestii nie mogę się z nią zgodzić. Ja wiem doskonale, że
poświęciła ona całą swoją karierę, a teraz oddaje wszystkie
swoje siły i umiejętności, dla odkrycia prawdy o Smoleńsku. Ale
kiedy stwierdza: „ to można raczej zaliczyć do dosyć
fantastycznych hipotez”, wówczas moim zdaniem wyraża ona tym coś
innego niż sprzeciw. Rozterkę. Jeżeli się bowiem docieka jaki
przebieg miało konkretne zdarzenie, to czy można jedną z hipotez
określić jako „raczej absurdalną”? Albo teza jest absurdalna,
albo nie. A jeżeli jest to dlaczego? Czy mamy jakieś dane, które z
całą pewnością mogą ją wykluczyć? Jeśli zaś nie mamy, to
znaczy, że jest to teoria równoprawna z pozostałymi dwoma i
powinna być tak samo jak one przeanalizowana.
Wiadomo
już, że w Smoleńsku na pewno istniały pewne elementy kamuflażu.
Takim elementem scenografii była na pewno brzoza, stanowiąca przez
pewien czas oś wokół której obracała się mainstreamowa
narracja. Stan dzisiejszej wiedzy każe nam wykluczyć tezę o tym,
że drzewo w jakikolwiek sposób przyczyniło się do śmierci 96
osób. I to niezależnie od tego, którą z trzech wersji przebiegu
wydarzeń przyjmiemy. To, że miało miejsce zderzenie z brzozą nie
potwierdza ani zapis rejestratorów lotu (na ich spreparowanych
kopiach opiera się historia millerowsko – makowska). Tak samo
zaprzecza jej analiza dokonana przez zespół Macierewicza – według
której samolot w tym miejscu gdzie znajduje się brzoza był na
wysokości około 14-15 m nad ziemią, a więc również kilka metrów
nad samym drzewem.
Niestety
nie mamy w rękach żadnych materialnych dowodów na kategoryczne
potwierdzenie bądź wykluczenie którejś z trzech teorii. No,
prawie żadnych. Wszystko co fizycznie „posiadamy” to ciała
zamknięte w ocynkowanych trumnach, oraz billingi rozmów, które
zostaną zniszczone przez operatorów sieci komórkowych, zgodnie z
przepisami, najpóźniej po dwóch latach przechowywania, czyli w
dniu 10 kwietnia 2012 roku (art.180c ust.1 p.1 Ustawy Prawo
telekomunikacyjne). Fale czasu zmywają ślady.
Jeśli
ktoś byłby zdziwiony moim stwierdzeniem, że nie mamy żadnych
dowodów i twierdził, że jest ich „mnóstwo”, to niech mi
odpowie, jakie są to dowody ? Czy są według niego mocnym dowodem
sprokurowane stenogramy rozmów w kokpicie (mogą być wyłącznie
dowodem wykluczającym ale na pewno nie potwierdzającym)? A może są
nimi pocięte filmy Wiśniewskiego z antydatowaniami ? Więc może to
te tomy akt przekazywane pakietami przez rosyjską prokuraturę, z
dublowanymi przesłuchaniami tych samych osób, i z „profesjonalnie”
sporządzonymi protokołami sekcji zwłok? To nie są żadne
materiały dowodowe. Chyba, że miałby to być dowód na
manipulację. Nie wiem... być może jakieś istotne materiały,
jakieś argumenty, posiada nasza prokuratura. Sądzę jednak, że
gdyby tak było, już dawno zostałyby przedstawione opinii
publicznej.
Ponieważ
nie mamy niczego poza wymienionymi przed chwilą dwoma dowodami
bezpośrednimi, nie pozostaje nic innego jak tylko przyjąć inną
niż do tej pory metodę poznawczą. Taką której zasada polega na
eliminowaniu fałszywych tez. Metodę jakiej używa się zwykle do
oceny wiarygodności teorii naukowych – krytycznego racjonalizmu .
Polega ona po prostu na odrzucaniu fałszywych zdań, jeśli tylko
któreś z nich w najmniejszym nawet zakresie koliduje z innymi.
Takich jak właśnie to, że „samolot miał kolizję z drzewem”,
czy to, że „w kokpicie był generał Błasik”.
Czy
w takiej sytuacji nadmiar stawianych tez powinien być dla kogoś
problemem? Wręcz przeciwnie. Powinien być czymś pożądanym.
Oczywiście nie mówię tu mnożeniu absurdalnych twierdzeń. Mówię
o zdaniach wyprowadzonych logicznie, na przykład ze zdjęcia
zrobionego na miejscu zdarzenia. (Oczywiście pod warunkiem, że
fotografia została zbadana i jednoznacznie potwierdzono jej
autentyczność.) Przecież im jest więcej zdań, tym więcej jest
materiału do analizy i tym szybciej można dojść do prawdy,
eliminując fałszywe ścieżki i zatrute źródła. „Zbliżyć się
do prawdy nie jest łatwo. Jest tylko jedna droga do niej, droga
przez nasze błędy ” pisał – twórca teorii krytycznego
racjonalizmu - Karl Popper.
Ktoś
mógłby mi zarzucić sprzeczność w rozumowaniu. Dlaczego najpierw
proponuję dedukcję, a zaraz potem mówię o wnioskach płynących z
analizy fotografii. Już wyjaśniam. Otóż proponowałbym wszystkim
zaangażowanym w sprawę smoleńską, najpierw wspólną analizę
metodą indukcyjną - wszystkich wątków każdej teorii z osobna - a
później zweryfikowanie wszystkich trzech hipotez metodą Poppera.
To, moim zdaniem, najlepiej pozwoli wyłapać błędy. Inne
rozwiązania moim zdaniem prowadzą nas tylko w las. Wiadomo który.
Przyznam
się teraz do pewnej manipulacji. Specjalnie nie przytoczyłem
powyżej pełnej wypowiedzi Anity Gargas, która kończy swą opinię
stwierdzeniem, że niezależnie od tego, ku której hipotezie się
skłaniamy, „wszystkie argumenty należy przebadać.” Ja jestem
zwolennikiem takiego właśnie działania. Gruntownego przebadania
wszystkich, nawet tych wyglądających na najbardziej
nieprawdopodobne, teorii.
I
dlatego, moim zdaniem powinniśmy w naszych wszystkich analizach
wrócić do godzin wieczornych dnia 9 kwietnia 2010 roku, kiedy to po
raz pierwszy nadano komunikat: „Dyżurna Służba Operacji Sił
Zbrojnych RP przekazała do Centrum Operacji Powietrznych w Warszawie
informacje o zagrożeniu atakiem terrorystycznym jednego z samolotów
Unii Europejskiej”. A potem mozolnie, krok po kroku zweryfikować
każde, najmniejsze nawet zdarzenie. Każdy, zdawałoby się nie
mający żadnego znaczenia epizod. Przeanalizować wszystko, nie
wyłączając żadnego pamiątkowego zdjęcia z Okęcia, żadnego
filmiku nakręconego telefonem komórkowym, żadnego świstka i
notatki. Każde wypowiedziane zdanie, każdy kawałek metalu spod
Siewiernego, który znalazł się w Polsce jest istotny dla sprawy.
Wszystko jest ważne.
Są
trzy koncepcje. Dwie z nich muszą być fałszywe. Nie osądzajmy
jednak tych teorii po konkluzjach jakie się z nich często zbyt
szybko wyprowadza. Może być bowiem i tak, że któraś z nich jest
prawdziwa, ale wyciągnięto z niej częściowo fałszywe wnioski.
Przeanalizujmy je na spokojnie, krok po kroku.
Ja
nie jestem orędownikiem żadnej z trzech postawionych hipotez.
Jestem tylko zwolennikiem dotarcia do prawdy, niezależnie od tego
jaka ona jest. Nikt nie może mieć monopolu na prawdę i nie może
być tylu prawd ilu ludzi, jak usiłują wmówić nam czciciele
relatywizmu. A jeśli mamy wspólny cel, musimy pamiętać, że aby
do niego dojść trzeba oprócz determinacji, również woli
współpracy. I empatii. Wierzę, że wówczas nawet w braku dowodów,
jesteśmy w stanie do niej dotrzeć. To stwierdzenie to także nie
jest mój patent. Zofia Romaszewska w króciutkim filmie
Pospieszalskiego i Stankiewicz - „Ćwiczenia na wyobraźnię”
mówi: „Wspólnota jest w stanie osiągnąć najwięcej jeśli jest
przekonana do tego co robi i że może to zrobić.” Podkreśliłbym
tylko słowo: „Wspólnota”. ...............................................................................................................................................
Everyman czy Mr. Nobody
Kto ma rację - czy ci, którzy widzą
Polskę jako niezawisłe, twardo broniące swoich interesów państwo,
czy „obywatele nowego wspaniałego świata” otwarci na wszystko
co nowe, zwolennicy ksenolatrii ? Co wybrać - naszą małą
zaściankowość, z przydrożnymi krzyżami, kościółkowymi
babciami drepczącymi przez zaspy kopnego śniegu, czy wolne
transseksualne rodziny z pełnym dostępem do aborcji, adopcji oraz
in vitro i święta ze zneutralizowanymi religijnymi symbolami -
nowoczesność i postęp? Za czym się opowiedzieć? Myślę, że tak
z marszu trudno jest dać odpowiedź na tak postawione pytanie
przeciętnemu „obywatelowi- telewidzowi” - Kowalskiemu czy
Smithowi.
Która z tych dwóch dróg, jakie
wymieniłem na początku, doprowadzi nas pewniej do naszej ziemi
obiecanej – krainy bezpieczeństwa i stabilizacji. Bo przecież o
to przytłaczającej większości z nas chodzi – o spokój i
bezpieczeństwo dla nas i naszych najbliższych.
Otóż w sytuacji, gdy już prawie nie
mamy własnej armii, własnej polityki zagranicznej, własnych banków
oraz funkcjonujemy w wirtualnym systemie finansowym, wszystko
przemawia za tym, abyśmy się Europie i światu oddali całkiem, i
do końca. Bo kimże my jesteśmy dla możnych tej ziemi, jeśli nie
pyłem, który można zdmuchnąć, gdy wiruje w powietrzu i zadeptać,
a świat nawet nie mrugnie okiem?
Może więc dobrze się stanie kiedy
rządzić w Europie będą Niemcy przy współudziale Francuzów.
Przecież lepiej, żeby to oni wprowadzali do niej swój „ordnung”,
niż swoje prawa stanowili tu nieprzewidywalni i mający skłonności
do despotii Rosjanie. A zresztą czyż Niemcy nie działają w
interesie nas wszystkich? Nas, to znaczy – europejczyków. Może i
w Polsce dzięki ich stanowczości zapanuje wreszcie jakiś ład.
Francja i Niemcy jako dwa filary kontynentu. Państwa o wysoko
rozwiniętej kulturze. Gospodarcze potęgi świata. Chyba można na
nie postawić. A poza tym, czy nie wszystko przemawia za tym, że
trzeba „iść do przodu”. A to znaczy - jednoczyć się, ucierać
partykularne, nacjonalistyczne anse, podporządkowywać się
interesowi ogółu, gdy czujemy, to chyba wszyscy - zbliża się
światowa zamieć. Przecież chodzi o nasze wspólne dobro, nasz
wspólny, europejski interes.
Wszystko to wydaje się jasne i
oczywiste, zwłaszcza gdy się ogląda telewizję. Raczej zastanawia
wówczas jeszcze tylko kilka takich drobnych rzeczy, z własnego
podwórka. Dlaczego francuska firma w której pracowałem, zawsze
organizuje konferencje wyłącznie we francuskich hotelach? Czemu w
nagrodę za osiągnięcia w pracy, w niemieckiej firmie, mój znajomy
mógł wybrać się na urlop wyłącznie do dowolnie wybranego przez
siebie landu? Dlaczego w polskiej firmie... Zaraz. Jak jest w dużych
polskich firmach? Gdzie organizują one wyjazdy lojalnościowe dla
swoich kontrahentów? Nie mam obecnie żadnego znajomego, który by
pracował w dużej polskiej firmie. Czy są jeszcze takie? A jeśli
są, to gdzie wydają swoje pieniądze z funduszu reprezentacyjnego?
Czy aby nie wysyłają swoich partnerów handlowych przypadkiem na
Sycylię, albo na portugalską Maderę? Przynajmniej powinny to
robić. Przecież jesteśmy jednym organizmem polityczno -
gospodarczym.
Albo takie z głupia frant pytanie z
trochę większego podwórka, które nie wiedzieć czemu przyszło mi
teraz do głowy - dlaczego w tej wspólnej Europie, panią kanclerz
Niemiec nie obchodzi, że gazociąg łączący jej kraj z Federacją
Rosyjską ogranicza swobodny rejs wielkich statków zmierzających do
portu w zaprzyjaźnionym przecież kraju? Dlaczego polski rząd
udaje, że nic się nie dzieje, kiedy Putin ze Schroederem fastrygują
Kanał Szczeciński gazową nitką? Interes Niemiec ponad wszystko?
Zaraz... Jaki interes Niemiec?! Przecież ustaliliśmy już raz i
ostatecznie, że nie ma czegoś takiego. Jest jedna wspólna Europa
wielu narodów. Minister Sikorski zaraz nam to wyjaśni. Panie
ministrze... Pan to tak pięknie potrafi ująć w słowa, że interes
Niemiec, to w sumie nasz, Polski. No niechże Pan wytłumaczy, że to
tylko tak wygląda, że nawet jeśli coś robimy wbrew sobie, to
wygląda to tak tylko pozornie, bo długofalowo czynimy to we
własnej, dobrze pojętej sprawie. Bardzo Pana proszę, niech Pan
argumenty poda. Ja nie potrafię.
A jednak zdecydowanie wolę wrócić na
swoje małe podwórko, bo tu przynajmniej poruszam się swobodniej i
nie muszę nikogo prosić o wyjaśnienie.
Otóż kilka lat temu pracowałem nad
tym, aby zjednoczyć grupę dystrybutorów słodyczy. Chodziło o to,
aby pewien światowy koncern nie wprowadził na polski rynek duopolu
producenta i sieci marketów (obydwa podmioty zarządzane są przez
kapitał obcy) przy całkowitym wyeliminowaniu wpływu na nasz rynek
firm polskich. Niby to sprawa marginesowa, niby to pierdoła, ale
naprawdę chodziło w niej nie tylko o ogromne pieniądze, ale i
model handlu w którym mielibyśmy coś do powiedzenia. Nie udało
się. Czterej główni dystrybutorzy (firmy polskie powstałe po 89
tym) , którzy trzęśli kiedyś całym rynkiem słodyczy, dziś mają
albo pozycję marginesową w handlu, albo ich nie ma, bo konsorcjum
doprowadziło do ich bankructwa. Ale wina leżała po stronie samych
dystrybutorów. Wynikała ona głównie z tego, że nie uwierzyli
w... solidarność ludzi , których jednoczy kultura jakiegoś kraju
i język. Wydawało się im, że w biznesie liczą się wyłącznie
pieniądze. Że nie ma czegoś takiego jak więzi kulturowe. Nota
bene, w imieniu tej zachodniej korporacji pod hasłem „polscy
hurtownicy to nasi wrogowie” skutecznie rozbijał grupę
dystrybutorów Polak, później nagrodzony przez przełożonych
stanowiskiem prezesa tego konsorcjum. Więc może to też miało
jakiś wpływ na to, że nasi przedsiębiorcy dali się omamić. Ale
to tak na marginesie.
Dlaczego o tym wszystkim mówię? Co ma
wspólnego dystrybucja słodyczy z globalizmem, nitką gazociągu,
transseksualizmem, aborcją i świętami bez religijnych symboli?
Może to, że wkrótce możemy nie mieć
w naszym kraju tak naprawdę nic do powiedzenia, bo wszystko
zostanie ustalone nad naszymi głowami. Może to, że pozwalając
sobie narzucić zunifikowane reguły (aż nie chce się wierzyć, że
słowo unifikacja nie jest pochodną od słowa „unia”) staniemy
się narodem światowym. Brzmi niby dobrze, prawda? A co to znaczy?
Cała ta pompa, począwszy od „hiszpańskich dni” w przedszkolu
mojej córki, poprzez te unifikujące zjawiska, które opisuję,
zdaje się przebiegać pod wielkim hasłem - każdy nowoczesny
człowiek (aby nie powiedzieć - Polak) – współczesnym
Everymanem. Europejskim nieliterackim bohaterem. Everymanem –
pozytywną postacią ze średniowiecznych moralitetów, pozbawioną
cech indywidualnych, a więc Uniwersalną. Człowiek Uni-wersalny.
Pozbawiony przymiotów niezespołowych, a w tym konkretnym przypadku
narodowych . „Każdy”, czyli nikt. Czy zatem nie bardziej pasuje
współcześnie do takiego człowieka przydomek Mr. Nobody?
Od tego, jaką drogę wybierzemy,
zależy co nas w dalszej perspektywie czeka. W dalszej, bo jeśli
chodzi o bliższą przyszłość, to ja jestem nieomal pewien, że
wszystko zaszło już tak daleko, że nie ma dla nas w tej krótkiej
perspektywie innej alternatywy, niż życie pod rządami reżimu. Ale
nie takiego jaki panuje na Kubie, czy w Iranie. Ani też nie chodzi
mi o reżim państwa zomowskiego, jaki trzydzieści lat temu
wprowadził nam nocą Jaruzelski. Ta tyrania o której mówię jest
absolutna i nazywa się reżimem finansowym. Co wcale nie wyklucza w
późniejszym czasie również dyktatu politycznego. I właśnie tego
obawiam się najbardziej. Tu widzę największe zagrożenie dla
naszej stabilizacji i naszego bezpieczeństwa.
To co piszę, wcale nie znaczy, że
moim zdaniem wszystko i tak już jest posprzątane. Nie. Uważam, że
zmiana drogi zawsze jest możliwa. Zawsze to znaczy - dopóki jest
możliwa. Może jestem cienki z biologii, ale kiedy o tym myślę,
wyobrażam sobie wiosenne drzewo, które puściło już soki.
Tymczasem nadchodzi mróz. Pytanie, czy drzewo wróci do korzeni, czy
przyjmie opcję dalszego, przyspieszonego rozwoju. Metafora może
niezbyt wyszukana, ale sorry, nic na to nie poradzę, że nadal myślę
Konopnicką („Nie na zawsze słonko gaśnie, nie na zawsze ziemia
zaśnie”), a nie takim na przykład moralitetem anglo-holenderskim,
którego fragment wpadł mi właśnie w ręce i myślę, że też
warto go tutaj zacytować: „Idź teraz do Każdego, / Powiedz z
rozkazu mego, / Jaka go czeka droga. / Niech więc rusza bez słowa /
I przybywa bez zwłoki / Na me tutaj wyroki.”
Wydaje mi się też, że myślenie w
rodzaju – a co mi tam, przecież nawet jeśli nasz wybór będzie
błędny, zawsze można salwować się ucieczką – nie jest
trafiony. Pytanie bowiem wówczas brzmi - czy będzie dokąd uciekać
? Jeśli świat nie będzie miał granic i cały będzie
zunifikowany, to uciekać będzie można chyba tylko w kosmos. A
jeśli będzie zupełnie inaczej? Może otwarte dziś granice, zamkną
się z chrzęstem? A jeśli się uda je przekroczyć, to czy na
obczyźnie nie staniemy się pewnego dnia personami non grata
-„ludźmi bez ziemi”. I to pytanie dotyczy tak samo szarych
obywateli, jak i tych którzy moszczą sobie już dziś gniazdka nad
Jeziorem Genewskim, albo liczą na przyszłe brukselskie posadki.
Ucieczka nie jest wyjściem. Niestety, wydaje mi się, że z
podjęciem decyzji trzeba się śpieszyć. Dynamika zdarzeń na
świecie jest coraz większa.
Chińscy naukowcy
przeprowadzili na Madagaskarze niezwykły eksperyment. W wiosce położonej na
południowy zachód od Amabiavao, która przez okres czterech pokoleń była niemal
całkowicie wyizolowana od innych niż lokalne, społeczności, wprowadzili tytułem
eksperymentu, zwyczaj picia kawy w sposób jak najbardziej klasyczny i
europejski, czyli w małej filiżance i bez dodatków. Dorosłym tubylcom podawano
ją codziennie rano na białej delikatnej porcelanie.
Wygląda to
niesamowicie na zdjęciu, na którym cała starszyzna kuca w kręgu, na centralnym
placu wioski, a każdy z mężczyzn trzyma w swej wielkiej, ciemnej i twardej
dłoni maleńką koronkową filiżankę z białej jak śnieg porcelany, podczas gdy
druga jego dłoń podtrzymuje wdzięcznie podstawkę. No cóż, zwyczaj jak zwyczaj,
powie ktoś, wszystko można wprowadzić i zaszczepić. Znamy dziwniejsze rytuały z
własnego podwórka. Rzeczywiście, nie było by w tym nic egzotycznego, poza
jednym. Do kawy tej, przez dwadzieścia dwa lata, eksperymentatorzy dodawali
stopniowo, po kropli gnojowicy.Dawkowano przy tym ją tak umiejętnie, że w końcu
całkowicie zastąpiła ona produkt wyjściowy. Wprawdzie grupa amerykańskich etnologów z katedry profesora Johna
Smithsky'ego z Uniwersytetu Iowa, zakwestionowała doświadczenie twierdząc, że
podawana kawa od początku była marnej jakości, a nawet częściowo była mielona
ze zgniłego i spleśniałego ziarna najniższego sortu, jednak moim zdaniem nie
pomniejsza to wagi eksperymentu. Empirycznie udowodniono w ten sposób, że
wyizolowana kulturowo społeczność jest w stanie łyknąć każde g..., i przyjmie
je za autentyk, jeżeli tylko jest ono podane umiejętnie i z zachowaniem
najwyższych propagandowych standardów.
Ale to jeszcze nie
koniec całej historii. Otóż ten zapach naturalnych fekaliów, który - kiedy
tylko członek tego plemienia otwierał usta - wydobywał się z niego, wraz z
chrapliwymi dźwiękami tubylczego języka, stał się z czasem jakby znakiem
przynależności do pewnego kręgu wtajemniczenia. Powiem inaczej - dla członków
tej społeczności jest to przyjemny aromat, który tę grupę jednoczy i spaja
wewnętrznie. Natomiast wobec osób, nie roztaczających tego rodzaju fluidu,
członkowie plemienia, okazują daleko posuniętą wrogość. Dotyczy to wyłącznie
ludności miejscowej, o podobnych korzeniach kulturowych. Wytworzyło to rzecz
jasna w całym rejonie swoiste napięcie. Pracujący w pobliżu Ampansekebe, polski
misjonarz o. Maurycy Beniowski, twierdzi, że bardzo trudno będzie wykorzenić u
tych ludzi poranny zwyczaj plotkowania przy ciepłej gnojowicy. Zwłaszcza, że w
tym rejonie świata Chińczycy trzymają się mocno.