Był rok 1992. Czerwiec, a dokładnie 4 czerwca
1992 roku. Miałem wówczas własną, świetnie się rozwijającą firmę,
bardzo wysokie (jak na owe czasy) dochody i głębokie przekonanie, że
wszystko w kraju idzie we właściwym kierunku. Kiedy tego dnia wróciłem z
pracy, moją uwagę przykuło oświadczenie prezydenta Lecha Wałęsy, który
przesłał do PAP komunikat następującej treści : „Aresztowano mnie
wiele razy. Za pierwszym razem, w grudniu 1970 roku, podpisałem trzy
albo cztery dokumenty. Podpisałbym prawdopodobnie wtedy wszystko, oprócz
zgody na zdradę Boga i Ojczyzny, by wyjść i móc walczyć. Nigdy mnie nie
złamano i nigdy nie zdradziłem ideałów ani kolegów”.
Jeżeli przyznaje się, że podpisał trzy albo
cztery dokumenty – pomyślałem wówczas - to znaczy, że przygotowuje się
na zarzut, że był agentem. Jeśli bowiem przedstawią namacalne dowody
współpracy z SB, łatwiej mu przyjdzie oświadczyć, że nie miał
świadomości tego, iż podpisał deklarację współpracy. Taki wniosek
wyciągnąłem niemal automatycznie, wiedząc doskonale z autopsji, że
jeżeli ktoś zdecydował się na podpisanie w Urzędzie Spraw Wewnętrznych
kilku dokumentów to na pewno nie była to ani odmowa współpracy (nie
słyszałem aby ktoś coś takiego podpisał – po prostu odmawiało się
współpracy ustnie, a podpisywało się tylko deklarację), ani lista
obecności (bo pracował przecież w stoczni, a nie w urzędzie). Tak
myślałem, czekając na następny serwis informacyjny. Chciałem bowiem ten
komunikat wysłuchać ponownie, aby móc go sobie lepiej przeanalizować.
Niestety, po godzinie, spiker oświadczając, że podaje komunikat
prezydenta przeczytał coś całkiem innego, a mianowicie takie oto
oświadczenie: „Teczki ze zbiorów MSW uruchomiono wybiórczo. Podobny
charakter ma ich zawartość. Znajdujące się w nich materiały zostały w
dużej części sfabrykowane. (…) Zastosowana procedura jest działaniem
pozaprawnym. Umożliwia polityczny szantaż. Całkowicie destabilizuje
struktury państwa i partii politycznych. Kwestie etyczne związane z całą
tą operacją, mającą już w swoim założeniu charakter manipulacji
pozostawiam bez komentarza”.
Poprzedniego oświadczenia nigdzie nie
mogłem znaleźć. Rozwiało się w eterze, czy ja mam omamy - pomyślałem?
Wtedy to po raz pierwszy stwierdziłem, że chyba z mediami coś jest nie
tak. Ale to była przelotna myśl i nie zaprzątałem nią sobie dłużej
głowy, śledząc z zaciekawieniem, co się też na Wiejskiej i Woronicza
tego dnia działo. A wydarzenia zachodziły iście niezwykłe. O godzinie 23:00 czy 23:30 w telewizji na
obydwu publicznych kanałach pojawił się premier Jan Olszewski, który
wezwał społeczeństwo do obrony demokracji. Mówił: „Mój rząd był
pierwszym, który chciał odsłonić dawne, tajemne powiązania ludzi, którzy
z własnej woli weszli w ostatnich latach do organów nowej władzy.
Uważam, że naród polski powinien mieć poczucie, że wśród tych, którzy
nim rządzą, nie ma ludzi, którzy pomagali UB i SB utrzymywać Polaków w
zniewoleniu. Uważam, że dawni współpracownicy komunistycznej policji
politycznej mogą być zagrożeniem dla bezpieczeństwa wolnej Polski. Naród
powinien wiedzieć, że nieprzypadkowo właśnie w chwili, kiedy możemy
oderwać się ostatecznie od komunistycznych powiązań, stawia się nagły
wniosek o odwołanie rządu.” Ja to przemówienie premiera Olszewskiego
(nigdzie nie mogę znaleźć całości) odebrałem wówczas jako wezwanie do
wyjścia ulicę, w celu obrony rządu. No nie, chłopie – pomyślałem. Nikt
nie zrobi manifestacji, żeby cię bronić. Nie dla Wałęsy. On po prostu
nie przejdzie najwyżej w następnych wyborach. To orędzie premiera
odebrałem wówczas jako przesadzony, histeryczny krzyk człowieka, któremu
chcą odebrać posadę. Nie jesteś pierwszy i nie ostatnim, który ją traci
– stwierdziłem wówczas i spokojnie poszedłem spać.
Na następny dzień Jarosław Kaczyński mówił w Sejmie: „Musimy sobie wreszcie powiedzieć, że żadne państwo nie może tolerować agentów w swoich strukturach.”
Tak to prawda – pomyślałem. Nikt przy zdrowych zmysłach nie może nie
zgodzić się z tym stwierdzeniem. Było jednak już po herbacie. Kiedy ja
spałem sobie smacznie Sejm w nocy z 4 na 5 czerwca 1992 roku, przerażony
widmem lustracji odwołał rząd Jana Olszewskiego większością 273 głosów,
przeciw 119. Wstrzymało się wówczas 33 posłów. Powstała wówczas w kraju
nowa, dziwna koalicja – antylustracyjna. Ja o tym nie wiedziałem, choć
podświadomie to już wówczas czułem.
Czyja będzie Polska ? - brzmiało mi jeszcze tylko w uszach ostatnie pytanie, byłego już premiera .
To wydarzenie, mimo, iż wówczas go
niezupełnie rozumiałem, spowodowało, że zacząłem się przyglądać dziwnym
historiom mającym miejsce w naszym kraju. Powoli krok po kroku, a
właściwie rok po roku, otwierały mi się oczy – na prywatyzację, na
lustrację, na demobilizację armii, demoralizację i laicyzację
społeczeństwa, manipulację medialną. Zmieniało się moje widzenie.
Stopniowo, po odrobinie. Kto się temu nie przypatruje wnikliwie –
niczego nie zauważy. Tu jest potrzebny jakiś impuls, coś co spowoduje
uwrażliwienie myślenia, uruchomienie stałego procesu analitycznego.
Wtedy - wcześniej czy później zobaczy rzeczy, w które początkowo nie
zechce uwierzyć. Będzie wbrew temu co widzi, wmawiał sobie, że się myli.
Piszę, to z takim przekonaniem, bo wiem to po sobie. Sam na własnej skórze tego doświadczyłem.
I jestem dziś głęboko przekonany, że tym
czym dla był mnie 04 czerwca 1992 roku, tym dla większości
społeczeństwa stanie się 10 kwietnia 2010 roku. Tak – stanie się, bo
oczy nie otwierają się od razu. Przebudzenie społeczeństwa nie następuje
w ciągu pięciu sekund. U mnie to trwało kilka lat – przyglądania się
rządzącym, ich dziwnym decyzjom, niewyjaśnionym wypadkom, usuwaniu
niewygodnych ludzi.
To konstrukcja systemu, dobrze znanego sprzed 1989 roku. ...............................................................................................................................................
Pomóżmy rządowi sprowadzić wrak
Zbliża się powoli druga rocznica wydarzeń
smoleńskich, a wrak rządowego Tupolewa, wciąż tkwi na lotnisku
Siewiernyj w Smoleńsku. Środki masowego przekazu już kilkakrotnie
zapowiadały jego powrót, od czasu kiedy to 20 października 2010 roku
komisja techniczna MAK zakończyła swoje badania. Były to jednak do tej
pory tylko medialne zapychacze.
W sprawę zwrotu fragmentów „stujedynki”
początkowo zaangażował się był były minister sprawiedliwości - Krzysztof
Kwiatkowski, który tłumaczył Rosjanom, jak ważnym dla Polaków
narodowym symbolem są te szczątki, i publicznie wyrażał nadzieję, że
wrak zostanie sprowadzony przed 10 kwietnia 2011 roku. Podobnie mówił
premier Donald Tusk na początku grudnia 2010 roku: ”na razie ze strony
rosyjskiej mamy sygnały, że nie będzie przeszkód, żeby ten wrak jak
najszybciej ściągnąć (…) Rząd zapewni wszelkie warunki finansowe i
logistyczne, żeby przeniesienie wraku odbyło się sprawnie i godnie. (…)
To jest moja intencja, moje pragnienie - dobrze by było, żeby przed 10
kwietnia wrak znalazł się w Polsce.” Nie znalazł się. Ciekawe jest
jednak to wyrażenie „na razie”w wypowiedzi premiera. Czyżby Tusk
obdarzony był aż taką prekognicją?
Natomiast tuż przed rocznicą tragedii, w
sprawie pozostałości po Tutce miał wypowiedzieć się nawet sam prezydent.
Bronisław Komorowski wyraził nadzieję, że sprowadzony wrak stanie się
częścią „monumentu, który będzie upamiętniał ofiary katastrofy”.
Miesiąc po tej deklaracji wydawało się, że nastąpił przełom. Oto 10 maja
Radosław Sikorski ogłosił „co do wraku - można uznać, że on już nie
jest dowodem w sprawie , i że tu może nastąpić przyspieszenie”. I
nastąpiło. Tyle tylko, że w czczych deklaracjach i pozornych
działaniach. Tydzień po wypowiedzi szefa MSZ prokurator generalny
Andrzej Seremet stwierdził, że „uzyskaliśmy pozytywne stanowisko
Komitetu Śledczego co do podjęcia działań zmierzających do przewozu
szczątków samolotu Tu-154M do Polski. W tym zakresie uzgodniliśmy, że
polscy specjaliści oraz żandarmi na przełomie sierpnia i września tego
roku przyjadą do Smoleńska, by rozpocząć przygotowania związane z tą
olbrzymią operacją”.
Co do rozmiaru prokurator nie mylił się.
Byłaby rzeczywiście olbrzymia. Elementów wraku jest bowiem ponad dwa
miliony i ważą one 40 ton. Gdyby odnaleziono wszystkie, byłoby ich
pewnie dwa i pół raza tyle (Tupolew przed katastrofą ważył 70 ton, a te
„zniknięte” musiały być mniejsze). O tych „ubytkach” prasa donosiła już w
końcówce 2010 roku. W tym kontekście co najmniej niestosowna wydaje się
więc wcześniejsza wypowiedź Seremeta, oznajmiająca, że: „Chcemy
sprowadzić do kraju ten samolot w całości, łącznie z ostatnią śrubką”.
Chcieć możemy, ale skoro wiemy, że jest to niemożliwe, to po co
wygadujemy głupoty. Chyba, że Seremetowi chodziło wyłącznie o ostatnią
śrubkę. Tę która znalazła się w nowej sukience Matki Boskiej
Częstochowskiej.
Tak więc co do rozmiaru przyszłej operacji
prokurator generalny nie myliłby się, gdyby do niej doszło. Nie doszło.
Kiedy nadszedł lipiec 2011 roku, jedna z radomskich firm poinformowała
lokalną prasę, że przygotowuje się od strony logistycznej do operacji
sprowadzenia szczątków samolotu. Zaczęła świtać nadzieja (niestety znów
tylko tym dziatkom, którym była matką) , że wszystko w tej sprawie
zostało ustalone i właśnie zaczyna się realizacja tego planu, po czym...
Zapadła cisza, aż do końca sezonu ogórkowego .
We wrześniu do Smoleńska wyjechała ekipa.
Nie byli to jednak zapowiadani przez Seremeta specjaliści czy żandarmi,
ale czterej prokuratorzy i ośmiu biegłych. Pojechali tam, aby obejrzeć
wrak samolotu i dokonać dokumentacji w postaci „fotografii sferycznej”.
Zastanawiam się, czy byłby sens wysyłania tylu ludzi i robienia tego
typu badań, gdyby rzeczywiście fragmenty samolotu chciano sprowadzić do
Polski? Te moje obawy potwierdził ostatnio Radosław Sikorski, który w
grudniu 2011 roku, po rozmowie z Siergiejem Ławrowem, zapytany o
zakończenie śledztwa i przekazanie wraku odpowiedział: „Podniosłem te
sprawy, ale mam wrażenie, że strona rosyjska najwyraźniej nie jest
jeszcze gotowa.” Ciekawe jest to określenie -”mam wrażenie”. Czy
oznacza ono rosyjskie „niet”, czy też brak odpowiedzi na pytanie naszego
ministra w sprawie fragmentów TU-154, jeśli takowe rzeczywiście padło?
Zarówno brak 30 ton szczątków wraku,
dalekie od właściwego ich zabezpieczenie, jak i film obrazujący
traktowanie fragmentów samolotu, zaprezentowany przez ekipę „Misji
specjalnej”, powinny nas skłaniać do dołożenia wszelkich starań o
możliwie jak najszybsze sprowadzenie do Polski tego co jeszcze z wraku
pozostało. Tymczasem po roku od momentu kiedy warszawska prokuratura
zwróciła się do Rosjan o pomoc prawną w kwestii „fragmentacji wraku”
(nie miałem pojęcia, że wybijanie okien można nazwać „fragmentacją”)
przyszła odpowiedź. Miało to miejsce 21 grudnia 2011 roku. Czy po jej
przetłumaczeniu (trochę zejdzie bo to egzotyczny język) dowiemy się, że
działania „rosyjskich specjalistów” wcale nie miały na celu „niszczenia
dowodów” jak bezczelnie sugerowali zawiadamiający o przestępstwie? Że
były to żmudne prace mające doprowadzić do tego, aby kawałki rządowej
Tutki lepiej dały się ułożyć w obrysie samolotu, który namalowano na
płycie lotniska? No i oczywiście, robiono to po to aby lepiej dało się
je poprzenosić. Tego rodzaju wyjaśnienia już bowiem wcześniej padły z
ust wiceprzewodniczącego MAK – Olega Jermołowa, więc nie sądzę, żebym
się co do treści tej „pomocy prawnej” obecnie mylił. A może jak
tłumaczył „przyjaciół Moskali” minister Miller – wybijanie okien miało
na celu pobranie próbek materiału. Takie stwierdzenie mógł wygłosić
tylko człowiek śmiertelnie przerażony, albo niespełna rozumu.
Mimo wszystko ciekaw jestem tłumaczenia
Rosjan. Czy zaskoczą nas kolejnym aktem arogancji, czy w swej
niespożytej kreatywności powiedzą coś nowego, zupełnie zaskakującego?
Ale co by nie rzekli, i tak z tego
wszystkiego widać, że nasz rząd sobie z tą sprawą ewidentnie nie radzi. A
może mu najzwyczajniej na świecie, na niej nie zależy? Skoro nie ma
nacisków...
Media nie pytają. Wiadomo także , że części
naszego społeczeństwa sprawa ta jest zupełnie obojętna, a są też i
tacy, którzy wręcz protestują przeciw finansowaniu przez państwo kosztów
całej operacji. W końcu są też tacy, którzy mówią: no i co, że
sprowadzą, skoro badania zrobią tak samo wybiórczo, jak zrobili analizę
zwłok ś.p. Zbigniewa Wassermanna.
Dla mnie, mimo wszystkich tych sceptycznych
głosów, kwestia zwrotu szczątków statku powietrznego jest bardzo ważna.
I myślę, że znajdzie się garstka ludzi dla których jest to równie
istotne jak dla mnie. Jeśli politycy są bezradni, może coś będzie w
stanie zdziałać inicjatywa obywatelska? Może warto byłoby przygotować
plan sprowadzenia elementów samolotu, znaleźć źródła finansowania
przedsięwzięcia? Tak na wszelki wypadek - jeśli nasze państwo nie będzie
mogło, albo nie będzie chciało sfinansować tego zadania. Deklaracje
premiera, deklaracjami, ale były one wypowiedziane w innych warunkach
ekonomicznych i przez szefa innego (mimo wszystko) rządu. Dziś może się
okazać, że zdrowy rozsądek każe mu się zwrócić do Rosjan z prośbą o
zezłomowanie wraku, a ich niechętną zgodę ogłosić jako swój sukces.
W spawie Smoleńska bowiem nie ma takiego scenariusza, który mógłby okazać się niemożliwy.
Związek partnerski - jak wspaniale to brzmi. Ale co
się za tym pięknym pojęciem kryje? Czy chodzi tu o małżonków, którzy są
również dla siebie przyjaciółmi – dzielącymi między sobą obowiązki ?
Niezupełnie.
W czerwcu 2011 roku grupa posłów (
tworzących nadzwyczajną podkomisję do spraw ustawy) przesłała do Sądu
Najwyższego sejmowy projekt nazwany „ustawą o umowie związku
partnerskiego”. Po co ? Według tak zwanej Długookresowej Strategii Rozwoju Kraju - Polska 2030. Trzecia fala nowoczesności , ustawa ta miałaby na celu zrównać prawa osób, które funkcjonują w nieformalnych, ale stałych związkach.
Zrównać, ale z czym? Tego dokument Zespołu Strategicznych Doradców
Prezesa Rady Ministrów już nie formułuje. Czy wzajemnie ze sobą – to
znaczy konkubinaty ze związkami homoseksualnymi i osobami żyjącymi razem
po „fałszywym rozwodzie” ( który miał na celu uzyskanie korzyści jakie
przysługują osobom samotnie wychowującym dziecko)?
Nie. Chodzi o zrównanie wszystkich tych wymienionych przeze mnie
„nieformalnych” związków z małżeństwem. Dlaczego zatem dokument nie mówi
o tym wprost? Ponieważ podważyłby przez to zasadę ustrojową zawartą w
18 artykule Konstytucji, który stanowi, że tylko małżeństwo jako
związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo
znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej . Mówi natomiast ta strategia o celu takiej „urawniłowki” . Co mówi? A to, że z
jednej strony pozwoli to na wyeliminowanie zjawiska „fałszywych
rozwodów”, z drugiej zwiększy zakres świadczeń dla gospodarstw domowych
oczekujących wsparcia. Wyeliminowanie – OK, ale pierwszy raz
słyszę, że państwu zależy na zwiększeniu pomocy dla gospodarstw domowych
(zwracam uwagę, że nie ma mowy tu o gospodarstwach rodzinnych, tylko
domowych, a więc pośrednio jest to i tak ordynarna propozycja łamania
Konstytucji) kiedy zaczął się kryzys i rząd zaczyna ciąć wszystkie
wydatki, które się tylko da. W szczodrobliwą dłoń tego gabinetu, jeśli
chodzi o pomoc rodzinom i tak nie dam wiary. Już prędzej uwierzę w chęć
ograniczenia i tak już szczupłych środków pomocowych dla gospodarstw
rodzinnych, a chęć ich rozdystrybuowania na większą ilość podmiotów
odczytuję (skąd u mnie taka podejrzliwość?) jako zabranie jakiejś ich
części właśnie rodzinom i przeznaczenie, dla dziś jeszcze nieformalnych
związków. Ja dziękuję za taką pomoc. Dziękuję za taką „falę
nowoczesności”, która ma chyba zatopić, bo na pewno nie wynieść na swym
grzbiecie. No, a tak na marginesie – jak w ogóle rząd widzi możliwość wyeliminowania przez tę ustawę zjawiska „fałszywych rozwodów”?
Chce zmuszać wszystkich „nieformalnych” do zawierania umów
partnerskich, po to aby ich traktować podobnie jak małżeństwa? To jakaś
totalna bzdura.
No dobrze, ale co dalej się stało z tą
inicjatywą poselską ? Otóż w sierpniu Biuro Studiów i Analiz Sądu
Najwyższego, opiniując ten projekt stwierdziło, że jest to zwykły bubel
prawny, zerżnięty po połowie z prawodawstwa francuskiego i naszego
kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, łamiący artykuł 18 konstytucji, nie
spełniający wszystkich zasad techniki prawodawczej, a w niektórych swoich postanowieniach pozostający w kolizji z rozwiązaniami Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka.
Tych, którzy odetchnęliby z ulgą po takim
dictum Sądu Najwyższego, muszę zmartwić. W nowej kadencji prace nad
starym-nowym projektem ruszyły pełną parą. Gazeta Wyborcza, tonem znanym
z PRL-owskich Kronik Filmowych pisze w artykule Ewy Siedleckiej z 22
listopada 2011 roku: „W specjalnym zespole nad nową ustawą o
związkach partnerskich pracują prawnicy z SLD, Ruchu Palikota i
organizacji działających na rzecz praw mniejszości seksualnych.” A
pełnomocnik rządu do spraw równego traktowania - Agnieszka
Kozłowska-Rajewicz w "Salonie politycznym Trójki", w dniu 7.12.2011
wtóruje, że będzie wspierać tę ustawę na jej ścieżce legislacyjnej.
W każdym razie, w tej chwili opracowywany jest właśnie znowelizowany
projekt. Lada chwila ujrzy światło dzienne, bo jest ponoć
„priorytetowy”. Mają go złożyć „do czytania” na mocy porozumienia posłów
Kalisza i Biedronia dwa kluby poselskie – SLD i Ruchu Palikota. Biedroń
w każdym razie uważa, że projekt wesprą niektórzy posłowie Platformy i
dzięki temu uzyska on wsparcie sejmowej większości.
Jeżeli temat jest tak gorący, to może warto
byłoby się przyjrzeć duchowi przyświecającemu tej ustawie. Co tam jest
zatem zapisane? Streszczę krótko, żeby nie wchodzić w odmęty przepisów.
Partner A miałby mieć na przykład: prawo do
dziedziczenia ustawowego (tak jak małżonek); prawo do otrzymania
zachowku (gdyby partner B przypadkiem go wydziedziczył); prawo do
budowania wspólnoty majątkowej; prawo do wspólnego rozliczania się z
podatku dochodowego; prawo do odmowy zeznań przeciwko partnerowi również
w postępowaniu administracyjnym czy podatkowym; prawo do starania się o
rentę po zmarłym partnerze i o prawo do przyjęcia po nim umowy najmu, a
także prawo do przejęcia nazwiska partnera B lub wspólnego
dwuczłonowego nazwiska dla związku AB . A wszystko to przy równoczesnym
zwolnieniu ze wszystkich obowiązków, czy odpowiedzialności (na przykład
za długi partnera) jakie spoczywają z mocy prawa na małżonkach (również
obowiązku wierności, wzajemnej pomocy, wspólnego pożycia).
Co na to Biuro Analiz Sądu Najwyższego? Ano, przypomina , że wszelkie:
udogodnienia i przywileje przewidziane dla małżonków (np. podatkowe) są
uzasadnione z uwagi na funkcje spełniane przez rodzinę (w
szczególności prokreacyjną, socjalizacyjną i opiekuńczą wobec dzieci)
powstałą wskutek zawarcia małżeństwa, będącego - zgonie z oczekiwaniami
ustawodawcy - związkiem trwałym (dożywotnim), który może zostać
rozwiązany tylko gdy zostaną spełnione rygorystyczne wymagania ustrojowe.
A tymczasem, w swych głównych założeniach
projekt ustawy o umowie związku partnerskiego akcentuje łatwość z jaką
można ją rozwiązać – na przykład przez jednostronne oświadczenie jednego
z partnerów, złożone na piśmie drugiemu.
Taka regulacja nie tylko wprowadzałaby
tylnymi drzwiami „małżeństwa” homoseksualne, ale jak uczą przykłady
„nowoczesnych państw” (które już „trzecią falę postępu” mają za sobą) przygotowuje do możliwości sprawowania przez związki homoseksualistów rodzicielstwa zastępczego
(czyli po prostu adoptowania przez nich dzieci).Gdyby ktoś protestował,
że wcale homoseksualistom o to nie chodzi, to niech wyjaśni mi po co
zatem to ciśnienie środowisk homoseksualnych na zrównanie praw?
Małżeństwo jest ważną instytucją społeczną, bo ciąży na nim obowiązek
społeczny, jakim jest wychowanie dzieci, a więc de facto sprawa
kontynuacji trwania naszego społeczeństwa. Związki homoseksualne takiej
misji nie pełnią i pełnić nie będą, więc po co jest im to ujednolicenie?
Już bardziej uzasadnione, ze społecznego
punktu widzenia, byłoby zrównanie w prawach z małżeństwem wspólnot
domowych, które tworzą na przykład starzy rodzice i jedno z dzieci,
które się nimi opiekuje, albo starsze rodzeństwo opiekujące się
młodszym, gdy rodzice zmarli, lub też gdy jedno z rodzeństwa otacza
opieką niepełnosprawnego brata lub siostrę.
Dajmy jednak spokój homoseksualistom, bo
moim zdaniem, wcale nie zrównanie ich związków z rodzinami stanowi
największy problem.
Pani sekretarz stanu w kancelarii premiera -
Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, jako argument, który ma przemawiać
ponoć za związkami partnerskimi używa stwierdzenia, że z instytucji
związku partnerskiego we Francji ( tak zwanego Pacte civil de solidarite
) korzysta zaledwie 10 procent par jednopłciowych. Pozostałe 90 procent
to naturalne związki mężczyzny i kobiety. I co? To miałby być
argument za wprowadzeniem tej umowy w Polsce? Umowa o związku
partnerskim, przez zwolnienie od odpowiedzialności , a jednocześnie jej
„sformalizowanie” i uznawanie przez państwo, stałaby się u nas, tak jak i
we Francji alternatywą dla małżeństwa. Kusiłoby młodych,
„nowoczesnością” czyli jak w nowych telefonach „intuicyjnością działania
i prostotą”, Nie odpowiada nam związek, to buch wyrywamy kartkę z
zeszytu, piszemy wypowiedzenie umowy i jesteśmy wolni. Parter A, niech
się buja z problemami finansowymi, z dziećmi, z dłużnikami. My sobie
poszukamy nowego bezproblemowego partnera C.
W Polsce 20% dzieci rodzi się obecnie ze
związków pozamałżeńskich. Czy w takim przypadku tworzenie alternatywnej
dla małżeństwa instytucji to tylko sankcjonowanie zmian obyczajowych
czy też raczej ich wymuszanie? Ja uważam, że to drugie. A przecież
premier w swoim expose wyraźnie powiedział , że : „nasza koalicja,
polski rząd, instytucje życia publicznego, państwo polskie nie jest od
tego, aby przeprowadzać obyczajową rewolucję.”
Całkowicie się z tym stwierdzeniem zgadzam.
A przecież, nie trzeba być ani filozofem, ani prawnikiem, by zrozumieć,
że zalegalizowanie związków partnerskich stworzyłby nie tylko nowy ład
prawny, ale i moralny. Czego premier ponoć nie chce. I słusznie bo
przecież z art. 18 konstytucji wyraźnie wynika, że państwo powinno wręcz
zachęcać do małżeństwa (nie tylko z mocy prawa ale i najzwyklejszego,
naturalnej woli przetrwania narodu, społeczeństwa i państwa). Jeśli
tworzy się zaś alternatywę dla małżeństwa, to na pewno nie jest to
zachęcanie do małżeństwa, a wręcz coś zupełnie przeciwnego – podważanie
tej instytucji. Gdyby nie to, że projekt ustawy stworzyli posłowie, na
podstawie dyrektyw rządowego zespołu to nazwałbym to po prostu
sabotażem, żeby nie użyć mocniejszego słowa. Premier powinien przyjrzeć
się uważniej całemu temu towarzystwu.