Przez zieleń drzew
przebija się różowe światło sodowych lamp. Księżyc widziany w
ich poświacie, wiszący na końcu alei przybiera kolor krwi.
Przywodzi mi to na myśl księgę Joela i słowa Apokalipsy Świętego
Jana. Migotanie liści, stukot kół o drewniane podkłady mostu na
Sole. Patrzę na rzekę, na wodę która zabliźnia się, rozdarta
przez filar mostu. Samochód, którym jedziemy, cały skąpany w
odmętach świętej nocy.
Zadaję sobie pytanie jaki
sens ma poetyckie opisywanie świata. Dzielenie się z innymi ludźmi
swoim - jego widzeniem. Dochodzę do wniosku, że już nie ma. Po
pierwsze prawie nikogo to nie obchodzi, po drugie inni robili to i
robią lepiej ode mnie. No i po trzecie, najistotniejsze - liryczne
opisywanie świata, czy tworzenie własnego poetyckiego kosmosu, po
Smoleńsku straciło dla mnie sens.
Nie po Auschwitz, nie po
Katyniu, ale po Smoleńsku właśnie. Dlaczego tak? Bo to Smoleńsk,
a nie Serebrenica czy Buchenwald otworzył moje oczy i uszy.
Dziś na wszystko patrzę
pod kątem Smoleńska. Nic na to nie poradzę. Mam smoleńską
obsesję. Kiedy wchodzę gdzieś, gdzie oglądają telewizję i
popatrzę na jakąś głupią reklamę, albo spojrzę na fragment
jakiegoś idiotycznego maratonu kabaretowego - natychmiast ogarnia
mnie wściekłość. Jak można żartować czy opowiadać jakieś
duby smalone, zajmować ludzkie umysły bzdurami, kiedy nie
odpowiedziano na podstawowe pytania w sprawie smoleńskiej? Tymczasem
okazuje się, że można. Można je przysłonić byle jakim
brezentem, otoczyć kordonem, zaszumieć, zamazać, wyciąć,
zakłamać, przegadać. Okazuje się, że można także krzyknąć
dowolne hasło - jedziemy po szczątki samolotu, przyspieszamy
śledztwo, ogłaszamy raport. I... dalej nie wyjaśnić nic, albo
wykonywać tylko ruchy robaczkowe. Doświadczenie mówi, że ludzie
to łykną, bo ta gra pozorów, którą prezentują rządzący nie
przekłada się bezpośrednio na ich życie. To znaczy ludziom wydaje
się, że się nie przekłada, bo nie widzą związku przyczynowego
pomiędzy swoim życiem, a tą tragedią. Nie potrafią zauważyć
pogarszającej się sytuacji ekonomicznej i politycznej kraju w
związku z tym zdarzeniem. Choć dla mnie jest to jasne i oczywiste.
Niestety kiedy patrzy się przez podszewkę własnej kieszeni i w
perspektywie od pierwszego, do pierwszego to wiele rzeczy umyka z
pola widzenia. Tymczasem śledczy pochylają się uważnie nad kserem
z ksera procedur lądowania na pasie, czy nad trzecim remiksem
ścieżki dźwiękowej z kabiny pilotów. Albo najpoważniej na
świecie dyskutują nad wytrzymałością drewna i metalu. To jakaś
kpina. Kpina nie tylko ze śledztwa ale i ze zdrowego rozsądku.
Kpina w nasze żywe oczy.
Jeśli nie Smoleńsk,
jeśli nie tajemnicza śmierć 96 osób, to co nas w takim razie
może jeszcze poruszyć? Jakie znaczenie może mieć cokolwiek, kiedy
jutro może stać się to samo ze mną, z Tobą, z kimś z naszych
najbliższych. Nie łudź się, że w Twoim przypadku będzie
inaczej. Gdyby to Tobie zdarzyło się to co rodzinom smoleńskim,
albo choć najbliższym Krzysztofa Olewnika to ludzie najwyżej
popatrzyliby na ciebie przez krótką chwilę, jak na dziada
proszalnego z wykręconą nogą, a potem poszliby dalej, do innej
budy, przy którym jakaś kreatura przebija sobie sztyletem język.
Nie wiem jak Ty, ale ja nie chcę aby ktoś z mojego życia robił
jarmark.
Więc będę wciąż mówił
o Smoleńsku. To jest nie tylko obsesja. Bo jak już wspomniałem
jest to wydarzenie które otworzyło mi oczy.
Kiedy mówię o Smoleńsku
to nie chodzi mi już nawet czy tam był zamach czy nie. Zrozumiałem
bowiem nagle, jak śmieszne były moje dywagacje i poszukiwania prawd
ostatecznych, skoro stanąłem nagle bezradnie wobec wydawałoby się
zwykłej, ziemskiej prawdy.
Jaki ma sens rozważanie
głębszych tematów egzystencjalnych, czy filozoficznych skoro nie
jesteśmy w stanie (nie chcemy) wyjaśnić rzeczy tak wydawałoby się
prostej jak to - co tam się właściwie stało. Po co planować
cokolwiek, na najbliższą nawet przyszłość i szczycić się
jakimikolwiek osiągnięciami, skoro nie potrafimy zapewnić
bezpieczeństwa, najważniejszej osobie w kraju. Tak - to my
zawaliliśmy. Skoro żyjemy w demokracji, i mamy wpływ na wybieraną
władzę - to my jesteśmy odpowiedzialni za ich śmierć. I nie
możemy na nikogo jej zrzucić.
Ja mam smoleńską obsesję
i nie zamierzam się z niej leczyć. Wręcz jestem z niej dumny. I
uważam właśnie za objaw nienormalności przejście nad Smoleńskiem
do porządku dziennego. To powszechne rozkojarzenie, polegające na
bezrefleksyjnym przerzucaniu się od jednego dziwu do drugiego. Dziś
tematem dnia - bezdomne koty, jutro pikujący złoty. Przekrzykiwanie
się przekupniów jak na jarmarku - "Kto tu przyjdzie nic nie
straci, zobacz ministra bez gaci". A z drugiej strony, ktoś
krzyczy : "dziwy w domu, ufo w polu, trup na każdym żyrandolu".
To zagłuszanie rzeczy
istotnych, albo kierowanie naszej uwagi na coś innego niż to co
rzeczywiście powinno mieć dla nas znaczenie - te wszystkie sztuczki
prestidigitatorskie - to są dla mnie symptomy ciężkiego stanu
chorobowego. Ja w każdym razie zamierzam trwać przy tej jednej
sprawie - sprawie Smoleńska - dopóki nie zostanie wyjaśniona na
podstawie rzeczywistych, twardych dowodów.
Czy nie odnosicie czasem
Państwo wrażenia, że obecnie wszystko usiłuje się
podporządkowywać doraźnej polityce? Stworzyć nową, świecką
narrację "niewolnika zabaw przyjemnych". Służyć ma temu
nie tylko informacja, czy sama rozrywka, ale również próbuje się
z wprząść w tą służbę badania naukowe czy historię.
Kiedy zakończyłem wiersz
wiersz Katyń II słowami - " z pnia brzozy / ze zwęglonej
kości / wyłania się powoli / niezmącony / sens", ktoś
zarzucił mi, że to zakończenie jest tak ogólne, że nic nie mówi.
Ja zaś sądzę, że może ono być niejasne wyłącznie dla kogoś
kto przyzwyczaił się traktować historię instrumentalnie. Dla mnie
wydarzenie smoleńskie (jak zresztą cała historia ludzkości) jest
dialogiem prowadzonym z Bogiem. Nie Słowem z przeszłości które
czyta się w Biblii, ale Słowem Żywym, skierowanym do nas
bezpośrednio.
Ale pomińmy informację,
rozrywkę, naukę czy historię. Czy również literatura począwszy
od ubiegłego wieku, nie służy kłamstwu? Ja uważam, że tak, bo
albo go bezpośrednio wspiera, albo udaje (jak obecnie), że Prawdy w
ogóle nie ma. " Prawda jest względna, subiektywna" głosi
cała współczesna sztuka. Co to znaczy? Ano, że nie istnieje.
A mnie taka poezja,
twórczość... w ogóle cała ta współczesna "kultura
kłamstwa" zupełnie nie interesuje. Życie na planecie blagi
nie ma dla mnie sensu. Przybieranie masek, albo ukrywanie się za
nimi - i to nieważne czy wynika to ze sztucznego napięcia skóry na
twarzy, czy chowania się za metalowymi maskami samochodów - jest
dla mnie czymś zdumiewającym i przerażającym. Nie chcę w tym
uczestniczyć. Nie chcę uczestniczyć w niczym co służy oszustwu.
Właśnie dlatego odrzucam
poezję. Co może ludzkie słowo, choćby poruszało najczulsze
struny w umysłach innych ludzi? Historia dowodzi, że absolutnie
nic. Więc czy warto zajmować się słowem? Ludzkim słowem?