dobre-nowiny.pl
gorący temat
publicystyka
wpolityce
niepoprawni
merkuriusz polski
pomnik smoleńsk
uważamrze
recenzje i szkice
blog
mowa wiązana
telewizja dobre nowiny
listy do tytusa
tomik dobre-nowiny.pl
uwaga agent
kolaboracja
list otwarty do p. Jana P
kazania księdza Jerzego
różaniec za ojczyznę
niech zstąpi Duch Twój
świadectwa czasu
strony smoleńskie
przyjazne strony
krzyż
wycinki z prasy
o autorze
Stona Jagódki
baner
     
 

Trzy hipotezy

W przestrzeni medialnej funkcjonują obecnie trzy teorie na temat tego co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku. Jedna to millerowsko - makowska narracja katastrofy, druga - hipoteza wybuchu sformułowana przez Zespół Parlamentarny Antoniego Macierewicza i trzecia to teoria kamuflażu, tzn. inscenizacji wypadku na Siewiernym, analizowana głównie przez grupę skupioną wokół blogera „Free Your Mind'a”.
Anita Gargas, 2 lutego, w programie „Bliżej” Jana Pospieszalskiego powiedziała : „Obowiązkiem dziennikarzy jest rozwiewać wszelkie wątpliwości. W sprawie katastrofy smoleńskiej jest zbyt wiele niedomówień i wątpliwości, żeby je zostawić tak sobie. (…) Oczywiście zdarzają się wrzutki absurdalne, które powodują, że ci którzy stawiają w miarę uzasadnione hipotezy dotyczące udziału osób trzecich są ośmieszani. No bo rzeczywiście, jeśli ktoś mówi, że w Smoleńsku doszło do jakiejś „maskirowki”, że tak naprawdę zamach się gdzieś indziej zdarzył, a później ciała przerzucano i wrak przerzucano, to można raczej zaliczyć do dosyć fantastycznych hipotez.”
Przy całym szacunku dla wspaniałej kobiety jaką jest Anita Gargas, w tej kwestii nie mogę się z nią zgodzić. Ja wiem doskonale, że poświęciła ona całą swoją karierę, a teraz oddaje wszystkie swoje siły i umiejętności, dla odkrycia prawdy o Smoleńsku. Ale kiedy stwierdza: „ to można raczej zaliczyć do dosyć fantastycznych hipotez”, wówczas moim zdaniem wyraża ona tym coś innego niż sprzeciw. Rozterkę. Jeżeli się bowiem docieka jaki przebieg miało konkretne zdarzenie, to czy można jedną z hipotez określić jako „raczej absurdalną”? Albo teza jest absurdalna, albo nie. A jeżeli jest to dlaczego? Czy mamy jakieś dane, które z całą pewnością mogą ją wykluczyć? Jeśli zaś nie mamy, to znaczy, że jest to teoria równoprawna z pozostałymi dwoma i powinna być tak samo jak one przeanalizowana.
Wiadomo już, że w Smoleńsku na pewno istniały pewne elementy kamuflażu. Takim elementem scenografii była na pewno brzoza, stanowiąca przez pewien czas oś wokół której obracała się mainstreamowa narracja. Stan dzisiejszej wiedzy każe nam wykluczyć tezę o tym, że drzewo w jakikolwiek sposób przyczyniło się do śmierci 96 osób. I to niezależnie od tego, którą z trzech wersji przebiegu wydarzeń przyjmiemy. To, że miało miejsce zderzenie z brzozą nie potwierdza ani zapis rejestratorów lotu (na ich spreparowanych kopiach opiera się historia millerowsko – makowska). Tak samo zaprzecza jej analiza dokonana przez zespół Macierewicza – według której samolot w tym miejscu gdzie znajduje się brzoza był na wysokości około 14-15 m nad ziemią, a więc również kilka metrów nad samym drzewem. Niestety nie mamy w rękach żadnych materialnych dowodów na kategoryczne potwierdzenie bądź wykluczenie którejś z trzech teorii. No, prawie żadnych. Wszystko co fizycznie „posiadamy” to ciała zamknięte w ocynkowanych trumnach, oraz billingi rozmów, które zostaną zniszczone przez operatorów sieci komórkowych, zgodnie z przepisami, najpóźniej po dwóch latach przechowywania, czyli w dniu 10 kwietnia 2012 roku (art.180c ust.1 p.1 Ustawy Prawo telekomunikacyjne). Fale czasu zmywają ślady.
Jeśli ktoś byłby zdziwiony moim stwierdzeniem, że nie mamy żadnych dowodów i twierdził, że jest ich „mnóstwo”, to niech mi odpowie, jakie są to dowody ? Czy są według niego mocnym dowodem sprokurowane stenogramy rozmów w kokpicie (mogą być wyłącznie dowodem wykluczającym ale na pewno nie potwierdzającym)? A może są nimi pocięte filmy Wiśniewskiego z antydatowaniami ? Więc może to te tomy akt przekazywane pakietami przez rosyjską prokuraturę, z dublowanymi przesłuchaniami tych samych osób, i z „profesjonalnie” sporządzonymi protokołami sekcji zwłok? To nie są żadne materiały dowodowe. Chyba, że miałby to być dowód na manipulację. Nie wiem... być może jakieś istotne materiały, jakieś argumenty, posiada nasza prokuratura. Sądzę jednak, że gdyby tak było, już dawno zostałyby przedstawione opinii publicznej.
Ponieważ nie mamy niczego poza wymienionymi przed chwilą dwoma dowodami bezpośrednimi, nie pozostaje nic innego jak tylko przyjąć inną niż do tej pory metodę poznawczą. Taką której zasada polega na eliminowaniu fałszywych tez. Metodę jakiej używa się zwykle do oceny wiarygodności teorii naukowych – krytycznego racjonalizmu . Polega ona po prostu na odrzucaniu fałszywych zdań, jeśli tylko któreś z nich w najmniejszym nawet zakresie koliduje z innymi. Takich jak właśnie to, że „samolot miał kolizję z drzewem”, czy to, że „w kokpicie był generał Błasik”.
Czy w takiej sytuacji nadmiar stawianych tez powinien być dla kogoś problemem? Wręcz przeciwnie. Powinien być czymś pożądanym. Oczywiście nie mówię tu mnożeniu absurdalnych twierdzeń. Mówię o zdaniach wyprowadzonych logicznie, na przykład ze zdjęcia zrobionego na miejscu zdarzenia. (Oczywiście pod warunkiem, że fotografia została zbadana i jednoznacznie potwierdzono jej autentyczność.) Przecież im jest więcej zdań, tym więcej jest materiału do analizy i tym szybciej można dojść do prawdy, eliminując fałszywe ścieżki i zatrute źródła. „Zbliżyć się do prawdy nie jest łatwo. Jest tylko jedna droga do niej, droga przez nasze błędy ” pisał – twórca teorii krytycznego racjonalizmu - Karl Popper.
Ktoś mógłby mi zarzucić sprzeczność w rozumowaniu. Dlaczego najpierw proponuję dedukcję, a zaraz potem mówię o wnioskach płynących z analizy fotografii. Już wyjaśniam. Otóż proponowałbym wszystkim zaangażowanym w sprawę smoleńską, najpierw wspólną analizę metodą indukcyjną - wszystkich wątków każdej teorii z osobna - a później zweryfikowanie wszystkich trzech hipotez metodą Poppera. To, moim zdaniem, najlepiej pozwoli wyłapać błędy. Inne rozwiązania moim zdaniem prowadzą nas tylko w las. Wiadomo który. Przyznam się teraz do pewnej manipulacji. Specjalnie nie przytoczyłem powyżej pełnej wypowiedzi Anity Gargas, która kończy swą opinię stwierdzeniem, że niezależnie od tego, ku której hipotezie się skłaniamy, „wszystkie argumenty należy przebadać.” Ja jestem zwolennikiem takiego właśnie działania. Gruntownego przebadania wszystkich, nawet tych wyglądających na najbardziej nieprawdopodobne, teorii. I dlatego, moim zdaniem powinniśmy w naszych wszystkich analizach wrócić do godzin wieczornych dnia 9 kwietnia 2010 roku, kiedy to po raz pierwszy nadano komunikat: „Dyżurna Służba Operacji Sił Zbrojnych RP przekazała do Centrum Operacji Powietrznych w Warszawie informacje o zagrożeniu atakiem terrorystycznym jednego z samolotów Unii Europejskiej”. A potem mozolnie, krok po kroku zweryfikować każde, najmniejsze nawet zdarzenie. Każdy, zdawałoby się nie mający żadnego znaczenia epizod. Przeanalizować wszystko, nie wyłączając żadnego pamiątkowego zdjęcia z Okęcia, żadnego filmiku nakręconego telefonem komórkowym, żadnego świstka i notatki. Każde wypowiedziane zdanie, każdy kawałek metalu spod Siewiernego, który znalazł się w Polsce jest istotny dla sprawy. Wszystko jest ważne.
Są trzy koncepcje. Dwie z nich muszą być fałszywe. Nie osądzajmy jednak tych teorii po konkluzjach jakie się z nich często zbyt szybko wyprowadza. Może być bowiem i tak, że któraś z nich jest prawdziwa, ale wyciągnięto z niej częściowo fałszywe wnioski. Przeanalizujmy je na spokojnie, krok po kroku.
Ja nie jestem orędownikiem żadnej z trzech postawionych hipotez. Jestem tylko zwolennikiem dotarcia do prawdy, niezależnie od tego jaka ona jest. Nikt nie może mieć monopolu na prawdę i nie może być tylu prawd ilu ludzi, jak usiłują wmówić nam czciciele relatywizmu. A jeśli mamy wspólny cel, musimy pamiętać, że aby do niego dojść trzeba oprócz determinacji, również woli współpracy. I empatii. Wierzę, że wówczas nawet w braku dowodów, jesteśmy w stanie do niej dotrzeć. To stwierdzenie to także nie jest mój patent. Zofia Romaszewska w króciutkim filmie Pospieszalskiego i Stankiewicz - „Ćwiczenia na wyobraźnię” mówi: „Wspólnota jest w stanie osiągnąć najwięcej jeśli jest przekonana do tego co robi i że może to zrobić.” Podkreśliłbym tylko słowo: „Wspólnota”.
...............................................................................................................................................

Everyman czy Mr. Nobody

Kto ma rację - czy ci, którzy widzą Polskę jako niezawisłe, twardo broniące swoich interesów państwo, czy „obywatele nowego wspaniałego świata” otwarci na wszystko co nowe, zwolennicy ksenolatrii ? Co wybrać - naszą małą zaściankowość, z przydrożnymi krzyżami, kościółkowymi babciami drepczącymi przez zaspy kopnego śniegu, czy wolne transseksualne rodziny z pełnym dostępem do aborcji, adopcji oraz in vitro i święta ze zneutralizowanymi religijnymi symbolami - nowoczesność i postęp? Za czym się opowiedzieć? Myślę, że tak z marszu trudno jest dać odpowiedź na tak postawione pytanie przeciętnemu „obywatelowi- telewidzowi” - Kowalskiemu czy Smithowi. Która z tych dwóch dróg, jakie wymieniłem na początku, doprowadzi nas pewniej do naszej ziemi obiecanej – krainy bezpieczeństwa i stabilizacji. Bo przecież o to przytłaczającej większości z nas chodzi – o spokój i bezpieczeństwo dla nas i naszych najbliższych. Otóż w sytuacji, gdy już prawie nie mamy własnej armii, własnej polityki zagranicznej, własnych banków oraz funkcjonujemy w wirtualnym systemie finansowym, wszystko przemawia za tym, abyśmy się Europie i światu oddali całkiem, i do końca. Bo kimże my jesteśmy dla możnych tej ziemi, jeśli nie pyłem, który można zdmuchnąć, gdy wiruje w powietrzu i zadeptać, a świat nawet nie mrugnie okiem? Może więc dobrze się stanie kiedy rządzić w Europie będą Niemcy przy współudziale Francuzów. Przecież lepiej, żeby to oni wprowadzali do niej swój „ordnung”, niż swoje prawa stanowili tu nieprzewidywalni i mający skłonności do despotii Rosjanie. A zresztą czyż Niemcy nie działają w interesie nas wszystkich? Nas, to znaczy – europejczyków. Może i w Polsce dzięki ich stanowczości zapanuje wreszcie jakiś ład. Francja i Niemcy jako dwa filary kontynentu. Państwa o wysoko rozwiniętej kulturze. Gospodarcze potęgi świata. Chyba można na nie postawić. A poza tym, czy nie wszystko przemawia za tym, że trzeba „iść do przodu”. A to znaczy - jednoczyć się, ucierać partykularne, nacjonalistyczne anse, podporządkowywać się interesowi ogółu, gdy czujemy, to chyba wszyscy - zbliża się światowa zamieć. Przecież chodzi o nasze wspólne dobro, nasz wspólny, europejski interes.
Wszystko to wydaje się jasne i oczywiste, zwłaszcza gdy się ogląda telewizję. Raczej zastanawia wówczas jeszcze tylko kilka takich drobnych rzeczy, z własnego podwórka. Dlaczego francuska firma w której pracowałem, zawsze organizuje konferencje wyłącznie we francuskich hotelach? Czemu w nagrodę za osiągnięcia w pracy, w niemieckiej firmie, mój znajomy mógł wybrać się na urlop wyłącznie do dowolnie wybranego przez siebie landu? Dlaczego w polskiej firmie... Zaraz. Jak jest w dużych polskich firmach? Gdzie organizują one wyjazdy lojalnościowe dla swoich kontrahentów? Nie mam obecnie żadnego znajomego, który by pracował w dużej polskiej firmie. Czy są jeszcze takie? A jeśli są, to gdzie wydają swoje pieniądze z funduszu reprezentacyjnego? Czy aby nie wysyłają swoich partnerów handlowych przypadkiem na Sycylię, albo na portugalską Maderę? Przynajmniej powinny to robić. Przecież jesteśmy jednym organizmem polityczno - gospodarczym. Albo takie z głupia frant pytanie z trochę większego podwórka, które nie wiedzieć czemu przyszło mi teraz do głowy - dlaczego w tej wspólnej Europie, panią kanclerz Niemiec nie obchodzi, że gazociąg łączący jej kraj z Federacją Rosyjską ogranicza swobodny rejs wielkich statków zmierzających do portu w zaprzyjaźnionym przecież kraju? Dlaczego polski rząd udaje, że nic się nie dzieje, kiedy Putin ze Schroederem fastrygują Kanał Szczeciński gazową nitką? Interes Niemiec ponad wszystko? Zaraz... Jaki interes Niemiec?! Przecież ustaliliśmy już raz i ostatecznie, że nie ma czegoś takiego. Jest jedna wspólna Europa wielu narodów. Minister Sikorski zaraz nam to wyjaśni. Panie ministrze... Pan to tak pięknie potrafi ująć w słowa, że interes Niemiec, to w sumie nasz, Polski. No niechże Pan wytłumaczy, że to tylko tak wygląda, że nawet jeśli coś robimy wbrew sobie, to wygląda to tak tylko pozornie, bo długofalowo czynimy to we własnej, dobrze pojętej sprawie. Bardzo Pana proszę, niech Pan argumenty poda. Ja nie potrafię.
A jednak zdecydowanie wolę wrócić na swoje małe podwórko, bo tu przynajmniej poruszam się swobodniej i nie muszę nikogo prosić o wyjaśnienie. Otóż kilka lat temu pracowałem nad tym, aby zjednoczyć grupę dystrybutorów słodyczy. Chodziło o to, aby pewien światowy koncern nie wprowadził na polski rynek duopolu producenta i sieci marketów (obydwa podmioty zarządzane są przez kapitał obcy) przy całkowitym wyeliminowaniu wpływu na nasz rynek firm polskich. Niby to sprawa marginesowa, niby to pierdoła, ale naprawdę chodziło w niej nie tylko o ogromne pieniądze, ale i model handlu w którym mielibyśmy coś do powiedzenia. Nie udało się. Czterej główni dystrybutorzy (firmy polskie powstałe po 89 tym) , którzy trzęśli kiedyś całym rynkiem słodyczy, dziś mają albo pozycję marginesową w handlu, albo ich nie ma, bo konsorcjum doprowadziło do ich bankructwa. Ale wina leżała po stronie samych dystrybutorów. Wynikała ona głównie z tego, że nie uwierzyli w... solidarność ludzi , których jednoczy kultura jakiegoś kraju i język. Wydawało się im, że w biznesie liczą się wyłącznie pieniądze. Że nie ma czegoś takiego jak więzi kulturowe. Nota bene, w imieniu tej zachodniej korporacji pod hasłem „polscy hurtownicy to nasi wrogowie” skutecznie rozbijał grupę dystrybutorów Polak, później nagrodzony przez przełożonych stanowiskiem prezesa tego konsorcjum. Więc może to też miało jakiś wpływ na to, że nasi przedsiębiorcy dali się omamić. Ale to tak na marginesie.
Dlaczego o tym wszystkim mówię? Co ma wspólnego dystrybucja słodyczy z globalizmem, nitką gazociągu, transseksualizmem, aborcją i świętami bez religijnych symboli? Może to, że wkrótce możemy nie mieć w naszym kraju tak naprawdę nic do powiedzenia, bo wszystko zostanie ustalone nad naszymi głowami. Może to, że pozwalając sobie narzucić zunifikowane reguły (aż nie chce się wierzyć, że słowo unifikacja nie jest pochodną od słowa „unia”) staniemy się narodem światowym. Brzmi niby dobrze, prawda? A co to znaczy? Cała ta pompa, począwszy od „hiszpańskich dni” w przedszkolu mojej córki, poprzez te unifikujące zjawiska, które opisuję, zdaje się przebiegać pod wielkim hasłem - każdy nowoczesny człowiek (aby nie powiedzieć - Polak) – współczesnym Everymanem. Europejskim nieliterackim bohaterem. Everymanem – pozytywną postacią ze średniowiecznych moralitetów, pozbawioną cech indywidualnych, a więc Uniwersalną. Człowiek Uni-wersalny. Pozbawiony przymiotów niezespołowych, a w tym konkretnym przypadku narodowych . „Każdy”, czyli nikt. Czy zatem nie bardziej pasuje współcześnie do takiego człowieka przydomek Mr. Nobody?
Od tego, jaką drogę wybierzemy, zależy co nas w dalszej perspektywie czeka. W dalszej, bo jeśli chodzi o bliższą przyszłość, to ja jestem nieomal pewien, że wszystko zaszło już tak daleko, że nie ma dla nas w tej krótkiej perspektywie innej alternatywy, niż życie pod rządami reżimu. Ale nie takiego jaki panuje na Kubie, czy w Iranie. Ani też nie chodzi mi o reżim państwa zomowskiego, jaki trzydzieści lat temu wprowadził nam nocą Jaruzelski. Ta tyrania o której mówię jest absolutna i nazywa się reżimem finansowym. Co wcale nie wyklucza w późniejszym czasie również dyktatu politycznego. I właśnie tego obawiam się najbardziej. Tu widzę największe zagrożenie dla naszej stabilizacji i naszego bezpieczeństwa. To co piszę, wcale nie znaczy, że moim zdaniem wszystko i tak już jest posprzątane. Nie. Uważam, że zmiana drogi zawsze jest możliwa. Zawsze to znaczy - dopóki jest możliwa. Może jestem cienki z biologii, ale kiedy o tym myślę, wyobrażam sobie wiosenne drzewo, które puściło już soki. Tymczasem nadchodzi mróz. Pytanie, czy drzewo wróci do korzeni, czy przyjmie opcję dalszego, przyspieszonego rozwoju. Metafora może niezbyt wyszukana, ale sorry, nic na to nie poradzę, że nadal myślę Konopnicką („Nie na zawsze słonko gaśnie, nie na zawsze ziemia zaśnie”), a nie takim na przykład moralitetem anglo-holenderskim, którego fragment wpadł mi właśnie w ręce i myślę, że też warto go tutaj zacytować: „Idź teraz do Każdego, / Powiedz z rozkazu mego, / Jaka go czeka droga. / Niech więc rusza bez słowa / I przybywa bez zwłoki / Na me tutaj wyroki.”
Wydaje mi się też, że myślenie w rodzaju – a co mi tam, przecież nawet jeśli nasz wybór będzie błędny, zawsze można salwować się ucieczką – nie jest trafiony. Pytanie bowiem wówczas brzmi - czy będzie dokąd uciekać ? Jeśli świat nie będzie miał granic i cały będzie zunifikowany, to uciekać będzie można chyba tylko w kosmos. A jeśli będzie zupełnie inaczej? Może otwarte dziś granice, zamkną się z chrzęstem? A jeśli się uda je przekroczyć, to czy na obczyźnie nie staniemy się pewnego dnia personami non grata -„ludźmi bez ziemi”. I to pytanie dotyczy tak samo szarych obywateli, jak i tych którzy moszczą sobie już dziś gniazdka nad Jeziorem Genewskim, albo liczą na przyszłe brukselskie posadki. Ucieczka nie jest wyjściem. Niestety, wydaje mi się, że z podjęciem decyzji trzeba się śpieszyć. Dynamika zdarzeń na świecie jest coraz większa.

...............................................................................................................................................

Filiżanka
(correspondence fiction)  

Chińscy naukowcy przeprowadzili na Madagaskarze niezwykły eksperyment. W wiosce położonej na południowy zachód od Amabiavao, która przez okres czterech pokoleń była niemal całkowicie wyizolowana od innych niż lokalne, społeczności, wprowadzili tytułem eksperymentu, zwyczaj picia kawy w sposób jak najbardziej klasyczny i europejski, czyli w małej filiżance i bez dodatków. Dorosłym tubylcom podawano ją codziennie rano na białej delikatnej porcelanie. Wygląda to niesamowicie na zdjęciu, na którym cała starszyzna kuca w kręgu, na centralnym placu wioski, a każdy z mężczyzn trzyma w swej wielkiej, ciemnej i twardej dłoni maleńką koronkową filiżankę z białej jak śnieg porcelany, podczas gdy druga jego dłoń podtrzymuje wdzięcznie podstawkę. No cóż, zwyczaj jak zwyczaj, powie ktoś, wszystko można wprowadzić i zaszczepić. Znamy dziwniejsze rytuały z własnego podwórka. Rzeczywiście, nie było by w tym nic egzotycznego, poza jednym. Do kawy tej, przez dwadzieścia dwa lata, eksperymentatorzy dodawali stopniowo, po kropli gnojowicy.Dawkowano przy tym ją tak umiejętnie, że w końcu całkowicie zastąpiła ona produkt wyjściowy. Wprawdzie grupa amerykańskich  etnologów z katedry profesora Johna Smithsky'ego z Uniwersytetu Iowa, zakwestionowała doświadczenie twierdząc, że podawana kawa od początku była marnej jakości, a nawet częściowo była mielona ze zgniłego i spleśniałego ziarna najniższego sortu, jednak moim zdaniem nie pomniejsza to wagi eksperymentu. Empirycznie udowodniono w ten sposób, że wyizolowana kulturowo społeczność jest w stanie łyknąć każde g..., i przyjmie je za autentyk, jeżeli tylko jest ono podane umiejętnie i z zachowaniem najwyższych propagandowych standardów.  

Ale to jeszcze nie koniec całej historii. Otóż ten zapach naturalnych fekaliów, który - kiedy tylko członek tego plemienia otwierał usta - wydobywał się z niego, wraz z chrapliwymi dźwiękami tubylczego języka, stał się z czasem jakby znakiem przynależności do pewnego kręgu wtajemniczenia. Powiem inaczej - dla członków tej społeczności jest to przyjemny aromat, który tę grupę jednoczy i spaja wewnętrznie. Natomiast wobec osób, nie roztaczających tego rodzaju fluidu, członkowie plemienia, okazują daleko posuniętą wrogość. Dotyczy to wyłącznie ludności miejscowej, o podobnych korzeniach kulturowych. Wytworzyło to rzecz jasna w całym rejonie swoiste napięcie. Pracujący w pobliżu Ampansekebe, polski misjonarz o. Maurycy Beniowski, twierdzi, że bardzo trudno będzie wykorzenić u tych ludzi poranny zwyczaj plotkowania przy ciepłej gnojowicy. Zwłaszcza, że w tym rejonie świata Chińczycy trzymają się mocno.