dobre-nowiny.pl
gorący temat
publicystyka
uważamrze
poezja nic nie może
podnieśmy się w końcu
dlaczego sprawa smoleńska boli nas i upokarza
recenzje i szkice
blog
mowa wiązana
telewizja dobre nowiny
listy do tytusa
tomik dobre-nowiny.pl
uwaga agent
kolaboracja
list otwarty do p. Jana P
kazania księdza Jerzego
różaniec za ojczyznę
niech zstąpi Duch Twój
świadectwa czasu
strony smoleńskie
przyjazne strony
krzyż
wycinki z prasy
o autorze
Stona Jagódki
baner
     
 


To, że doszło do smoleńskiej tragedii to naprawdę nie jest wina ludzi z Krakowskiego Przedmieścia. Tych spod krzyża. Ani rodzin ofiar.  Dlaczego więc właśnie te osoby wciąż się upokarza, wyśmiewa, szydzi z nich?  Czy to one powinni ponosić konsekwencje za tragedię, która się wydarzyła pod Smoleńskiem ? Bo jak na razie tylko one je ponoszą. A czy nie woła o pomstę do nieba, że obywatele którzy pragną odsłonięcia prawdy, którzy domagają się ujawnienia przewin i nieprawidłowości jakie tam popełniono są szykanowani? Dlaczego ci którzy się modlą, są dla mediów i rządzących gorsi od tych, którzy sikają do zniczy? Dlaczego krzyż z drewna jest passé , a krzyż z puszek po piwie trendy?  Moje poczucie sprawiedliwości buntuje się przeciwko temu. Nie pogodzę się z tym nigdy.  
Oczywiście, zdaję sobie także sprawę, że mogą być osoby, dla których zgon tych dziewięćdziesięciu sześciu osób pod Smoleńskiem nie ma żadnego znaczenia . To są sprawy indywidualnej wrażliwości. Sfera bardzo delikatna. Nie chcę nikomu uświadamiać, dlaczego Smoleńsk jest dla mnie tak ważny, jeśli on sam nie chce o tym słyszeć. Zastanawiam się tylko, dlaczego niektórzy z tych „obojętnych” wobec katastrofy, nie pozwalali spokojnie przeżywać nam żałoby? Albo dlaczego przeszkadzają nam dzielić się swymi wątpliwościami, lub dochodzić prawdy własnymi ścieżkami?  Czy to nie są ci sami ludzie, którzy mówią o tolerancji ? Czy to czasem nie ci sami, którzy szczycą się swoją otwartością na świat, na osoby o innym kolorze skóry, orientacji seksualnej, na cudzoziemców? Co nie pozwala im uszanować akurat naszych uczuć ? Naszej odmienności.
Przecież wcale nie twierdzimy , że znamy prawdę. Ale my jej też na siłę nie tworzymy. Usilnie chcemy tylko do niej dotrzeć. Pomimo kłód rzucanych pod nogi. To nie jest wcale „kwękolenie (...) że katastrofa” jak mówił premier. To jest bardzo konkretne działanie. Chcemy wyeliminować kłamstwo z debaty o tej katastrofie. Ktoś kiedyś zapytał się mnie – po co ci ta prawda? Nie umiałem mu wówczas odpowiedzieć. Teraz myślę, że jest to pytanie w rodzaju – a po co ci życie? Może ta prawda jest mi potrzebna po to, aby wiedzieć kim jestem. Gdzie i po co żyję? Dlaczego tak, a nie inaczej postępuję. Wydaje mi się, że gdybym nie dochodził tej prawdy, żyłbym jak odurzony podtlenkiem azotu (gazem rozweselającym) truteń.
Co więc ich tak drażni w naszej postawie?
Może to, że płaczemy i że swój żal demonstrujemy publicznie, chociaż kardynał Nycz oświadczył, że „rok po katastrofie,  zgodnie z polską i katolicką tradycją kończy się czas żałoby?” Trzeba by się było przede wszystkim zapytać, czy to był rzeczywiście prawdziwy czas żałoby? Czy pozwolono - nam którzy tego potrzebowaliśmy - przeżyć go w spokoju , zgłębić to uczucie, wyrazić swój żal i ból?  Nie sądzę. Przecież szarpanie zwłok zaczęło się już przed pogrzebem pary prezydenckiej.  Inspiratorzy protestów przeciw pochowaniu ich na Wawelu, zaatakowali nas już w cztery dni po Smoleńsku.  Ponad rok od śmierci męża, wdowa po generale Błasiku mówi, że nie miała do tej pory czasu na żałobę, bo nikt jej na nią nie pozwalał. Jej spokój burzyły wciąż ponawiane ataki na męża i brak reakcji na nie ze strony państwa.
Ból. On  wciąż w nas tkwi. Stężały na kamień.  Może właśnie dlatego pozostał, że nigdy nie pozwolono nam dokończyć  opłakiwania poległych. Psycholog Nancy O’Connor w książce „Pożegnanie miłości” pisze, że żałoba jest jak fizyczna rana.  Dlaczego niektórzy uparli się aby nie dawać się jej zagoić, i wciąż dosypują do niej soli. Czy kręci ich to,  że wrażają w nią swoje nieczułe palce? I grzebią w nich jakby sprawiało im radość zadawanie cierpienia, patrzenie jak się wijemy .
A może drażni ich, że żałobne szaty przybrali ludzie, którzy nawet nie znali nikogo z poległych osobiście? Tacy jak ja.
Nic na to nie poradzę, że usłyszawszy o tej tragedii odczułem ból. Że przeżyłem szok i traumę, tak jakby to były bliskie mi osoby.  Chociaż właściwie... To były bliskie mi osoby. Nie łączyły nas wprawdzie więzy krwi, ale wspólne pragnienie pomyślności dla wszystkich mieszkańców tego kraju. Zabrzmiało to fałszywie? Tak, brzmi to fałszywie. Ale tylko dla ludzi, którzy ufają wyłącznie w siłę pieniądza i wierzą, że motorem działania może być tylko własny pępek. Idee, patriotyzm, miłość – to „wodniste substytuty krwi” mówiliby, gdyby chcieli wyrażać się literacko. W każdym razie, gdyby ci co zginęli pod Smoleńskiem żyli, łączyłaby nas świadomość tego, że wszyscy w tym kraju tworzymy wspólnotę. I że należą do niej również ci, którzy tego nie chcą, których takie słowa jak te, drażnią. W każdym razie czy chcemy tego, czy nie, kochamy się czy nienawidzimy – zawsze i tak pozostaniemy wspólnotą, choćbyśmy się odżegnywali od tych „gorszych obywateli”- nieważne kogo przy tym mając na myśli.  Zawsze w historii, jeśli spotyka nas jakaś narodowa tragedia, to obejmuje  wszystkich – katolików i ateistów, tych z lewicy i prawicy, bogatych i biednych.  
Więc może wkurza ich to w jaki sposób mówimy o tym wydarzeniu.  Dlaczego na przykład – pytają mnie – nadałem jednemu z mych wierszy tytuł „Katyń II” ? Czy chcę  zrównać w ten sposób śmierć tych kilkudziesięciu osób z mordem na dwudziestu dwu tysiącach Polaków, dokonanym przez radziecką policję polityczną? Mnie się wydaje, że to raczej ci, którzy w ten sposób formułują pytanie, podświadome artykułują swe lęki. Ja przez takie nazwanie (a właściwie powtórzenie skojarzenia uczestników uroczystości w Katyniu na siedemdziesięciolecie zbrodni) chciałem wykazać, że w tym samym miejscu, dwa razy w ciągu jednego stulecia ginie niepodległościowa elita kraju. Nic więcej. Może jeszcze dodałbym tym, którzy  zestawiają ze sobą te dwie liczby - pogardliwie wydymając przy tym wargi - że dla starożytnych Greków hekatomba oznaczało sto złożonych ofiar.  Ofiar złożonych niebu na przebłaganie.  Stu najszlachetniejszych Polaków naszych czasów. Odradzający się kwiat polskiej polityki. Czy to mało?  Jakiż to bezduszny statystyk może porównywać te dwie tragedie, posługując się wyłącznie liczbami?
Czy może drażni ich to, że nie chcemy przyjąć tej oficjalnej wersji katastrofy, którą narzucają nam opiniotwórcze media i rządzący politycy?    
30 października 1938 roku radio CBS z New Jersey wyemitowało słuchowisko będące adaptacją opowieści Wellsa - „Wojna światów”.  Wywołało ono panikę wśród mieszkańców tego stanu, bo duża część słuchaczy była święcie przekonana, że odbierają bezpośrednią relację z faktycznej inwazji Marsjan na Ziemię. Uwierzyli w to w pierwszym rzędzie ci, którzy nie zadali sobie podstawowego pytania - czy  to czego słucham jest faktem czy faktoidem?  I taka jest moja odpowiedź tym, którzy pytają co moim zdaniem wydarzyło się w Smoleńsku. Albo zapytam tak - gdyby wszyscy byli ufni i bezkrytyczni wobec mediów, to czy w końcu nie znalazłaby się jakaś siła, która zapragnęłaby to wykorzystać? Zmanipulować naiwniaków. Pytam się więc tych, którzy są przekonani, że w Smoleńsku na pewno nie doszło do zamachu - czy to przekonanie to jest wystarczający powód, aby wątpiących w czyste intencje „trzymających władzę”, w prawdziwość komunikatów wielkich informacyjnych serwisów, nazywać szaleńcami? Tylko dlatego, że ukazują sprzeczności i nielogiczności w przedstawianych  „faktach”?  Albo  ujawniają  wydarzenia, dowody, opinie, czy rezultaty eksperymentów , które są pomijane milczeniem przez główne media?  Mamy prawo odrzucać wszystkie manipulacje, kłamstwa, faktoidy podszywające się pod fakty, insynuacje i kłamliwą wykładnię podawanych informacji. Dementowanie kłamstwa to nie są wcale objawy szaleństwa. Odkrywanie szkieletu łgarstw świadczy moim zdaniem raczej o empatii i współczuciu dla nie potrafiących się bronić przed inwazją fałszywych komunikatów współobywateli.  
Codziennie otrzymujemy kolejny policzek. Jest ich już na pewno znacznie więcej niż ewangeliczne siedemdziesiąt siedem razy. Już nie mówię o tym, jak szczątki były zbierane (ile z nich pozostało w ziemi) , potem wrzucone do plastikowych worków, w których wróciły do kraju i w nich zostały pochowane; że sfałszowana została dokumentacja medyczna, a maszyna, którą leciała delegacja została pocięta i wystawiona na działanie warunków atmosferycznych. Nawet nie chcę  zliczać wszystkich działań rządu i sprzyjających mu mediów, które ogłupiają i nastawiają wrogo do „moherów” - radosnych telewidzów. Ale żeby nie być gołosłownym przypomnę choćby to ciągłe wracanie do tematu pijaństwa na pokładzie samolotu. Toż to przecież projekcja wyobrażenia o wyjazdach dyplomatycznych, adresowana do prostaków, którzy cały świat widzą w perspektywie własnych doświadczeń z wycieczek szkolnych i zakładowych, oraz z wizyt na wschodzie Kwaśniewskiego.  Jest takich zniewag masa. Premier Tusk oświadcza na przykład rodzinom smoleńskim, że to on decyduje co jest polską racją stanu; w Brukseli cenzuruje się wystawę o katastrofie smoleńskiej; w Smoleńsku podmienia tablicę, a w Warszawie nie wydaje się pozwolenia aby w pierwszą rocznicę tragedii zawyły syreny. Mało? Proszę bardzo! Odmawia się powołania sejmowej komisji do spraw zbadania okoliczności katastrofy, fałszuje stenogramy ze słynnego przemówienia Ewy Kopacz, że wszystko w miejscu katastrofy przekopane zostało do metra w głąb. Inni współpracownicy premiera starają się jej zresztą dorównać – minister Miller po ogłoszeniu raportu MAK oświadcza obywatelom, że powinni się bać tego co dopiero on ogłosi, bo jego raport będzie „bolał” jeszcze bardziej. To jest ten sam Miller, który dwukrotnie jeździ do Rosji ze względu na problemy z kopiami nagrań czarnych skrzynek, tłumacząc je „zaciętą końcóweczką”, a wybijanie szyb we wraku – koniecznością pobrania próbek dla dokonania badań laboratoryjnych. Ekspert z jego komisji – Maciej Lasek beztrosko oświadcza,  że nie robiono symulacji lotu, „ponieważ wiemy co się stało”. Chciał przez to powiedzieć, że oparł się na „fakcie” iż na drodze samolotu wyłoniła się aprioryczna brzoza, która strąciła maszynę. Natomiast minister Tomasz Arabski, pytany w rok po katastrofie, co najmocniej utkwiło mu w pamięci z tamtego czasu odpowiada, że było to przemówienie w Katyniu Donalda Tuska. Opowiada o tym takimi słowami : „widzimy, jak zwycięża prawda. (...) Byłem szczęśliwy.” Jeśli do tego wszystkiego dodać jeszcze odwołanie niezależnego prokuratora Pasionka, czy odrzucenie wniosku 15 wybitnych polskich fizyków chcących się zająć zniszczeniami TU-154 – będziemy mieć dopełnienie fragmentu tego obrazu.  Tyle, że na tym się nie kończy. Tego rodzaju policzki, które wymieniłem tylko przykładowo,  powodują, uaktywnienie tych, których idee fixe  jest przypodobanie się władzy. Reakcje ich są różne. Od tworzenia przez „poprawnych” internautów list osób, które chciałyby wysłać „drugim tupolewem” i wymyślanie nazw dla chipsów w rodzaju „kaczka po smoleńsku”, poprzez szydzenie z krzyża i jego obrońców przed Pałacem Prezydenckim, gaszenie zniczy, deptanie kwiatów, czy dewastację tablicy upamiętniającej prezydenta Kaczyńskiego , aż po „zupełnie przypadkowy” atak na siedzibę PiS w Łodzi i polityczne morderstwo.
Ale na tym działania przeciwników krzyża się nie kończą. Potrafią być zdolni również do bardziej wysublimowanych działań – potrafią na przykład przemawiać do nas słowami Chrystusa. Wyjaśniają, że miejsce krzyża jest w kościele. Że modlić należy się również wyłącznie w świątyni. Tak jakby modlitwa była czymś toksycznym dla otoczenia, i trzeba było umieszczać modlących się w strefach wyłączonych –  tak jak palaczy. Mówią nam - >>Chrystus przecież powiedział z krzyża: ”Nie płaczcie nade Mną, ale raczej nad sobą”(Łk 23,28)<< . Dlaczego płaczecie nad tymi co zginęli pod Smoleńskiem?” Nie płaczemy nad nimi. Ci którzy odeszli poza drugi krąg, nie potrzebują naszego smutku. Płaczemy nad sobą. Nad całą tą szarpaną nienawiścią wspólnotą. Nad podżegaczami i ludźmi bez uczuć. Jeśli już tak bardzo chcą cytować coś z Ewangelii i ze słów Jezusa powinni raczej przypominać nam inne słowa, z tej Ewangelii: „Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych (Łk 9,60)”. Choć akurat w tych słowach tkwi paradoks. Umarli to są bowiem dla Jezusa ci, którzy myślą, że wraz z życiem na ziemi kończy się wszystko. Że można zabić człowieka i wraz z nim pogrzebać Prawdę. Więc te słowa również nas nie osłabią. Zwłaszcza, że pamiętamy, co On powiedział dalej: „a ty idź idź i głoś królestwo Boże.”