Wchodzę
małym wejściem, mieszczącym się za potężnymi, betonowymi kolumnami,
jakby przez tajemne drzwi, ukryte pośród gigantycznych pni skamieniałych
drzew. Wspinam się wolno po ciężkich stopniach. Pod stopami czuję
miękkość czerwonego dywanu, którym pokryte są schody. Przez chwilę
wydaje mi się, że jestem ofiarą święta ku czci boga słońca. Ten
spływający
kaskadowo chodnik wygląda jak zasychający potok krwi, który stoczył się
z karków ściętych przed chwilą na szczycie schodów Azteków.
Cywilizacji, której już nie ma. Kultura bardziej krwiożercza pożarła
mniej bezwzględną.
Stąpam
po długiej promenadzie schodów spinających ze sobą ściany marmurowego
holu. Spoglądam w dół, na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą
oczekiwałem na swego przewodnika. Nie mam pojęcia, po co mnie tutaj
wezwano. O czym mogli się dowiedzieć? O moim handlu elektronicznymi
zegarkami przemyconymi z Węgier? A może o zalaniu korytarza w akademiku
wodą z hydrantu? Hełmie z czerwoną gwiazdą, stojącym pod łóżkiem w
studenckim pokoju w charakterze nocnego naczynia? Czy ucieczką przed
kelnerem z nocnego lokalu przez kuchnię i zaplecze? Nie, to są sprawy
zbyt odległe. To musi być coś innego. Ale co? Wspinam się, mając przed
sobą szare, milczące plecy.
Jeszcze
raz patrzę w dół, jakbym miał nadzieję, że uda mi się zobaczyć tam
siebie, zstępującego ze schodów i wychodzącego na zewnątrz. Obrazy
przesuwają się wolno jak na puszczonym do tyłu filmie. Widzę, jak po
wyjściu z budynku wskakuję tyłem do odjeżdżającego jakby na wstecznym
biegu autobusu i jadę w kierunku uczelni, gdzie tym razem jednak nie idę
na wykład z kryminalistyki. Nie dopuszczam więc, aby podszedł do mnie
smutny student o szarej twarzy niewolnika, mówiący półgłosem, tak, jak
by od niechcenia informował o zauważeniu piany po goleniu za moim uchem:
-Masz się zgłosić o czternastej, na Marchlewskiego. -Gdzie? -Na SB,
jeszcze bardziej zniża głos, podając mi równocześnie świstek z jakimś
numerem, który półtorej godziny później pokazuję siedzącemu w portierni
przy drzwiach milicjantowi.
Moje
ciało pnie się teraz w górę budowli. Choć chwilami mam wrażenie, że nie
wspinam się, a schodzę w głąb, w jakąś otchłań. Długie stopnie
westybulu skracają się do rozmiarów tych, które znam doskonale z klatek
schodowych wielkopłytowych bloków. W pewnym momencie wydaje mi się, na
półpiętrze, że rozpoznaję na wzorzystym chodniku zaschnięte, brunatne
ślady. Niewykluczone, że to tylko plamy po kawie, ale dla mnie w tej
chwili są to ślady krwi jakiegoś skatowanego więźnia, prowadzonego tu z
rękoma wykręconymi do tyłu, człowieka z wybitymi zębami, połamanymi
żebrami. Wydaje mi się, że idę teraz labiryntem korytarzy, dziwnych
załamań, uskoków, krótkich kaskadowych zejść, przesmyków.
Pusty
gabinet, który otwiera przede mną bez słowa przewodnik, prawie w
całości wypełniają: niewielkie biurko oraz dwa krzesła. Przez świetlik
wpada zimne światło lutego. Zalewa całe pomieszczenie fosforyzującą
mgłą. Siadam na skraju krzesła. Zawsze odczuwam lęk, kiedy drzwi
wejściowe znajdują się za moimi plecami. Czego mogą ode mnie chcieć?
Nagle uświadamiam sobie, że nikt nie wie o mojej tu obecności. Nikt,
oprócz tego studenta o ziemistej twarzy. Nikt! Boże, nikomu nie zdążyłem
powiedzieć... A niby komu miałbym powiedzieć? Przesuwam myślami po
twarzach znajomych, kolegów z teatralnej trupy. Wyobrażam sobie ich
reakcje. Ściągnięcie brwi, chłód. Milczenie. Żadnej rady, co najwyżej
ironiczne wzruszenie ramion, może jedynie powściągliwe słowa w rodzaju: Jakoś sobie poradzisz. Nic
więcej. Jak ja zareagowałbym na wiadomość, że ktoś z moich znajomych
został wezwany? Pierwsze rodzące się w takiej chwili pytanie pewnie
brzmiałoby: Po co on mi to mówi? Co na mój temat może powiedzieć? Może to jakaś prowokacja? Głupi żart? Nie,
w takiej jak ta sytuacji, nie można liczyć na nikogo. Zaraz. A
Krzysiek? Tak. On mógłby mi coś poradzić. Tyle że teraz już jest za
późno, aby to zrobić. Odwrót nie jest możliwy.
Drzwi
otwierają się i staje w nich mężczyzna. Może być kilka lat ode mnie
starszy. Ma na twarzy skórzaną maskę i zimne, szare oczy. Czy to są oczy
kogoś, kto potrafi bez żadnych skrupułów zniszczyć czyjeś życie? Dla
mnie, w tym momencie, zniszczenie życia to relegowanie ze studiów, a
potem, nieuchronnie, zimna wojna w domu i wcielenie na dwa lata do
armii. Koniec wszystkich marzeń o teatrze. Marzeń o teatrze. Zamiast
nich skrzypiąca, wojskowa prycza.
Wszystko to uświadamiam sobie w tej krótkiej chwili, w której tamten pojawia się w polu mego widzenia i siada za biurkiem.
Nie
mogę sobie pozwolić na utratę marzeń. Te marzenia to ja. Słońce wlewa
się nagle wysoką falą przez okno. Cały mój organizm mięknie i staje się
woskiem kapiącym na drewniane siedzenie krzesła. Nie czuję już mięśni.
To, co mam pod skórą, to zaledwie zetlałe sznurki. Za wszelką cenę muszę stąd wyjść - myślę - nie zdając sobie sprawy, że w tym miejscu cena spokoju musi być wysoka.
Nie można powiedzieć, że retoryka esbeka jest parciana.
Groźba kryje się raczej w tonie, niż w samych słowach. Jest spokojny,
chłodny wywód. Zadawane pytania wymagają zwykle szczegółowego
rozwinięcia. Gdy odpowiedź nie jest po jego myśli, ucina je takim
pytaniem, na które zareagować można tylko słowami tak lub nie
albo milczeniem. Jeśli coś może niepokoić mnie w tej rozmowie, to są to
jakieś drobne sugestie, aluzje dotyczące moich dalszych losów. Tak jak
gdyby wcześniej studiował moje lęki.
Gdybym znał wówczas utwór Herberta "Potęga smaku", byłbym zdziwiony. Nie ma przede mną ani ziemniaczanej twarzy, ani nie słyszę topornej mowy pozbawionej koniunktiwu. Choć, znając go, wiedziałbym przynajmniej to, że wystarczy tylko odrobina koniecznej odwagi, aby nie ulec. Ale nie wiem. Nie znam tego wiersza. Zresztą, czy ta wiedza cokolwiek by zmieniła?
Nie pamiętam dokładnie jakie z mojej strony padają słowa. Być może jest to pytanie: -Co mam teraz zrobić?, a może i nie jest to pytanie a deklaracja w rodzaju: -Może mógłbym coś zrobić?
Nie jestem sobie teraz w stanie tego przypomnieć. Niemniej, wypowiadam
zdanie, które zostaje przez niego uznane za deklarację współpracy. I ja
też, wypowiedziawszy je, uświadamiam sobie nagle, jaki sens ono zawiera.
Patrzymy na siebie, jakbyśmy obaj byli zaskoczeni słowami, które padły. - No dobrze. Jedźcie. Spotkamy się po festiwalu - mówi w pewnym momencie esbek. -Nasi ludzie, tam na miejscu przyjrzą się temu waszemu przedstawieniu.
Słońce
rozlewa gęste światło, kiedy wychodzę z budynku tajnej policji. Nie
wiem, co mam teraz ze sobą zrobić. Ani zawrócić, wyjaśnić, że zostałem
źle zrozumiany, ani iść dalej. Dokąd teraz iść? Po co? Spokojnie.
Przecież to nie było nic wiążącego. Czy nie będę mógł z łatwością
wycofać się z tych słów? Czyż to nie były tylko słowa i czy ich sens był
jednoznaczny? Nie.
Sam nie wierzę w to tłumaczenie.
Zastanawiam
się, jak mogłem zapomnieć o tym, że trzeba tekst sztuki i samo
przedstawienie zgłosić do cenzury. Jak mogłem o tym nie pamiętać. Cóż,
wcześniej nigdy nie wyjeżdżałem ze swoją grupą poza Rzeszów. Byłem
nikim, a to co robiłem, nie miało dla służb żadnego znaczenia. Teraz
widocznie jest inaczej.
Mam
wrażenie, jakbym siedział tam dalej, w tym małym gabinecie, cały czas w
kółko wypowiadając tych kilka słów, których sens w tej chwili dopiero w
pełni do mnie dociera. Fakt, że je wypowiedziałem, nie mieści mi się w
głowie. Jak mogłem coś takiego zrobić? Skąd mi się to wzięło? Wszystko
staje się przyćmione i ciężkie, jakby zanurzone w zimnym roztworze
czarnej rdzy.
Kiedy przekraczam betonowe kolumny, kiedy wychodzę z lasu martwych drzew, rozglądam się, czy nie widzi mnie ktoś znajomy.
Coś nieodwołalnie się zmienia.
A
więc jednak jadę na festiwal ze swoją grupą. Jestem z siebie poniekąd
dumny. Nie poddałem się żadnym przeciwnościom. Wywalczyłem tę swoją
upragnioną szansę. Już nic nie stanie na przeszkodzie, abym mógł odnieść
sukces. Zrobiłem sztukę, załatwiłem sponsora, akredytację, transport.
Wyprowadziłem w pole nawet tajną policję. Mogę teraz bez przeszkód
zapakować teatralne rekwizyty na oplandeczoną starą nyskę, skrzypiącą
jak wozy pierwszych osadników, i jechać... Wszystko po to, aby zdobyć
świat. Kiedy już będzie leżał u moich stóp, to wraz z nim będzie leżała
cała służba bezpieczeństwa. Historię tworzą zwycięzcy.
Musiałem
to zrobić. Wierzę święcie, że moją rzeczą jest epokowy przewrót.
Reforma teatru, równa tej Craigowskiej i tej Grotowskiego. Jestem co do
tego głęboko przekonany...
Zaraz!
Czy
ja, wobec tego, tak naprawdę chcę całą tę sytuację wyjaśnić sobie do
końca? Najpierw tłumaczę swój czyn lękiem, jakby go tam nie nazwać:
histerycznym, paraliżującym, odbierającym racjonalność myślenia czy
panicznym, a teraz okazuje się, że to nie jest cała prawda. Czy całego
tego strachu nie wydestylowałem z tej historii na samym końcu, aby móc
się przed samym sobą lepiej wytłumaczyć? Czy tak naprawdę nie
powiedziałem: Może mógłbym się na coś przydać?
tylko po to, aby móc bez przeszkód wyjechać i wziąć udział w
przeglądzie studenckich teatrów? Wystawić napisaną przez siebie sztukę,
uznaną - wprawdzie na razie tylko przez jej autora - za artystyczny
przewrót? Czy nie zrobiłem tego po to, aby móc pokazać światu swój
artyzm, wszechstronny talent dramatopisarza, reżysera i aktora
równocześnie? Bożą iskrę, która - w co święcie wierzę - jest w stanie
wznieść mnie na takie wyżyny, z których mogę wszystko w swoim życiu
odmienić?
Płótno
ciężarówki ciężko uderza o metalowe rurki konstrukcji. Siedząc na
drewnianej spowiednicy - elemencie scenografii - której krata stanowi
zarazem ramę łóżka i więzienne okno, przez chwilę wyobrażam sobie, że na
zewnątrz szaleje wzburzony przestwór oceanu.
Zapadają się i powstają lodowate wzgórza z ośnieżnonymi wierzchołkami,
których zbocza marszczy wiatr. A tam tylko równiny białego śniegu,
pośród których stary, prychający wóz z trudem znajduje drogę w
przysypanej koleinie, wlokąc się przez kilka zimnych godzin do mojego
miasta nadziei. Do Kielc. Przez całą drogę uspokajam się, że przecież
niczego nie podpisałem. Wyjaśniam sobie, że po powrocie wszystkiemu
zaprzeczę, udam zdziwienie, że mogłem aż tak fałszywie zostać
zrozumiany. Odganiam od siebie tę natrętną myśl, że gdyby to, co
powiedziałem, miało dwuznaczny sens, nie byłoby mnie tutaj, trzęsącego
się w półembrionalnej pozycji, w lekkiej jesiennej kurtce, pod
nieszczelnym, ciemnym i łopoczącym płótnem bryki, która wiezie mnie
coraz głębiej w ciemność.
Na końcu drogi olśniewa mnie
zalany światłem hol najlepszego hotelu w centrum miasta. Mam przez
chwilę poczucie, że jestem kimś szczególnym, zasługującym na pojedynczy
pokój, szacunek i szwedzki stół w hotelowej restauracji. Przede
wszystkim jednak oszałamia mnie możliwość pełnego sycenia się sztuką.
Wpadam w stan ekstazy. Czuję się tak, jakby zostały uwolnione wszystkie
moje zmysły. Nieomal słyszę delikatny trzepot duszy. Poruszam się jak w
transie. Wszystko jest teatrem. Nie ma żadnej przestrzeni, która by
teatrem nie była. Wszystko jest sztuką. Nie ma nic niemożliwego.
Przedzieram się przez miejsca pośród plakatów obwieszczających
przedstawienia, gdzie z braku profesjonalnego afisza wieszam swój
przepocony podkoszulek. Dziewczyny z zespołu wypisują na nim nazwę
teatru - czerwone litery tworzące słowo "AB...Surd".
Czuję,
że wszystko co robię, nosi znamiona niepospolitego artyzmu. Każdy mój
gest, każde słowo ma po kilka uchwytnych i nieuchwytnych wymiarów. Cały
jestem natchnieniem. I wszystko wokół zdaje się to potwierdzać.
Wszystkie miejsca, w których przebywam, są miejscami cudów. Również i ta
sala gimnastyczna, w której wystawiony zostaje mój dramat. Na
białych parawanach z prześcieradeł, ustawione z tyłu reflektory rzucają
cienie nagich postaci. Dźwięki dialogów są zapisane na magnetycznej
taśmie i płyną z głośników umieszczonych wysoko na akrobatycznych
drabinkach. Hipnotyzują widzów. Aktorzy poruszają się jak w transie -
taneczna pantomima ciał jak u Tomaszewskiego. Ze sprejów i balonów
wypuszczone zostają zapachy ognisk i łąki. Wszystko
zgodnie z wymyśloną przeze mnie teorią, że każdy zmysł dąży do prawdy
samotnie, po własnej odrębnej ścieżce, a inne zmysły mu w tym tylko
przeszkadzają, podążając do niej innymi drogami. Poznanie należy więc
rozszczepić, aby świat mógł ukazać się takim, jaki jest. W widmie
rozprężonych zmysłów. Rozdzielony na pojedyncze pasma, które mogą, ale
nie muszą przecież, stapiać się w jedną empirię. Pragnę przekonać
widzów, że gdyby posiadali inne narządy poznania, ich doświadczenie
byłoby zupełnie inne. Że gdyby odczuwali świat inaczej, jak kot,
nietoperz czy ważka, to zmieniłyby się ich przekonania co do natury
rzeczy.
Największym
jednak moim pragnieniem jest, aby na koniec, po zakończeniu
przedstawienia, wszyscy wychodzący z budynku po sztuce, już uwolnieni z
niewoli zmysłów, szli przez miasto w jednym wielkim pochodzie. I aby
patrzyli na siebie, na pokryte śniegiem domy i drzewa, aby słyszeli gwar
swych głosów, czuli zapachy i dotyk ciał maszerujących obok, a wszystko
to w oderwaniu. Rozplecione. W nowym, niezwykłym doznaniu. Pragnę, aby
odkryli świat na nowo. Stwierdzili, że tak naprawdę dopiero teraz
doświadczają rzeczywistości. No bo przecież to jest Sztuka, która
wyzwala.
I
dzieje się cud. Bo oto wychodzą. Kroczą razem ulicami, ku centrum, a ja
idę wraz z nimi i czuję ekstazę. Na mnie spoczywa wzrok tłumu, na
twarzy czuję łagodną wilgoć powietrza, zapach skaju, tworzywa i kojący
gwar głosów, z którego wyławiam pojedyncze słowa, jakiś śmiech radości.
Naprawdę, słyszę jak się śmieją. Śmieją się ze mnie? Mówią o naiwności i
dziecinadzie. Żenadzie i szmirze, jakiej byli świadkami. Wskazują mnie
palcami. Tak, to ja jestem tym, który stworzył ten teatr. Nowy teatr.
Teatr wyśmiany.
Jestem klaunem.
Studenckie
periodyki dziwią się naiwności i ubóstwu myśli autora. Żartują z
infantylizmu tego, który starał się przekonać, że czerwony generał jest
nowym Aleksandrem Wielopolskim. Że jest Konradem Walenrodem w zielonym
szynelu. A przecież tak mówi nie tylko mój ojciec. Tak pisze również "Tygodnik Powszechny". Przecież stwierdzają to, czarno na białym, w jedynym opozycyjnym dzienniku. To musi być prawda.
W festiwalowej gazetce piszą o obrzydliwym konformizmie
czy serwilizmie tego, który chciał wyprowadzić na ulicę ludzi pod
zacerowanym, czerwonym sztandarem. Nic nie zrozumieli z mojej teorii
poznania. Wyśmiali całą moją wiarę w teatr, w ewolucjonizm i w prawdę.
Echa
przedstawienia uderzają we mnie z impetem. Jestem ogłuszony. Słyszę
głosy, widzę mówiących do mnie ludzi, ale mam wrażenie, że to wszystko
to tylko sen. Słowa nie nakładają się na obrazy, myśli wwiercają się jak
korniki, równocześnie we wszystkie rejony głowy - w całą korę mózgu.
Tysiące myśli, nad którymi nie jestem w stanie zapanować. Słyszę
szyderstwa, ale wiem, że dotyczą one kogoś innego, całkiem nieznanego,
zupełnie mi obcego człowieka. Jakiegoś żałosnego nieudacznika, który
stanie się wkrótce donosicielem. Tragicznym, śmiesznym, a może i
żarłocznym pierrotem, mszczącym się za wszystkie poniżenia, których
doznał. Jakąś wyjątkową kanalię. Rozczulam się nad sobą coraz bardziej.
Chcę się mścić na kimś, ale nie wiem na nikim i za co. Łokcie,
obejmujące poduszkę w hotelowej jedynce, stają się ciężkie i bolesne.
Odstają od ciała jak narośla. Kim jestem? Czy całe moje poświęcenie, to
znaczy całe moje zeszmacenie, to wszystko na nic?
Chcę
być pierwszy, zająć stolik gdzieś w rogu, w jakimś kącie, który nie
rzuca się w oczy. Tymczasem wszystkie miejsca są jak miasta na wzgórzu,
nawet te w rogu, są bowiem przy szybie.
Siedzimy
przy stoliku, otwarci na ludzkie oczy jak wodne stwory w oceanarium.
Mam wrażenie, że ze wszystkich stron obmacują nas spojrzenia. Długie i
krótkie, refleksy spojrzeń i spojrzenia miotające. Mam to, czego chciałem. Jestem w tym, w co sam wdepnąłem -
mówię do siebie, aby zagadać tego drugiego ja, który skulony trzęsie
się gdzieś we mnie z obrzydzenia i strachu. Bita śmietana ma słony smak,
a jej konsystencja przypomina gęsty śluz ślimaka. Owoce pod nią są za
słodkie, zanurzone w lukrowanej wodnistej polewie, która rozcieńcza
krem. Siedzę z esbekiem i jem bitą śmietanę. Co za absurd. Skąd wziął mu
się ten pomysł, aby spotkać się właśnie tu, w kawiarni "Hortexu"?
Ponownie
na SB zostałem wezwany może trzy, a może cztery tygodnie po przyjeździe
z Kielc, kiedy miałem już nadzieję, że o mnie zapomniano. Cała
przygotowana mowa o nieporozumieniu wzięła w łeb zaraz po pierwszych
słowach esbeka: Proszę
usiąść. Sprawdziliśmy pana dokładnie i nie widzimy przeszkód co do
współpracy. Proszę obrać sobie pseudonim, wpisać go, o tutaj. No, jasne,
proszę się chwilę zastanowić... Tak, tutaj. Dobrze. Przeczytaj to
zobowiązanie i podpisz na dole. O, tak właśnie.Co
oznacza ten pseudonim? Jaki pierrot? A, aktor. Spotkamy się w przyszłą
środę o siedemnastej, w Hortexie. To będzie takie trochę nieformalne
spotkanie.
Miejsce,
w którym nie ma się gdzie schronić. Może dlatego zapadam się w sobie.
Oczy uciekają w głąb czaszki. Na pewno wszyscy wiedzą, kim jest ten
mężczyzna w jasnoszarej marynarce, siedzący naprzeciwko mnie. Nie, nie
dam rady. Zrywam się. Wychodzę ochłonąć do ubikacji. Złapać oddech.
Wypalić papierosa. Nie, to nic nie daje, zaraz trzeba wrócić. Wolniutko.
Nie rzucać się w oczy. Zlustrować wszystkich siedzących przy stolikach,
barmana w czarnej kamizelce, kelnerki w białych nakrochmalonych
bluzkach. Nie jest zupełnie tragicznie, chociaż wszystko nadal jest
ciemne, zimne i wbija się w mięśnie, pętając ruchy.
Po
co ten lęk? Przecież wszyscy i tak już muszą wiedzieć, tą wiedzą, która
nie wiedzieć jak, tajemnie wydostaje się na zewnątrz. Jak dym. Muszą
być jakieś szpary w tym ich systemie. A może sami specjalnie
rozpuszczają informacje? Tylko po co, u diabła, tajnej policji
zdekonspirowani agenci? Po co im te wszystkie środowiskowe wywiady,
rozpytywania wśród nauczycieli, znajomych? Czyżby chcieli dać przez to
do zrozumienia, jak są potężni, wszechobecni? Chcą oznajmić, że oto
kolejny człowiek znalazł się po ciemnej stronie? Czy robią to raczej po
to, aby złamać w ludziach wiarę w człowieka w ogóle?
A
więc mam być tylko znakiem, logo, wizytówką ich wszechwładzy? Na co im
zatem te moje raporty? Po co ich żądają, skoro doskonale wiedzą, że nie
mam nic ciekawego do powiedzenia. Przecież nie oczekują nawet, że
opowiem coś ważnego. Czy chcą słuchać moich wymyślonych historyjek z
bohaterami, których nazwisk nie znam? Nie chcą. Tak samo, jak nie
interesują ich moje wnioski, analizy rzeczywistości, przewidywania. Więc
po co?
Mam
tylko obnosić twarz? Teraz to ich twarz. Mam być chodzącym symbolem
tego, że są, że patrzą, czuwają. Prowadzący mnie esbek ze znudzeniem
podpowiada zdania do raportu. Podsuwa mi określenia w rodzaju: brak szczególnych wydarzeń, czy: na uczelni panuje spokój.
Przecież oni nie mogą chcieć spokoju. Spokój czyni czymś bezzasadnym
ich istnienie. Dlaczego podsuwa mi te słowa, dlaczego nie szantażuje,
nie wymusza większej aktywności? O co chodzi? Dlaczego chce spotykać się
ze mną w publicznych miejscach? Może i po to, abym się do nich zbliżył,
kiedy zostanę sam, odepchnięty przez wszystkich? Chcą stać się jedynym
mym azylem? Mam stać się ich wspólnikiem a oni mymi towarzyszami w
łotrostwie?
Dni
Kultury Studenckiej. Niespodziewane zaproszenie. Muszę poinformować o
tym mojego tajniaka. Robię to - dwa dni przed wyjazdem. Ale i tak
natychmiast otrzymuję zadanie. Widocznie wymyślone przez niego ad hoc,
bo przecież nie ma czasu z nikim go skonsultować. Mam przyjrzeć się
działaniom jakichś braci Paulukiewiczów. Skąd on wie, że oni tam będą?
No cóż, widocznie wie. Tyle że ja natychmiast zapominam podane mi
nazwisko. Co nie przeszkadza mi, wysiadając na katowickim dworcu,
zbudować sobie wizerunek agenta specjalnego. Jamesa Bonda albo lepiej -
nieznanego bliżej agenta mroku. Wmawiam to sobie na siłę. Wcale nie
czuję się jak agent, w ustach mam smak mielonej szmaty do podłóg, a w
mięśniach gromadzą się uwierające kapsułki lęku.
Wszędzie
widać ślady przygotowywanej gali. Porozrzucane skorupy wielkich,
styropianowych jaj, które pełnią rolę słupów ogłoszeniowych. Odciśnięte
na chodnikowych płytkach czerwone tropy tyranozaura prowadzą do miejsc, w których wiruje sztuka.
Artyści łowią motyle na zielonej łące. Odchodzą. Po nich pojawiają się,
ubrani w skóry, brutalni i głośni agresorzy. Wyziewy spalin i ryk
motorów, wojskowe komendy, zamieszanie i zamęt. Znów pojawiają się
artyści, doprowadzają wszystko do porządku, a kiedy odchodzą, przychodzą
po nich cisi w garniturach. Zbierają monety do wielkiej skarbony.
Wszędzie leżą pieniądze, krawaciarze wyciskają je jak wilgoć. Z nieba i
trawy. Wycinają ogromne porcje murawy, pod którą także leżą pieniądze.
Zostawiają po sobie jałową ziemię. Po nich tylko pustynia i sucha lawa
Adenu. Artyści już nie wracają ponownie.
Olśnienie,
że nie wykonałem zadania, przychodzi dopiero po powrocie. Pochłonięty
imprezą, biegający z miejsca na miejsce nie zadałem sobie nawet trudu
spytania o braci. Czy byli tam w ogóle? Najgorsze, że nie jestem w
stanie zbudować żadnej wiarygodnej historii.
Tajniak
pyta mnie o pobyt. Przypominam sobie jakąś urodzinową imprezę Rosjan w
pokoju obok. Przychodzą do mnie, zapraszają, jak gdybym był starym i
dobrym znajomym. Nie domyślam się, że ich zaproszenie to raczej
przeprosiny z góry za to, że planują za cienką ścianką imprezę, więc
idę. Opowiadają sobie polityczne żarty, leje się polska wódka. Śmieję
się z dowcipów, namawiają mnie, abym i ja opowiedział jakiś kawał, a ja
zastrzegam - tolka niemnożka gawariu, no wsjo panimaju. Nagle uświadamiam
sobie, jak to musiało zabrzmieć w ich uszach. Ale przede wszystkim, kim
staję się nagle we własnych oczach. Wychodzę szybko, w ciemność swego
pokoju, z którego wynurzam się już potem tylko na krótkie momenty
spektakli. Gorące wyspy sztuki na oceanie stycznia. Próżnia w
chlupiących butach, jakaś dziewczyna przygarnięta na noc w studenckim
klubie i nagłe otrzeźwienie, kiedy wprowadzam ją do hotelowego pokoju.
Nie jestem w stanie nawet jej dotknąć. Jakieś
ciała przedzierające się przez zwisające zasłony staniolu, usta
przywarłe do przezroczystego materiału łapią ostatni oddech. Echo śmierci odpowiadające czkawką.
Zanim zdążę esbekowi cokolwiek powiedzieć, po głowie tłucze mi się pytanie: byli czy nie. Pozostaje zrobić to, czego już dawno nie robiłem - powiedzieć prawdę: A więc nie udało mi się us...
tajniak przerywa mi, dziękuje za przyjęcie zadania, mówi, że poniosłem
znaczne koszty podróży, włożyłem znaczny wysiłek, a suma naprawdę jest
symboliczna. Jaka suma? - nie domyślam się, o czym tamten mówi. Chodzi o pokrycie kosztów podróży. - Ależ nie ma potrzeby.
Wymawiam się, ale mam świadomość, że nie robię tego wystarczająco
stanowczo. Esbek podaje mi pieniądze. Z przekonaniem tłumaczy, że to szczególne wyróżnienie. Honor. Jaki
honor? Podpisuję pokwitowanie odbioru, a on chowa kwit do swej aktówki.
Widząc ten jego zagarniający ruch, jakim chowa moje pokwitowanie, mój
cyrograf, mam ochotę wyrwać mu je z ręki i podrzeć na strzępy.
Chowam pieniądze do kieszeni. Wychodzę.
Zastanawiam
się, po co im są potrzebne te wszystkie kwity, dokumenty, materiały,
wszyscy ci donosiciele, cała ta nieudaczna armia tchórzy. Oni tak
naprawdę wcale nas nie potrzebują do swej roboty. Bo przecież nie o
żadne zadania i nie o raporty chodzi. Wygląda to tak, jakby donosy były
tylko po to, aby tworzyć haki do wciągania nowych konfidentów. Do
powiększania sieci. Tylko po co? Co im daje budowanie coraz większej
siatki uwikłanych ludzi?
Zastanawiam
się, co by było, gdybym rzeczywiście miał wiedzę przydatną Urzędowi
Bezpieczeństwa. Gdybym przypadkowo dowiedział się o czymś, co mogłoby
ich zainteresować. Co bym zrobił z tą wiedzą? Czy przekazałbym ją im?
Dziś nie umiem na to pytanie odpowiedzieć.
W
drodze do akademika otrzymane pieniądze wydaję na książki. Na pierwsze
lepsze cegły, jakie wpadają mi w dłonie. Gdyby pieniądze nie płonęły mi w
kieszeni żywym ogniem, na pewno nie kupiłbym "Marginałków" Czeszki.
Kupuję cztery albo pięć książczyn. Za trzydzieści krwawych złotych.
Krwawych? Przecież nikogo nie zabiłem, nie zdradziłem, nic nie
powiedziałem.
Nie,
nie uda mi się przekonać siebie. Wiem przecież, że przez podpisanie
współpracy stworzyłem niebezpieczeństwo wplecenia w sieć wszystkich
moich znajomych. A zresztą, nawet jeśli rzeczywiście tak jest jak
twierdzę, że nikogo nie zdradziłem, to kłamię. Zdradziłem siebie. Te
trzydzieści, a może dwadzieścia osiem i pół złotego - jakaś zupełnie
absurdalna kwota wyliczona według równie absurdalnego cennika jest nie
za coś, co zrobiłem, czy nie zrobiłem, ale za to, kim się stałem. Czuję,
jak coś paraliżuje mi usta. Są nabrzmiałe i nieczułe jak po
znieczulającym zastrzyku. Zdradziłem. Teraz już wiem, jak działa stygmat
Judasza. Stałem się zdrajcą. Renegatem. Jestem jedną z postaci
ciemności, bohaterem historii, na której końcu zawsze stoi drzewo,
rozpięte nad jakimś jałowym polem krwi.
A może jednak istnieje dla mnie jakaś ścieżka ucieczki?
Nie.
Nie istnieje żadna ziemska droga ucieczki. Choćbym kluczył pomiędzy
blokami, skręcał w mroczne bramy, przecinał plugawe podwórka, by przez
inne wjazdy, wyłomy w murach, wigotne piwnice przedostać się na drugą
stronę, na inną ulicę.
Nie
ma żadnych ciemnych korytarzy historii, szczelin pomiędzy wydarzeniami,
żadnej drogi ucieczki. Są tylko spalone bądź sfałszowane akta, po
których pozostaje zawsze ślad. Ślad w pamięci.
Choćbym
się mamił, że znów udało mi się zbiec, umknąć przed odpowiedzialnością,
to z miejsca, gdzie się znalazłem, tak naprawdę nie ma żadnego wyjścia.
Nie ma strefy, w której mógłbym się schronić przed sobą.
I
chociaż kluczę, wymawiam się przed dalszymi spotkaniami pisaniem pracy
magisterskiej, choć naiwnie składam wniosek paszportowy myśląc, że robię
to za ich plecami, by ucieczką wyplątać się z tej sieci - to nie umknę.
I choć potem, zapewne przez jakiś niespodziewany splot przypadków,
tajne służby rzeczywiście dadzą mi spokój, to i tak nie umknę. Nie
umknę.
Czym jest zdrada? A właściwie czym jest kolaboracja?
Jak
nazwać tę siłę, która tego, kto zdradził, wciąga w coraz to nowe
zdrady? Która każe mu zamazywać i wypierać, oczyszczać przed sobą i
ludźmi ze wszystkich zdradzieckich czynów, nawet za cenę życia
niewygodnych świadków. A czasem i własnego.
Co
to za siła, która innym znów każe nurzać się w swej historii z lubością
i chlubić osiągniętymi wiarołomstwem korzyściami, nazywając je
pragmatyzmem czy zapobiegliwością?
Albo
co nakazuje skrupulatnie wyjaśniać swe postępki stanem wyższej
konieczności. Twierdzić, że tak postąpiłby każdy. Każdy na miejscu
renegata, każdy racjonalnie myślący, każdy normalny człowiek. Taki współczesny Everyman, hipotetyczny racjonalista, będący dla zdradzającego największym autorytetem. Bohaterem naszych czasów.
Czy nie można po prostu przyznać się do zdrady? Prosić o przebaczenie tych, których się zdradziło?
Ale czy to przyznanie się nie jest dla renegata właśnie prawdziwą zdradą?
Zdradą siebie.
Jest.
O ile renegat nadal pozostaje renegatem. No bo z jakiego powodu miałby
się przyznać, skąd by wziąć się miała u niego ta nagła skrucha, ta
zmiana, co by mu nagle kazało się potępić - skoro nadal jest zdrajcą?
Oczywiście, nawet przed sobą samym nie nazywa zdrady zdradą, ale w duchu
relatywizmu zwie ją - mądrością, pragmatyzmem a może polityką?
Ale jak by tego nie nazywał, to jest zdrada. Zdrada podszyta
tchórzostwem, wyrachowaniem, nienawiścią i nie wiem czym tam jeszcze.
W Moralitecie o czystej grze Wierzyński pisze: Dawniej
nocne pukanie do drzwi, teraz czekamy w południe, najlepiej prywatnie
(...) Dawniej piwnica, karetka i przepadł, Teraz niech się pan zastanowi
bo jakże inaczej, Czasy unormowane, nie jest tak źle, Mieszkanie z puli
premiera, Paszport konsularny na lata, Stypendia, kongresy, Pan widzi
wszystko się zmienia. To jest jakby epilog do Potęgi smaku Herberta. Szczególnie te słowa: Pan widzi wszystko się zmienia. Jak może wyglądać to dziś?
Ostatni
raz z tajnymi służbami mam do czynienia w wojsku. Jest rok 1989. Lato,
dwa miesiące po czerwcowych wyborach. Wezwany przez oficera politycznego
kompanii wiem, czego mogę się spodziewać. -Pan
z nami współpracował? -Tak, ale nie jestem obecnie tym zainteresowany.
-Ale przecież na studiach... -Na studiach to było na studiach. Teraz nie
jestem. Wychodzę.
Mam satysfakcję, ale niestety jest to satysfakcja, która tak naprawdę
nie daje radości. Może najwyżej lekkie westchnienie ulgi.
Skąd wziąć tę odwagę, tę odrobinę niezbędnej odwagi, która pozwoli wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo?
Może z przekonania, że nie można zmienić przeszłości, że zmienić można tylko siebie? To opowiadanie oparte jest na prawdziwej historii.To moja historia.