dobre-nowiny.pl
gorący temat
publicystyka
wpolityce
niepoprawni
merkuriusz polski
pomnik smoleńsk
uważamrze
recenzje i szkice
blog
mowa wiązana
telewizja dobre nowiny
listy do tytusa
tomik dobre-nowiny.pl
uwaga agent
kolaboracja
list otwarty do p. Jana P
kazania księdza Jerzego
różaniec za ojczyznę
niech zstąpi Duch Twój
świadectwa czasu
strony smoleńskie
przyjazne strony
krzyż
wycinki z prasy
o autorze
Stona Jagódki
baner
     
 

Zmienić optykę widzenia

      Był rok 1992. Czerwiec, a dokładnie 4 czerwca 1992 roku. Miałem wówczas własną, świetnie się rozwijającą firmę, bardzo wysokie (jak na owe czasy) dochody i głębokie przekonanie, że wszystko w kraju idzie we właściwym kierunku. Kiedy tego dnia wróciłem z pracy, moją uwagę przykuło oświadczenie prezydenta Lecha Wałęsy, który przesłał do PAP komunikat następującej treści : „Aresztowano mnie wiele razy. Za pierwszym razem, w grudniu 1970 roku, podpisałem trzy albo cztery dokumenty. Podpisałbym prawdopodobnie wtedy wszystko, oprócz zgody na zdradę Boga i Ojczyzny, by wyjść i móc walczyć. Nigdy mnie nie złamano i nigdy nie zdradziłem ideałów ani kolegów”. 

      Jeżeli przyznaje się, że podpisał trzy albo cztery dokumenty – pomyślałem wówczas - to znaczy, że przygotowuje się na zarzut, że był agentem. Jeśli bowiem przedstawią namacalne dowody współpracy z SB, łatwiej mu przyjdzie oświadczyć, że nie miał świadomości tego, iż podpisał deklarację współpracy. Taki wniosek wyciągnąłem niemal automatycznie, wiedząc doskonale z autopsji, że jeżeli ktoś zdecydował się na podpisanie w Urzędzie Spraw Wewnętrznych kilku dokumentów to na pewno nie była to ani odmowa współpracy (nie słyszałem aby ktoś coś takiego podpisał – po prostu odmawiało się współpracy ustnie, a podpisywało się tylko deklarację), ani lista obecności (bo pracował przecież w stoczni, a nie w urzędzie). Tak myślałem, czekając na następny serwis informacyjny. Chciałem bowiem ten komunikat wysłuchać ponownie, aby móc go sobie lepiej przeanalizować. Niestety, po godzinie, spiker oświadczając, że podaje komunikat prezydenta przeczytał coś całkiem innego, a mianowicie takie oto oświadczenie: „Teczki ze zbiorów MSW uruchomiono wybiórczo. Podobny charakter ma ich zawartość. Znajdujące się w nich materiały zostały w dużej części sfabrykowane. (…) Zastosowana procedura jest działaniem pozaprawnym. Umożliwia polityczny szantaż. Całkowicie destabilizuje struktury państwa i partii politycznych. Kwestie etyczne związane z całą tą operacją, mającą już w swoim założeniu charakter manipulacji pozostawiam bez komentarza”.


      Poprzedniego oświadczenia nigdzie nie mogłem znaleźć. Rozwiało się w eterze, czy ja mam omamy - pomyślałem? Wtedy to po raz pierwszy stwierdziłem, że chyba z mediami coś jest nie tak. Ale to była przelotna myśl i nie zaprzątałem nią sobie dłużej głowy, śledząc z zaciekawieniem, co się też na Wiejskiej i Woronicza tego dnia działo. A wydarzenia zachodziły iście niezwykłe. 
      O godzinie 23:00 czy 23:30 w telewizji na obydwu publicznych kanałach pojawił się premier Jan Olszewski, który wezwał społeczeństwo do obrony demokracji. Mówił: „Mój rząd był pierwszym, który chciał odsłonić dawne, tajemne powiązania ludzi, którzy z własnej woli weszli w ostatnich latach do organów nowej władzy. Uważam, że naród polski powinien mieć poczucie, że wśród tych, którzy nim rządzą, nie ma ludzi, którzy pomagali UB i SB utrzymywać Polaków w zniewoleniu. Uważam, że dawni współpracownicy komunistycznej policji politycznej mogą być zagrożeniem dla bezpieczeństwa wolnej Polski. Naród powinien wiedzieć, że nieprzypadkowo właśnie w chwili, kiedy możemy oderwać się ostatecznie od komunistycznych powiązań, stawia się nagły wniosek o odwołanie rządu.” Ja to przemówienie premiera Olszewskiego (nigdzie nie mogę znaleźć całości) odebrałem wówczas jako wezwanie do wyjścia ulicę, w celu obrony rządu. No nie, chłopie – pomyślałem. Nikt nie zrobi manifestacji, żeby cię bronić. Nie dla Wałęsy. On po prostu nie przejdzie najwyżej w następnych wyborach. To orędzie premiera odebrałem wówczas jako przesadzony, histeryczny krzyk człowieka, któremu chcą odebrać posadę. Nie jesteś pierwszy i nie ostatnim, który ją traci – stwierdziłem wówczas i spokojnie poszedłem spać.


      Na następny dzień Jarosław Kaczyński mówił w Sejmie: „Musimy sobie wreszcie powiedzieć, że żadne państwo nie może tolerować agentów w swoich strukturach.” Tak to prawda – pomyślałem. Nikt przy zdrowych zmysłach nie może nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Było jednak już po herbacie. Kiedy ja spałem sobie smacznie Sejm w nocy z 4 na 5 czerwca 1992 roku, przerażony widmem lustracji odwołał rząd Jana Olszewskiego większością 273 głosów, przeciw 119. Wstrzymało się wówczas 33 posłów. Powstała wówczas w kraju nowa, dziwna koalicja – antylustracyjna. Ja o tym nie wiedziałem, choć podświadomie to już wówczas czułem.


      Czyja będzie Polska ? - brzmiało mi jeszcze tylko w uszach ostatnie pytanie, byłego już premiera .


      To wydarzenie, mimo, iż wówczas go niezupełnie rozumiałem, spowodowało, że zacząłem się przyglądać dziwnym historiom mającym miejsce w naszym kraju. Powoli krok po kroku, a właściwie rok po roku, otwierały mi się oczy – na prywatyzację, na lustrację, na demobilizację armii, demoralizację i laicyzację społeczeństwa, manipulację medialną. Zmieniało się moje widzenie. Stopniowo, po odrobinie. Kto się temu nie przypatruje wnikliwie – niczego nie zauważy. Tu jest potrzebny jakiś impuls, coś co spowoduje uwrażliwienie myślenia, uruchomienie stałego procesu analitycznego. Wtedy - wcześniej czy później zobaczy rzeczy, w które początkowo nie zechce uwierzyć. Będzie wbrew temu co widzi, wmawiał sobie, że się myli.


      Piszę, to z takim przekonaniem, bo wiem to po sobie. Sam na własnej skórze tego doświadczyłem.


      I jestem dziś głęboko przekonany, że tym czym dla był mnie 04 czerwca 1992 roku, tym dla większości społeczeństwa stanie się 10 kwietnia 2010 roku. Tak – stanie się, bo oczy nie otwierają się od razu. Przebudzenie społeczeństwa nie następuje w ciągu pięciu sekund. U mnie to trwało kilka lat – przyglądania się rządzącym, ich dziwnym decyzjom, niewyjaśnionym wypadkom, usuwaniu niewygodnych ludzi.
      To konstrukcja systemu, dobrze znanego sprzed 1989 roku.
...............................................................................................................................................

Pomóżmy rządowi sprowadzić wrak

Zbliża się powoli druga rocznica wydarzeń smoleńskich, a wrak rządowego Tupolewa, wciąż tkwi na lotnisku Siewiernyj w Smoleńsku. Środki masowego przekazu już kilkakrotnie zapowiadały jego powrót, od czasu kiedy to 20 października 2010 roku komisja techniczna MAK zakończyła swoje badania. Były to jednak do tej pory tylko medialne zapychacze.
      W sprawę zwrotu fragmentów „stujedynki” początkowo zaangażował się był były minister sprawiedliwości - Krzysztof Kwiatkowski, który tłumaczył Rosjanom, jak ważnym dla Polaków narodowym symbolem są te szczątki, i publicznie wyrażał nadzieję, że wrak zostanie sprowadzony przed 10 kwietnia 2011 roku. Podobnie mówił premier Donald Tusk na początku grudnia 2010 roku: ”na razie ze strony rosyjskiej mamy sygnały, że nie będzie przeszkód, żeby ten wrak jak najszybciej ściągnąć (…) Rząd zapewni wszelkie warunki finansowe i logistyczne, żeby przeniesienie wraku odbyło się sprawnie i godnie. (…) To jest moja intencja, moje pragnienie - dobrze by było, żeby przed 10 kwietnia wrak znalazł się w Polsce.” Nie znalazł się. Ciekawe jest jednak to wyrażenie „na razie”w wypowiedzi premiera. Czyżby Tusk obdarzony był aż taką prekognicją?


      Natomiast tuż przed rocznicą tragedii, w sprawie pozostałości po Tutce miał wypowiedzieć się nawet sam prezydent. Bronisław Komorowski wyraził nadzieję, że sprowadzony wrak stanie się częścią „monumentu, który będzie upamiętniał ofiary katastrofy”.
Miesiąc po tej deklaracji wydawało się, że nastąpił przełom. Oto 10 maja Radosław Sikorski ogłosił „co do wraku - można uznać, że on już nie jest dowodem w sprawie , i że tu może nastąpić przyspieszenie”. I nastąpiło. Tyle tylko, że w czczych deklaracjach i pozornych działaniach. Tydzień po wypowiedzi szefa MSZ prokurator generalny Andrzej Seremet stwierdził, że „uzyskaliśmy pozytywne stanowisko Komitetu Śledczego co do podjęcia działań zmierzających do przewozu szczątków samolotu Tu-154M do Polski. W tym zakresie uzgodniliśmy, że polscy specjaliści oraz żandarmi na przełomie sierpnia i września tego roku przyjadą do Smoleńska, by rozpocząć przygotowania związane z tą olbrzymią operacją”.


      Co do rozmiaru prokurator nie mylił się. Byłaby rzeczywiście olbrzymia. Elementów wraku jest bowiem ponad dwa miliony i ważą one 40 ton. Gdyby odnaleziono wszystkie, byłoby ich pewnie dwa i pół raza tyle (Tupolew przed katastrofą ważył 70 ton, a te „zniknięte” musiały być mniejsze). O tych „ubytkach” prasa donosiła już w końcówce 2010 roku. W tym kontekście co najmniej niestosowna wydaje się więc wcześniejsza wypowiedź Seremeta, oznajmiająca, że: „Chcemy sprowadzić do kraju ten samolot w całości, łącznie z ostatnią śrubką”. Chcieć możemy, ale skoro wiemy, że jest to niemożliwe, to po co wygadujemy głupoty. Chyba, że Seremetowi chodziło wyłącznie o ostatnią śrubkę. Tę która znalazła się w nowej sukience Matki Boskiej Częstochowskiej.


      Tak więc co do rozmiaru przyszłej operacji prokurator generalny nie myliłby się, gdyby do niej doszło. Nie doszło. Kiedy nadszedł lipiec 2011 roku, jedna z radomskich firm poinformowała lokalną prasę, że przygotowuje się od strony logistycznej do operacji sprowadzenia szczątków samolotu. Zaczęła świtać nadzieja (niestety znów tylko tym dziatkom, którym była matką) , że wszystko w tej sprawie zostało ustalone i właśnie zaczyna się realizacja tego planu, po czym...
Zapadła cisza, aż do końca sezonu ogórkowego .


      We wrześniu do Smoleńska wyjechała ekipa. Nie byli to jednak zapowiadani przez Seremeta specjaliści czy żandarmi, ale czterej prokuratorzy i ośmiu biegłych. Pojechali tam, aby obejrzeć wrak samolotu i dokonać dokumentacji w postaci „fotografii sferycznej”. Zastanawiam się, czy byłby sens wysyłania tylu ludzi i robienia tego typu badań, gdyby rzeczywiście fragmenty samolotu chciano sprowadzić do Polski? Te moje obawy potwierdził ostatnio Radosław Sikorski, który w grudniu 2011 roku, po rozmowie z Siergiejem Ławrowem, zapytany o zakończenie śledztwa i przekazanie wraku odpowiedział: „Podniosłem te sprawy, ale mam wrażenie, że strona rosyjska najwyraźniej nie jest jeszcze gotowa.” Ciekawe jest to określenie -”mam wrażenie”. Czy oznacza ono rosyjskie „niet”, czy też brak odpowiedzi na pytanie naszego ministra w sprawie fragmentów TU-154, jeśli takowe rzeczywiście padło?


      Zarówno brak 30 ton szczątków wraku, dalekie od właściwego ich zabezpieczenie, jak i film obrazujący traktowanie fragmentów samolotu, zaprezentowany przez ekipę „Misji specjalnej”, powinny nas skłaniać do dołożenia wszelkich starań o możliwie jak najszybsze sprowadzenie do Polski tego co jeszcze z wraku pozostało. Tymczasem po roku od momentu kiedy warszawska prokuratura zwróciła się do Rosjan o pomoc prawną w kwestii „fragmentacji wraku” (nie miałem pojęcia, że wybijanie okien można nazwać „fragmentacją”) przyszła odpowiedź. Miało to miejsce 21 grudnia 2011 roku. Czy po jej przetłumaczeniu (trochę zejdzie bo to egzotyczny język) dowiemy się, że działania „rosyjskich specjalistów” wcale nie miały na celu „niszczenia dowodów” jak bezczelnie sugerowali zawiadamiający o przestępstwie? Że były to żmudne prace mające doprowadzić do tego, aby kawałki rządowej Tutki lepiej dały się ułożyć w obrysie samolotu, który namalowano na płycie lotniska? No i oczywiście, robiono to po to aby lepiej dało się je poprzenosić. Tego rodzaju wyjaśnienia już bowiem wcześniej padły z ust wiceprzewodniczącego MAK – Olega Jermołowa, więc nie sądzę, żebym się co do treści tej „pomocy prawnej” obecnie mylił. A może jak tłumaczył „przyjaciół Moskali” minister Miller – wybijanie okien miało na celu pobranie próbek materiału. Takie stwierdzenie mógł wygłosić tylko człowiek śmiertelnie przerażony, albo niespełna rozumu.


      Mimo wszystko ciekaw jestem tłumaczenia Rosjan. Czy zaskoczą nas kolejnym aktem arogancji, czy w swej niespożytej kreatywności powiedzą coś nowego, zupełnie zaskakującego?


      Ale co by nie rzekli, i tak z tego wszystkiego widać, że nasz rząd sobie z tą sprawą ewidentnie nie radzi. A może mu najzwyczajniej na świecie, na niej nie zależy? Skoro nie ma nacisków...


      Media nie pytają. Wiadomo także , że części naszego społeczeństwa sprawa ta jest zupełnie obojętna, a są też i tacy, którzy wręcz protestują przeciw finansowaniu przez państwo kosztów całej operacji. W końcu są też tacy, którzy mówią: no i co, że sprowadzą, skoro badania zrobią tak samo wybiórczo, jak zrobili analizę zwłok ś.p. Zbigniewa Wassermanna.


      Dla mnie, mimo wszystkich tych sceptycznych głosów, kwestia zwrotu szczątków statku powietrznego jest bardzo ważna. I myślę, że znajdzie się garstka ludzi dla których jest to równie istotne jak dla mnie. Jeśli politycy są bezradni, może coś będzie w stanie zdziałać inicjatywa obywatelska? Może warto byłoby przygotować plan sprowadzenia elementów samolotu, znaleźć źródła finansowania przedsięwzięcia? Tak na wszelki wypadek - jeśli nasze państwo nie będzie mogło, albo nie będzie chciało sfinansować tego zadania. Deklaracje premiera, deklaracjami, ale były one wypowiedziane w innych warunkach ekonomicznych i przez szefa innego (mimo wszystko) rządu. Dziś może się okazać, że zdrowy rozsądek każe mu się zwrócić do Rosjan z prośbą o zezłomowanie wraku, a ich niechętną zgodę ogłosić jako swój sukces.
      W spawie Smoleńska bowiem nie ma takiego scenariusza, który mógłby okazać się niemożliwy.

...............................................................................................................................................

Związki partnerskie - o co chodzi?

Związek partnerski - jak wspaniale to brzmi. Ale co się za tym pięknym pojęciem kryje? Czy chodzi tu o małżonków, którzy są również dla siebie przyjaciółmi – dzielącymi między sobą obowiązki ?
Niezupełnie.
      W czerwcu 2011 roku grupa posłów ( tworzących nadzwyczajną podkomisję do spraw ustawy) przesłała do Sądu Najwyższego sejmowy projekt nazwany „ustawą o umowie związku partnerskiego”. Po co ? Według tak zwanej Długookresowej Strategii Rozwoju Kraju - Polska 2030. Trzecia fala nowoczesności , ustawa ta miałaby na celu zrównać prawa osób, które funkcjonują w nieformalnych, ale stałych związkach. Zrównać, ale z czym? Tego dokument Zespołu Strategicznych Doradców Prezesa Rady Ministrów już nie formułuje. Czy wzajemnie ze sobą – to znaczy konkubinaty ze związkami homoseksualnymi i osobami żyjącymi razem po „fałszywym rozwodzie” ( który miał na celu uzyskanie korzyści jakie przysługują osobom samotnie wychowującym dziecko)?
Nie. Chodzi o zrównanie wszystkich tych wymienionych przeze mnie „nieformalnych” związków z małżeństwem. Dlaczego zatem dokument nie mówi o tym wprost? Ponieważ podważyłby przez to zasadę ustrojową zawartą w 18 artykule Konstytucji, który stanowi, że tylko małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej . Mówi natomiast ta strategia o celu takiej „urawniłowki” . Co mówi? A to, że z jednej strony pozwoli to na wyeliminowanie zjawiska „fałszywych rozwodów”, z drugiej zwiększy zakres świadczeń dla gospodarstw domowych oczekujących wsparcia. Wyeliminowanie – OK, ale pierwszy raz słyszę, że państwu zależy na zwiększeniu pomocy dla gospodarstw domowych (zwracam uwagę, że nie ma mowy tu o gospodarstwach rodzinnych, tylko domowych, a więc pośrednio jest to i tak ordynarna propozycja łamania Konstytucji) kiedy zaczął się kryzys i rząd zaczyna ciąć wszystkie wydatki, które się tylko da. W szczodrobliwą dłoń tego gabinetu, jeśli chodzi o pomoc rodzinom i tak nie dam wiary. Już prędzej uwierzę w chęć ograniczenia i tak już szczupłych środków pomocowych dla gospodarstw rodzinnych, a chęć ich rozdystrybuowania na większą ilość podmiotów odczytuję (skąd u mnie taka podejrzliwość?) jako zabranie jakiejś ich części właśnie rodzinom i przeznaczenie, dla dziś jeszcze nieformalnych związków. Ja dziękuję za taką pomoc. Dziękuję za taką „falę nowoczesności”, która ma chyba zatopić, bo na pewno nie wynieść na swym grzbiecie. No, a tak na marginesie – jak w ogóle rząd widzi możliwość wyeliminowania przez tę ustawę zjawiska „fałszywych rozwodów”? Chce zmuszać wszystkich „nieformalnych” do zawierania umów partnerskich, po to aby ich traktować podobnie jak małżeństwa? To jakaś totalna bzdura.


      No dobrze, ale co dalej się stało z tą inicjatywą poselską ? Otóż w sierpniu Biuro Studiów i Analiz Sądu Najwyższego, opiniując ten projekt stwierdziło, że jest to zwykły bubel prawny, zerżnięty po połowie z prawodawstwa francuskiego i naszego kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, łamiący artykuł 18 konstytucji, nie spełniający wszystkich zasad techniki prawodawczej, a w niektórych swoich postanowieniach pozostający w kolizji z rozwiązaniami Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka.


      Tych, którzy odetchnęliby z ulgą po takim dictum Sądu Najwyższego, muszę zmartwić. W nowej kadencji prace nad starym-nowym projektem ruszyły pełną parą. Gazeta Wyborcza, tonem znanym z PRL-owskich Kronik Filmowych pisze w artykule Ewy Siedleckiej z 22 listopada 2011 roku: „W specjalnym zespole nad nową ustawą o związkach partnerskich pracują prawnicy z SLD, Ruchu Palikota i organizacji działających na rzecz praw mniejszości seksualnych.” A pełnomocnik rządu do spraw równego traktowania - Agnieszka Kozłowska-Rajewicz w "Salonie politycznym Trójki", w dniu 7.12.2011 wtóruje, że będzie wspierać tę ustawę na jej ścieżce legislacyjnej.
W każdym razie, w tej chwili opracowywany jest właśnie znowelizowany projekt. Lada chwila ujrzy światło dzienne, bo jest ponoć „priorytetowy”. Mają go złożyć „do czytania” na mocy porozumienia posłów Kalisza i Biedronia dwa kluby poselskie – SLD i Ruchu Palikota. Biedroń w każdym razie uważa, że projekt wesprą niektórzy posłowie Platformy i dzięki temu uzyska on wsparcie sejmowej większości.


      Jeżeli temat jest tak gorący, to może warto byłoby się przyjrzeć duchowi przyświecającemu tej ustawie. Co tam jest zatem zapisane? Streszczę krótko, żeby nie wchodzić w odmęty przepisów.


      Partner A miałby mieć na przykład: prawo do dziedziczenia ustawowego (tak jak małżonek); prawo do otrzymania zachowku (gdyby partner B przypadkiem go wydziedziczył); prawo do budowania wspólnoty majątkowej; prawo do wspólnego rozliczania się z podatku dochodowego; prawo do odmowy zeznań przeciwko partnerowi również w postępowaniu administracyjnym czy podatkowym; prawo do starania się o rentę po zmarłym partnerze i o prawo do przyjęcia po nim umowy najmu, a także prawo do przejęcia nazwiska partnera B lub wspólnego dwuczłonowego nazwiska dla związku AB . A wszystko to przy równoczesnym zwolnieniu ze wszystkich obowiązków, czy odpowiedzialności (na przykład za długi partnera) jakie spoczywają z mocy prawa na małżonkach (również obowiązku wierności, wzajemnej pomocy, wspólnego pożycia).


      Co na to Biuro Analiz Sądu Najwyższego? Ano, przypomina , że wszelkie: udogodnienia i przywileje przewidziane dla małżonków (np. podatkowe) są uzasadnione z uwagi na funkcje spełniane przez rodzinę (w szczególności prokreacyjną, socjalizacyjną i opiekuńczą wobec dzieci) powstałą wskutek zawarcia małżeństwa, będącego - zgonie z oczekiwaniami ustawodawcy - związkiem trwałym (dożywotnim), który może zostać rozwiązany tylko gdy zostaną spełnione rygorystyczne wymagania ustrojowe.


      A tymczasem, w swych głównych założeniach projekt ustawy o umowie związku partnerskiego akcentuje łatwość z jaką można ją rozwiązać – na przykład przez jednostronne oświadczenie jednego z partnerów, złożone na piśmie drugiemu.


      Taka regulacja nie tylko wprowadzałaby tylnymi drzwiami „małżeństwa” homoseksualne, ale jak uczą przykłady „nowoczesnych państw” (które już „trzecią falę postępu” mają za sobą) przygotowuje do możliwości sprawowania przez związki homoseksualistów rodzicielstwa zastępczego (czyli po prostu adoptowania przez nich dzieci).Gdyby ktoś protestował, że wcale homoseksualistom o to nie chodzi, to niech wyjaśni mi po co zatem to ciśnienie środowisk homoseksualnych na zrównanie praw? Małżeństwo jest ważną instytucją społeczną, bo ciąży na nim obowiązek społeczny, jakim jest wychowanie dzieci, a więc de facto sprawa kontynuacji trwania naszego społeczeństwa. Związki homoseksualne takiej misji nie pełnią i pełnić nie będą, więc po co jest im to ujednolicenie?


      Już bardziej uzasadnione, ze społecznego punktu widzenia, byłoby zrównanie w prawach z małżeństwem wspólnot domowych, które tworzą na przykład starzy rodzice i jedno z dzieci, które się nimi opiekuje, albo starsze rodzeństwo opiekujące się młodszym, gdy rodzice zmarli, lub też gdy jedno z rodzeństwa otacza opieką niepełnosprawnego brata lub siostrę.


      Dajmy jednak spokój homoseksualistom, bo moim zdaniem, wcale nie zrównanie ich związków z rodzinami stanowi największy problem.


      Pani sekretarz stanu w kancelarii premiera - Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, jako argument, który ma przemawiać ponoć za związkami partnerskimi używa stwierdzenia, że z instytucji związku partnerskiego we Francji ( tak zwanego Pacte civil de solidarite ) korzysta zaledwie 10 procent par jednopłciowych. Pozostałe 90 procent to naturalne związki mężczyzny i kobiety. I co? To miałby być argument za wprowadzeniem tej umowy w Polsce? Umowa o związku partnerskim, przez zwolnienie od odpowiedzialności , a jednocześnie jej „sformalizowanie” i uznawanie przez państwo, stałaby się u nas, tak jak i we Francji alternatywą dla małżeństwa. Kusiłoby młodych, „nowoczesnością” czyli jak w nowych telefonach „intuicyjnością działania i prostotą”, Nie odpowiada nam związek, to buch wyrywamy kartkę z zeszytu, piszemy wypowiedzenie umowy i jesteśmy wolni. Parter A, niech się buja z problemami finansowymi, z dziećmi, z dłużnikami. My sobie poszukamy nowego bezproblemowego partnera C.


      W Polsce 20% dzieci rodzi się obecnie ze związków pozamałżeńskich. Czy w takim przypadku tworzenie alternatywnej dla małżeństwa instytucji to tylko sankcjonowanie zmian obyczajowych czy też raczej ich wymuszanie? Ja uważam, że to drugie. A przecież premier w swoim expose wyraźnie powiedział , że : „nasza koalicja, polski rząd, instytucje życia publicznego, państwo polskie nie jest od tego, aby przeprowadzać obyczajową rewolucję.”
      Całkowicie się z tym stwierdzeniem zgadzam. A przecież, nie trzeba być ani filozofem, ani prawnikiem, by zrozumieć, że zalegalizowanie związków partnerskich stworzyłby nie tylko nowy ład prawny, ale i moralny. Czego premier ponoć nie chce. I słusznie bo przecież z art. 18 konstytucji wyraźnie wynika, że państwo powinno wręcz zachęcać do małżeństwa (nie tylko z mocy prawa ale i najzwyklejszego, naturalnej woli przetrwania narodu, społeczeństwa i państwa). Jeśli tworzy się zaś alternatywę dla małżeństwa, to na pewno nie jest to zachęcanie do małżeństwa, a wręcz coś zupełnie przeciwnego – podważanie tej instytucji. Gdyby nie to, że projekt ustawy stworzyli posłowie, na podstawie dyrektyw rządowego zespołu to nazwałbym to po prostu sabotażem, żeby nie użyć mocniejszego słowa. Premier powinien przyjrzeć się uważniej całemu temu towarzystwu.