29 sierpnia 1982 Ojciec Święty Jan Paweł II w Orędziu na Dzień Pokoju, które było ogłoszone również i w naszej prasie, stwierdza między innymi: „Władza jest służbą. Władanie to znaczy służenie. Pierwsza miłość władcy to miłość ku tym, nad którymi władzę sprawuje. Gdyby tak było, gdyby ta wielka prawda chrześcijańska nareszcie weszła w życie, gdyby władza była moralna, gdyby zasady urzędowania kierowały się etyką chrześcijańską, jakże inaczej wyglądałoby życie i współżycie, praca i współpraca. Tymczasem staliśmy się świadkami działania państw tyrańskich, gdzie mowa do obywatela wyraża się w tonie prokuratorsko-policyjnym..."
A zmarły przed rokiem ksiądz kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Tysiąclecia, nawiązując do wypowiedzi Ojca Świętego, powiedział w dniu 6 stycznia ubiegłego roku, że „największym wrogiem władzy stał się obywatel. Dlaczego tak się dzieje? – zapytuje ksiądz prymas – i odpowiada: Bo obywatel został okradziony ze swych praw i zniechęcony do pełnienia obowiązków. Władza nie może być tyranem – wołał prymas – a państwo nie może być zorganizowanym więzieniem”.
Dwa lata temu, w drugiej połowie sierpnia, w bólu i niepokoju serca, w umęczeniu fizycznym i duchowym, na klęczkach przy polowych ołtarzach, w patriotycznym zrywie robotników, z poparciem inteligencji i świata kultury – rodziła się „Solidarność”.
Przywołujemy w pamięci te chwile, kiedy 31 sierpnia 1980 roku przed bramą Huty Warszawa zgromadzili się ludzie, aby wspólnie ze strajkującymi hutnikami uczestniczyć we mszy świętej. Była bowiem niedziela. I wtedy w walkę o przywrócenie godności człowieka pracującego został włączony Bóg, bo wiedzieliśmy wszyscy, że kroczyć do zwycięstwa w słusznej sprawie można tylko z Bogiem.
Co można powiedzieć dzisiaj, w drugą rocznicę – którego to już z rzędu? – patriotycznego zrywu społeczeństwa polskiego? Co można powiedzieć dzisiaj, gdy w grudniową noc ubiegłego roku, w sposób gwałtowny i bolesny zostało złamane porozumienie z Wybrzeża i Śląska? Gdy został zadany cios, zadana rana, która przecież ciągle jeszcze krwawi. Nie jest to rana śmiertelna, bo nie można zadać rany śmiertelnej czemuś, co jest nieśmiertelne. Nie można uśmiercić nadziei. A „Solidarność” była i jest nadzieją milionów Polaków, nadzieją tym silniejszą, im bardziej jest ona zespolona z Bogiem przez modlitwę.
Solidarność w narodzie rozrosła się jak mocne drzewo, które, chociaż jest podcięte w swych korzeniach, wypuszcza nowe. I chociaż drzewem tym szarpią burze, chociaż urwano mu koronę chwały, to ono nadal trzyma się mocno ziemi ojczystej i czerpie z naszych serc i naszej modlitwy ożywcze soki, które pozwalają mu trwać i w końcu wydać dobry owoc.
Pomimo bolesnych doświadczeń ostatnich miesięcy naród ciągle jeszcze gotowy jest do ofiarnej pracy dla dobra swojej Ojczyzny. Ale tylko naród szanowany przez rządzących, naród, który nie żyje w ciągłym niepokoju i niepewności jutra, naród, który nie czuje się jak w zorganizowanym więzieniu, może podjąć ochotnie to zadanie. Nie można mówić o wspólnym budowaniu domu ojczystego, kiedy nie są szanowane ludzkie prawa i poniżana jest ludzka godność, jak to miało miejsce chociażby w ostatnich dniach w obozie internowanych w Kwidzynie (o czym autorytatywnie, w słowach wyrażających protest, poinformował biskup warmiński), kiedy nadal tylu rodaków przetrzymywanych jest w obozach i więzieniach. Dlatego też ksiądz prymas przed kilku dniami, przemawiając do setek tysięcy pielgrzymów zgromadzonych u stóp Królowej Polski na Jasnej Górze, określił jasno i wyraźnie warunki konieczne do rozpoczęcia na nowo wspólnego budowania. Nie wymagają one żadnej dyskusji, gdyż są wolą narodu miłującego Ojczyznę.
Po pierwsze – uwolnienie Lecha Wałęsy.
Po drugie – zwolnienie reszty internowanych.
Następnie – wznowienie działalności związków zawodowych, rozpoczęcie prac nad przygotowaniem amnestii i w końcu ustalenie dokładnej daty przyjazdu Ojca Świętego. I to wszystko jest intencją naszego dzisiejszego wołania modlitewnego we mszy świętej ofiarowanej za Ojczyznę.
Zakończymy nasze rozważania słowami Ojca Świętego, który tak modlił się za naszą Ojczyznę:
„Przyjmij nasza modlitwę, nabrzmiałą cierpieniem, Ty, która jesteś Królową Polski, i Wy, święci Patronowie mej Ojczyzny. Z dawna Polski Tyś Królową!... Weź w opiekę naród cały, niech rozwija się na Twoją chwałę". Amen. ........................................................................................................................
26 września 1982 Chrystus umiera na krzyżu za całą ludzkość, pokonuje śmierć i otwiera drogę do Zmartwychwstania.
Dlaczego zbawienie ludzkości musiało dokonać się na tak okrutnym narzędziu, jakim był krzyż w starożytności?
Śmierć krzyżową wymyślili Fenicjanie dla ludzi najbardziej pogardzanych, dla ludzi nie mających żadnych praw, dla niewolników. Może gdyby Chrystus umarł od kamieni, umarłby tylko jako jeden z Żydów. Gdyby położył głowę pod miecz, umarłby jako Rzymianin. Ale umierając jako niewolnik, na krzyżu, stał się bratem całej ludzkości, bo śmierć niewolników była śmiercią ludzi różnych narodowości. Niewolnik mógł być Żydem, Grekiem czy Germaninem. Niewolnik mógł być analfabetą, lecz czasem też i człowiekiem wykształconym.
Dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, symbol hańby i poniżenia stał się symbolem odwagi, męstwa, pomocy i braterstwa. W znaku krzyża ujmujemy dziś to, co najbardziej piękne i wartościowe w człowieku. Przez krzyż idzie się do zmartwychwstania. Innej drogi nie ma. I dlatego krzyże naszej Ojczyzny, krzyże nasze osobiste, naszych rodzin, muszą doprowadzić do zwycięstwa, do Zmartwychwstania, jeżeli łączymy je z Chrystusem, który krzyż pokonał.
Nasze cierpienia, nasze krzyże możemy ciągle łączyć z Chrystusem, bo proces nad Chrystusem trwa. Trwa proces nad Chrystusem w Jego braciach. Bo aktorzy dramatu i procesu Chrystusa żyją nadal. Zmieniły się tylko ich nazwiska i twarze, zmieniły się daty i miejsca ich urodzin. Zmieniają się metody, ale sam proces nad Chrystusem trwa. Uczestniczą w nim ci wszyscy, którzy zadają ból i cierpienie braciom swoim, ci, którzy walczą z tym, za co Chrystus umierał na krzyżu. Uczestniczą w nim ci wszyscy, którzy usiłują budować na kłamstwie, fałszu i półprawdach, którzy poniżają godność ludzką, godność dziecka Bożego, którzy zabierają współrodakom wartość tak bardzo szanowaną przez samego Boga, zabierają i ograniczają wolność.
Jakież podobieństwo i dzisiaj między Chrystusem ociekającym krwią na krzyżu a naszą zbolałą Ojczyzną!
„Chryste rozpięty na krzyżu jak Polska czasu niewoli. Chryste rozpięty na krzyżu jak Polska czasu wyzwolin..." – woła poeta [Aleksander Widera].
Tak jak Chrystus na krzyżu, Ojczyzna ocieka krwią. Jej synowie odzierani ze czci, honoru, godności, są poniżani, a w wielu wypadkach poniewierani.
Chrystusa na krzyżu zabijają rodacy, w Jego kraju. Dzisiaj również z rąk rodaków są zabici nasi bracia. Jak wiele można by wymieniać tych spraw, które są krzyżem narodu, krzyżem naszej Ojczyzny.
Największym krzyżem jest brak poszanowania podstawowych praw osoby ludzkiej, bo z nich rodzą się inne. Zmarły prymas, kardynał Wyszyński ujął to w następujących słowach: „Początkiem wszelakiego ładu społecznego i warunkiem pokoju na świecie, pokoju w sumieniach, rodzinach i narodach – jest uszanowanie podstawowych praw osoby ludzkiej". Gdzie praw ludzkich do prawdy, wolności, sprawiedliwości się nie szanuje, tam nie ma i nie będzie pokoju. Trzeba zapewnić najpierw podstawowe prawa ludziom, a potem zacząć wspólnymi siłami budować pokój.
W Ojczyźnie naszej prawa te nie są szanowane, bo w obozach i więzieniach przebywają tysiące ludzi. Ze środków masowego przekazu pada wiele słów nieprawdziwych, a sprawiedliwość ma olbrzymie braki.
Krzyżem Ojczyzny jest to, że od dziesiątków lat był dziwny upór zabierania ludziom, a zwłaszcza młodzieży Boga i narzucania ideologii, która nie ma nic wspólnego z tysiącletnią chrześcijańską tradycją naszego narodu. „Jak można było pomyśleć – i tu przytoczę słowa zmarłego prymasa – że Polska, która przez dziesięć wieków żyła w światłach krzyża i Ewangelii, wyrzeknie się Chrystusa i odejdzie od swojej kultury chrześcijańskiej, kształtowanej przez wieki, wszczepionej w życie osobiste, rodzinne i narodowe". Planowana ateizacja, walka z Bogiem i tym, co Boże, jest jednocześnie walką z wielkością i godnością człowieka, bo wielki jest człowiek dlatego, że nosi w sobie godność dziecka Bożego.
Krzyż to brak prawdy. Prawda ma w sobie znamię trwania i wychodzenia na światło dzienne, nawet gdyby starano się ją skrupulatnie i planowo ukrywać. Kłamstwo zawsze kona szybką śmiercią. Prawda zawsze jest zwięzła, a kłamstwo owija się w wielomówstwo. Korzeniem wszelkich kryzysów jest brak prawdy.
Krzyżem jest brak wolności. Gdzie nie ma wolności, tam nie ma miłości, nie ma przyjaźni, zarówno między członkami rodziny, jak i w społeczności narodowej czy też między narodami. Nie można miłować czy żyć z kimś w przyjaźni przez przymus. Człowiek dzisiejszy jest bardziej wrażliwy na działanie miłości niż siły. Polaków nie zdobywa się groźbą, ale sercem. A i męstwo nie polega – jak mówił zmarły prymas – na noszeniu broni, bo męstwo nie trzyma się żelaza, tylko serca.
I każdy z nas tu stojących mógłby wymienić niekończąca się ilość krzyży, które przeżył lub których był świadkiem, szczególnie podczas ostatnich prawie dziesięciu miesięcy. Miesięcy ciągłego niepokoju, poniewierki, zalęknienia, miesięcy niepewności jutra.
Te wszystkie krzyże życia naszego osobistego i społecznego muszą doprowadzić do zmartwychwstania Ojczyzny w pełni wolnej i sprawiedliwej. Od chwili, gdy Chrystus poniósł śmierć na krzyżu, już nas nie może hańbić żadne cierpienie ani poniżenie. Hańba przychodzi na tych, którzy są jej przyczyną.
I tak jak Chrystus nie zawrócił z drogi krzyżowej, ale szedł aż do zwycięskiego końca, tak i naród nasz, umocniony przez Chrystusa, nie zrezygnuje, choćby do zmartwychwstania miał iść na kolanach zbolałych od wysiłku.
Prosimy Boga o nadzieję, bo tylko ludzie silni nadzieją są zdolni przetrwać wszelkie trudności. Prosimy o wewnętrzną radość, bo jest ona najgroźniejszą bronią przeciwko szatanowi, który smutny jest z urodzenia. Prosimy o wolność od zemsty i nienawiści, o tę wolność, która jest owocem miłości. Amen. .........................................................................................................................
31 października 1982 Stoimy dzisiaj przy ołtarzu Chrystusowym wobec twojego wizerunku, święty Maksymilianie, patronie Polski udręczonej. Stoimy, aby zanosić modlitwę do tronu Bożego, aby za twoim pośrednictwem prowadzić z Bogiem dialog w imieniu naszym i w imieniu tych wszystkich, którzy cierpią w obozach i więzieniach, cierpią za walkę o sprawiedliwość i prawdę w Ojczyźnie. Wszystkie wzniosłe przeżycia poprzednich lat, związane z wyborem Polaka na Stolicę Piotrową, przeżycia związane z pierwszą w tak przebogatych dziejach narodu polskiego wizytą papieża na polskiej ziemi, przeżycia związane z narodzinami „Solidarności" – wszystko to miało nas przygotować i umocnić do mężnego znoszenia cierpień i upokorzeń, jakie od przeszło dziesięciu miesięcy przeżywamy.
Natomiast zaliczenie do grona świętych ciebie, ojcze Maksymilianie, współczesny męczenniku, ukazuje nam i utwierdza nas w przekonaniu, że potęga zła, zakłamania, pogardy i nienawiści do człowieka musi być pokonana. Jesteś święty Maksymilianie symbolem zwycięstwa, jakie odnosi człowiek siłą zniewolony, ale pozostający wolny duchem.
Aby pozostać człowiekiem wolnym duchowo, trzeba żyć w prawdzie. Życie w prawdzie, to dawanie prawdzie świadectwa na zewnątrz, to przyznanie się do niej i upominanie się o nią w każdej sytuacji. Prawda jest niezmienna. Prawdy nie da się zniszczyć taką czy inną decyzją, taką czy inną ustawą. Na tym polega w zasadzie nasza niewola, że poddajemy się panowaniu kłamstwa, że go nie demaskujemy i nie protestujemy przeciw niemu na co dzień. Nie protestujemy, milczymy lub udajemy, że w nie wierzymy. Żyjemy wtedy w zakłamaniu. Odważne świadczenie prawdy jest drogą prowadzącą bezpośrednio do wolności. Człowiek, który daje świadectwo prawdzie, jest człowiekiem wolnym nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia, nawet w obozie czy więzieniu. Gdyby większość Polaków w obecnej sytuacji wkroczyła na drogę prawdy, gdyby ta większość nie zapomniała, co było dla niej prawdą jeszcze przed niespełna rokiem, stalibyśmy się narodem wolnym duchowo już teraz. A wolność zewnętrzna czy polityczna musiałaby przyjść prędzej czy później jako konsekwencja tej wolności ducha i wierności prawdzie.
Zasadniczą sprawą przy wyzwoleniu człowieka i narodu jest przezwyciężenie lęku. Lęk rodzi się przecież z zagrożenia. Lękamy się, że grozi nam cierpienie, utrata jakiegoś dobra, utrata wolności, zdrowia czy stanowiska. I wtedy działamy wbrew sumieniu, które jest przecież miernikiem prawdy. Przezwyciężamy lęk, gdy godzimy się na cierpienie lub utratę czegoś w imię wyższych wartości. Jeżeli prawda będzie dla nas taką wartością, dla której warto cierpieć, warto ponosić ryzyko, to wtedy przezwyciężamy lęk, który jest bezpośrednią przyczyną naszego zniewolenia. Chrystus wielokrotnie przypominał swoim uczniom: „Nie bójcie się. Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a nic więcej uczynić nie mogą... (Łk 12.4)" Ty, święty Maksymilianie, byłeś wierny temu pouczeniu Chrystusa. Nie bałeś się pojechać w nieznane do Japonii, by głosić prawdę o Chrystusie. Nie bałeś się cierpienia i utraty życia. Dzięki temu twój wolny duch żyje i przynosi owoce.
Zmarły prymas Polski, kardynał Stefan Wyszyński, przebywając w więzieniu za prawdę, w swoich notatkach w dniu 5 października 1954 roku pisał, że „największym brakiem apostoła jest lęk (...), on ściska serce i kurczy gardło. (...) Każdy, kto milknie wobec nieprzyjaciół sprawy, rozzuchwala ich. (...) Zmusić do milczenia przez lęk, to pierwsze zadanie strategii bezbożniczej. (...) Milczenie tylko wtedy ma swoją apostolską wymowę, gdy nie odwraca oblicza swego od bijących...". Tyle ksiądz prymas w Zapiskach więziennych.
Tak bardzo jesteś nam potrzebny, święty Maksymilianie, jako wzór człowieka nieulegającego lękowi, nieulegającego zastraszeniu. Jako święty, którego można nazwać patronem Polski udręczonej. Bo który ze świętych mógłby upominać się bardziej o swój zniewolony dziś naród, niż ty, który byłeś bity i poniewierany. Który patrzyłeś na zalęknionych braci, przebywających z tobą w więzieniu, a potem w obozie i bunkrze głodowym. Którego zabrano do obozu bez wyroku, tylko dlatego, że należałeś do synów kochających Ojczyznę i prawdę, który przyjąłeś cierpienie i śmierć za drugiego człowieka.
Przyjąć dobrowolnie cierpienie za drugiego człowieka to coś więcej niż tylko cierpieć. Na taką decyzję mogą się zdobyć tylko ludzie wewnętrznie wolni.
Są i tuj dzisiaj w naszej świątyni zarówno ludzie cieszący się autorytetem i sympatią społeczeństwa, jak i prości robotnicy, którzy zgłaszali chęć pójścia do obozu dla internowanych w zamian za uwolnienie ojców czy matek rodzin. Chcieli nieść krzyż swych współbraci, chcieli uwolnić od cierpienia chociaż niektóre rodziny. Niestety, nie pozwolono im złożyć tej ofiary za braci swoich.
Wiele nasz naród wycierpiał w dziejach historii. Tak trudno jest mówić jeszcze dzisiaj o bolesnej przeszłości tamtych strasznych lat okupacji. Ale im bardziej pamiętamy, ile przeżył nasz naród w przeszłości, pod okupacją nienawiści, tym bardziej rozumiemy słowa Ojca Świętego skierowane do Polaków na audiencji w dniu 11 października bieżącego roku.
„Nie jest dobrze – mówił przez łzy Ojciec Święty – nie jest dobrze, jeżeli rodacy przyjeżdżają na kanonizację swojego Rodaka ze łzami w oczach. Bo nie były to łzy radości... Do nich dołączyły się czasem słowa wołania. Wołania nie tylko w tej sali, wołania z daleka. I dlatego ja chcę odpowiedzieć na te wołania przez was, którzy tu jesteście, chcę odpowiedzieć tym, których nie ma, a przede wszystkim tym, którzy znajdują się w obozach internowanych, w więzieniach. Pragnę odpowiedzieć tym, którzy w jakikolwiek sposób cierpią na ziemi polskiej, i pragnę z tego miejsca zwrócić się do władz Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, aby nie było więcej tych łez. Społeczeństwo polskie, mój naród zasługuje nie na to, ażeby pobudzać go do łez rozpaczy i przygnębienia, ale na to, żeby tworzyć jego lepszą przyszłość..."
Tak, naród, który tyle wycierpiał w niedalekiej przeszłości, nie zasługuje na to, by wielu jego najlepszych synów i córek przebywało w obozach i więzieniach, nie zasługuje na to, by była poniewierana i bita młodzież, by miały miejsce kainowe zbrodnie. Nie zasługuje na to, by wbrew jego woli odebrano mu okupiony cierpieniem i krwią robotników Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność", o którym już zmarły prymas 2 kwietnia 1981 roku powiedział, że w ciągu kilku miesięcy zrobił więcej, niż zdołałaby dokonać najbardziej sprawna polityka. Związek, o którym Rada Główna Episkopatu w dniu 15 grudnia ubiegłego roku powiedziała, że jest konieczny do przywrócenia równowagi życia społecznego. Związek, o którego reaktywowanie ubiegał się do ostatniej chwili, kładąc na szalę swój własny i Kościoła autorytet, obecny prymas Polski.
Jesteśmy powołani do prawdy, jesteśmy powołani do świadczenia o Prawdzie swoim życiem. „Poznajcie prawdę – woła Chrystus w przeczytanym przed chwilą fragmencie Ewangelii – poznajcie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8,32). Bądźmy więc wierni prawdzie.
Kończymy nasze rozważania, święty Maksymilianie i prosimy, byś je w słowach prostej modlitwy, przez ręce Matki Najświętszej Niepokalanej, której wiernie służyłeś przez całe życie, zaniósł przed Boga tron.
Kończymy nasze rozważania przypominając słowa Ojca Świętego, wypowiedziane, kiedy jeszcze był biskupem w Krakowie: „Słaby jest lud, jeśli godzi się na swoja klęskę, gdy zapomina, że został posłany, by czuwać, aż przyjdzie jego godzina. Bo godziny wciąż wracają na wielkiej tarczy historii”.
Oby godzina prawdy jak najszybciej wróciła na wielkiej tarczy, bohaterskiej tarczy naszego narodu, by prawda odniosła ostateczny triumf w naszej Ojczyźnie. Amen. ......................................................................................................................
26 grudnia 1982 I chciałoby się dopowiedzieć: Nie walcz przemocą. Przemoc nie jest oznaką siły, lecz słabości. Komu nie udało się zwyciężyć sercem lub rozumem, usiłuje zwyciężyć przemocą. Każdy przejaw przemocy dowodzi moralnej niższości. Najwspanialsze i najtrwalsze walki, jakie zna ludzkość, jakie zna historia, to walki ludzkiej myśli. Najnędzniejsze i najkrótsze to walki przemocy. Idea, która potrzebuje broni, by się utrzymać, sama obumiera. Idea, która utrzymuje się tylko przy użyciu przemocy, jest wypaczona. Idea, która jest zdolna do życia, podbija sobą. Za nią spontanicznie idą miliony.
I znowu w następnych miesiącach padają słowa modlitwy, w których przeplata się ból i zatroskanie o sprawy ojczyste. Oto słowa Ojca Świętego wypowiedziane na jesieni tego roku:
„Ogarniamy najwyższą troską tych, których wydarzenia stanu wojennego oderwały od rodzin, od ich zwyczajnego życia i pracy. Troszczymy się o los internowanych, którym społeczeństwo i Kościół może przychodzić z pomocą. Coraz częściej troszczymy się o los więzionych i skazanych, do których społeczeństwo i Kościół prawie że nie ma dostępu. Z największym niepokojem myślimy o tych, którzy w więzieniu posuwają się do strajku głodowego. Ci wszyscy nasi bracia i siostry należą do wielkiej wspólnoty Narodu, podobnie jak należało owych sześć milionów, którzy oddali życie podczas II wojny światowej. Naród ma prawo i obowiązek troszczyć się o nich, ma prawo zabiegać, aby w stosunku do więźniów były przestrzegane wszystkie prawa człowieka. Czyż nie jesteśmy wyznawcami tego Chrystusa, który powiedział: »Byłem w więzieniu, a przyszliście do mnie« (Mt. 5, 36)". I dalej: „Poprzez pryzmat prawdy o krzyżu Chrystusa trzeba spojrzeć na te wszystkie krzyże na naszej ziemi... Wiele jest takich krzyży; wielu jest internowanych, więzionych, skazanych. Wielu jest bitych i poniewieranych w ich ludzkiej godności. Wiele jest rodzin i środowisk, które cierpią..."
Można by jeszcze długo i z największą czcią słuchać słów Ojca Świętego, wypowiedzianych z troską o kraj ojczysty, o naród. Przypominamy to wszystko nie po to, aby siać niepokój społeczny, nie po to, aby grać na uczuciach ludzkich. Przypominamy te doświadczenia ostatniego roku, aby wyciągnąć naukę, że ziarno troski o dom ojczysty, rzucone w polską glebę w sierpniu 1980 roku, podlane krwią, łzami, cierpieniem i bólem naszych sióstr i braci, w ostatnim roku musi przynieść dobre owoce. Musi wyrosnąć w potężne drzewo wolności i sprawiedliwości. Tej nadziei nie wolno nam utracić. Bo w narodzie jest dość siły do twórczego działania i twórczej pracy dla dobra Ojczyzny. Ten naród, który swoje bolesne doświadczenia składa w darze Bogu przez usta Ojca Świętego, zdolny jest do wielu poświęceń, ale chce ugody prawdziwej. Chce gwarancji, że jego wysiłki nie zostaną znowu zmarnowane. Naród dzisiaj bardziej rozumie słowa Norwida: „Nie trzeba kłaniać się okolicznościom, a prawdom kazać, by za drzwiami stały". Nie trzeba kłaniać się okolicznościom.
Prośmy Matkę Bożą, która dała Boga światu, aby w ojczyźnie naszej wszyscy ludzie dobrej woli mogli budować przyszłość na zasadach sprawiedliwości, miłości, pokoju i solidarności ludzkich serc i sumień.
Pani Jasnogórska, Ty wiesz najlepiej, jak bardzo pragną prawdy, sprawiedliwości, wolności i miłości miliony serc polskich. Przyjmij wołanie tych serc i daj, by siły dobra odniosły zwycięstwo w kraju, który od wieków uważa Ciebie za swoją Matkę i Królową. Amen. .............................................................................................................................
30 stycznia 1983 Od początku dziejów naszej Ojczyzny praojcowie nasi przelewali krew, aby nie pozwolić obcej przemocy na odebranie największej wartości narodowej, na odebranie wolności. Bo „walka o wolność, gdy się raz zaczyna, z ojca krwią spada dziedzictwem na syna..."
Umieli Polacy bronić Ojczyzny przed najeźdźcą, umieli upominać się o prawdziwą i pełną wolność dla niej w czasie zaborów. Towarzyszyły im zawsze światła Ewangelii Chrystusa, że wolność jest darem Boga samego. Wiele było powstań i zrywów narodowych, z których na szczególną uwagę zasługują powstania listopadowe i styczniowe, bo oba tak wciąż są nam bliskie i tak wiele jest w nich analogii do naszej rzeczywistości. Najpierw więc kilka zdań o 1830 roku.
Powstanie to było udziałem przede wszystkim młodzieży, która nie chciała się pogodzić z sytuacją narzuconą Polsce przez wielkie mocarstwa. Patriotyczny zryw chłopców ze szkoły podchorążych spowodował, że Warszawa stała się ośrodkiem powstańczym. Ale, niestety, władza pozostała w rękach ludzi, którym było dobrze w gniazdku własnej egzystencji, ludzi opłacanych groszem zaborcy. Ci ludzie nie poparli powstańców. Dla zmylenia opinii publicznej wprowadzili do władzy kilka osób cieszących się opinią prawdziwych patriotów. Ale tylko dla zmylenia opinii publicznej. Powstanie upadło. Ale dążność do wolności pozostała, bo „walka o wolność gdy się raz zaczyna, z ojca krwią spada dziedzictwem na syna..."
Rok 1863 Spróbujmy wczuć się w sytuację, nastroje i niektóre przyczyny, które doprowadziły naszych praojców do poderwania się do tej jakże nierównej walki w zimowy wieczór 22 stycznia 1863 roku. [W przygotowaniu homilii korzystano ze szkicu Macieja Kozłowskiego „Szanse uniknięcia powstania styczniowego", „Tygodnik Powszechny" 1983, nr 4].
Kiedy po 25 latach trwania stanu wojennego, wprowadzonego w czasie powstania listopadowego, zostaje on zniesiony w 1856 roku, zło wprawdzie się zmniejszyło, ale wzmogła się wrażliwość ludzi. I często tak bywa, że naród, który znosił bez skarg i jakby nieczule najbardziej gnębiące ustawy, zaczyna gwałtownie zrzucać jarzmo, gdy staje się ono lżejsze.
Zło, które znosiło się jako coś nieuniknionego, staje się nieznośnie na myśl, że można się od niego uwolnić. Rozpoczęła się w społeczeństwie rewolucja moralna. Chrześcijańskie wartości, dotychczas często tylko deklarowane, stają się treścią życia coraz liczniejszych kręgów społecznych. Ludzie jak nigdy zaczynają się licznie gromadzić w kościołach, uroczyście obchodzą rocznice, o których przedtem kazano milczeć. Gdy w trzydziestą rocznicę powstania listopadowego, po mszy św. w kościele karmelitów zachęcano, by ludzie zebrali się tego wieczoru jeszcze raz, spontanicznie przybyły tysiące mieszkańców Warszawy. Na dany znak, pomimo błota, wszyscy padli na kolana na bruk i ze łzami w oczach odśpiewali Boże coś Polskę.
Wzbierały coraz bardziej uczucia patriotyczne, ludzie mocno wzięli sobie do serca wołanie: „Ojczyznę, wolność, racz nam wrócić, Panie". Od tej pory uczucia patriotyczne były demonstrowane przy różnych okazjach. Władza jednak nie rozumiała stanu społecznych nastrojów albo rozumieć nie chciała. Wierzyła, że wszystko, co dzieje się w Polsce, to wynik agitacji z zagranicy. Dla władzy, która była przyzwyczajona, że społeczeństwo pracuje i milczy, ta lawina manifestowania patriotyzmu była całkowitym zaskoczeniem. Postanowiła zareagować użyciem siły. 27 lutego 1861 roku, po wyjściu ludzi z kościoła na Lesznie, padło 55 strzałów. Zginęło pięciu mężczyzn, a kilkanaście osób zostało rannych.
Ale patriotyzm narodu wywodził się z autentycznej troski o przywrócenie Ojczyźnie pełnej wolności. Naród nie szukał konfrontacji. Mimo tej tragedii szukał porozumienia z władzą, która służyła zaborcy. Dano temu jednoznaczny wyraz w adresie skierowanym do cara. Do władzy wprowadzono Polaka – margrabiego Wielopolskiego. Ale był to oczywiście człowiek cieszący się pełnym zaufaniem Petersburga. W opinii publicznej był, według jednych, opatrznościowym, wielkim mężem stanu, według innych – od początku zdrajcą i targowiczaninem. Niestety, niedługo okazało się, że ci drudzy mieli rację. Jakby celowo starał się on społeczeństwo antagonizować. Społeczeństwo mu nie wierzyło i reformy, które chciał wprowadzić, może nie najgorsze, odrzucało.
Potem zaczęła się likwidacja wszelkich form samorządowych organizacji, które powstały w czasie tak zwanych polskich dni, a które zdobyły sobie autorytet i poparcie społeczeństwa.
Znowu były ofiary w niewinnych ludziach. Naród był coraz bardzie upokarzany. Skończyły się uliczne manifestacje, zaprzestano noszenia patriotycznych emblematów. Na pozór zapanował spokój, ale to było tylko złudzenie. To trwało krótko. Manifestowano patriotyzm w kościołach, a próby zjednania biskupów, aby położyli kres tym manifestacjom, zakończył się fiaskiem.
Manifestacja związana z pogrzebem arcybiskupa Fijałkowskiego i zapowiedź manifestacji w rocznicę śmierci Tadeusza Kościuszki były bezpośrednimi powodami wprowadzenia stanu wojennego 14 października. Myliły się władze sądząc, że drakońskie przepisy stanu wojennego z jednej strony, a za uległość społeczeństwa mgliste obietnice jego zawieszenia z drugiej – ostudzą nastroje społeczeństwa. Już na drugi dzień ludzie tysiącami szli do kościołów, a gdy rozległ się zakazany hymn, kazano kościoły otoczyć wojskiem, a w nocy pod wpływem nienawidzącego Polaków generała-gubernatora zapadła decyzja zdobycia kościołów siłą. Pijani i rozdrażnieni żołnierze rzucili się na rozmodlonych ludzi. Aresztowano 1687 mężczyzn. W mieście patrole kozackie biły wszystkich napotkanych przechodniów.
Ogłoszenie stanu wojennego i wypadki z 15 października przekonały nawet tych, którzy dotychczas byli skłonni iść na wszelkie kompromisy, że jakakolwiek ugoda z władzami jest niemożliwa. Wielopolski, cierpiący na patologiczną wręcz ślepotę w odczuwaniu społecznych nastrojów, nie chciał zrozumieć, że zemsta i bezwzględność w polityce nie popłacają, podczas gdy nawet wielki jego zwolennik Przyborski twierdził, że rząd, który rozkazami zmusza swoich poddanych do lojalności, przestaje być rządem.
W końcu lud w zimowy wieczór 22 stycznia 1863 roku poderwał się do powstania zbrojnego. Powstanie, które choć przegrane, poszerzyło niepomiernie krąg Polaków świadomych swej tożsamości, świadomych spuścizny ojców i dziadów, świadomych swych dążeń jako naród. Było ono wielkim ziarnem rzuconym w polską glebę. I nadal pozostała w świadomości dążność do wolności, w myśl tego, co mówił poeta: „Walka o wolność, gdy się raz zaczyna, z ojca krwią spada dziedzictwem na syna..."
Przyszła pierwsza wojna światowa. Była to jedyna wojna w ostatnich dwustu latach, którą Polska wygrała. Wojna, po której nie narzucono nam ani ustroju, ani władzy. A kiedy niedługo potem ta prawdziwa wolność została zagrożona od wschodu, poderwał się cały naród, by jej bronić. I wtedy Matka Najświętsza pokazała w sposób szczególny, w uroczystość Wniebowzięcia, że jest Polski Królową. Dokonała cudownego zwycięstwa niedaleko Warszawy, a zwycięstwo to pozostało w pamięci narodu jako cud nad Wisłą.
Potem w czasie okupacji zerwał się lud Warszawy do powstania latem 1944 roku. Do powstania, które pochłonęło tyle ofiar przede wszystkim dlatego, że Warszawa została opuszczona przez sprzymierzeńców, którzy zamiast przyjść jej z pomocą, patrzyli jak Warszawa kona i broczy krwią. A opuszczony lud Warszawy składał na ołtarzu wolności Ojczyzny najlepszych swoich synów... Bo „walka o wolność, gdy się raz zaczyna, z ojca krwią spada dziedzictwem na syna..."
To o ulicach Warszawy można powiedzieć słowami poety Jerzego Zagórskiego:
„Weź do ręki tej ziemi garstkę, Ściśnij w dłoni, krew z niej popłynie I jak gołąb w ręku zatrzepota, Bo w tej ziemi, krwią znaczonej glinie Każda kości męczeńskich warstwa Jest relikwią, aniołem ze złota”.
Dążność do wolności nie skończyła się i po II wojnie światowej. Mieliśmy przykłady kolejnych zrywów narodu, zrywów, w których bardziej niż o chleb powszedni wołano o prawo do wolności, o poszanowanie ludzkiej godności. Bo te prawa szanowane nie były.
Zmarły prymas, kardynał Stefan Wyszyński, w ostatnim roku swojego życia powiedział, że „świat pracowniczy na przestrzeni ostatnich dziesiątek lat doznał wielu zawodów i ograniczeń.
Ludzie pracy i całe społeczeństwo przeżyło w Polsce udrękę podstawowych praw osoby ludzkiej – ograniczenie wolności myślenia, światopoglądu, wyznawania Boga, wychowania młodego pokolenia. Wszystko to było stłamszone. Na odcinku pracy zależnej stworzono specjalny model ludzi zmuszanych do milczenia i do wydajnej pracy. Gdy ten ucisk wszystkich dostatecznie umęczył – powstał zryw ku wolności. Powstała »Solidarność«".
A współczesny poeta napisał:
„Nigdy jeszcze tak okrutnie nie chłostano grzbietów naszych, batem kłamstwa i obłudy w blaskach pieców, w zgiełkach maszyn. Jeszcze nigdy tak wyraźnie nie widziano twarzy zdrady czyhającej z żelaznych bram zagłady..." [autor nieznany]
Wolność jest rzeczywistością, którą Bóg wszczepił w człowieka, stwarzając go na swój obraz i podobieństwo. Naród z tysiącletnią tradycją chrześcijańską zawsze będzie dążył do pełnej wolności. Bo dążenia do wolności nie pokona się przemocą, gdyż przemoc jest siłą tego, kto nie posiada prawdy. Człowieka można przemocą ugiąć, ale nie można go zniewolić. Polak miłujący Boga i Ojczyznę powstanie z każdego poniżenia, bo zwykł klękać tylko przed Bogiem. Zbyt wiele mamy tego przykładów w historii zamierzchłej, jak i współczesnej.
Warto na koniec naszych rozważań przypomnieć słowa obecnego prymasa, kardynała Józefa Glempa, który 7 listopada ubiegłego roku w Lublinie powiedział: „Naród, który doznaje upokorzeń, ma prawo do protestu, ma prawo do domagania się swoich praw... Ma prawo do bycia sobą...”
Módlmy się dzisiaj, w sto dwudziestą rocznicę patriotycznego zrywu powstańców, o to, abyśmy umieli pielęgnować dążność do prawdziwej wolności w nas samych, w naszych rodzinach, w środowiskach i miejscach pracy oraz w całym naszym narodzie. Amen. .........................................................................................................................
27 lutego 1983 W osobie Jezusa Chrystusa spełniły się dokładnie słowa proroka Izajasza, które przypomniał nam czytany przed chwilą fragment Ewangelii: „i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobra nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie, abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana" (Łk 4,18-19).
Cała działalność Jezusa Chrystusa zmierzała do tego, aby uświadomić ludziom, że do wolności zostali stworzeni, do wolności dzieci Bożych. Całym swoim życiem ziemskim Chrystus pomagał ludziom zrozumieć sens i wartość cierpienia. Przez cuda dokonywane swoją Bożą mocą umniejszał ludzkie cierpienia fizyczne i duchowe. Uczulał ludzi na cierpienie i ból innych.
Bóg stworzył człowieka wolnym do tego stopnia, że może on Boga przyjąć lub Go odrzucić. Miłość nie istniałaby, gdybyśmy byli do niej zmuszani.
Skąd więc na świecie niewola, dlaczego więzienia?
Są więzienia niewidzialne, jest ich bardzo wiele. Są więzienia, w których ludzie rodzą się, rosną i umierają. Są więzienia systemów i ustrojów. Te więzienia nie tylko niszczą ciała, ale sięgają dalej, sięgają duszy, sięgają głęboko prawdziwej wolności.
Człowiek zbudował też więzienia z cegły i kamienia. Więzienia ogrodzone murem lub drutem kolczastym.
I skoro system wartości Bożych został przez człowieka zburzony, te więzienia czasami są potrzebne.
Nie jest jednak dobrze, gdy te mury więzienne wykorzystywane są do zamykania tych, którzy inaczej myślą, inaczej czują, inaczej pragną dobra Ojczyzny.
Już w maju 1968 roku słyszeliśmy z ust biskupów polskich: „Z powodu odmiennych swoich przekonań nikt nie może być zniesławiony jako wróg. Doszukiwanie się wrogów w ludziach tylko dlatego, że dobra narodu pragną według odmiennych swoich przekonań, nie służy moralności społecznej, a prócz tego pozbawia naród wielu szlachetnych sił i inicjatyw, które mogą przyczynić się do ubogacenia życia społecznego w różnych dziedzinach..."
Jakże aktualnie brzmią słowa biskupów i dzisiaj, gdy w Ojczyźnie naszej, po wyrokach albo czekając na rozprawy sądowe, przebywa w więzieniach tak wiele naszych sióstr i braci. Przebywa za to, że dobra Ojczyzny pragnęli i pragną według odmiennych przekonań, według przekonań wspólnych milionom Polaków.
Ojciec Święty Jan Paweł II w swojej wielkiej modlitwie zanoszonej do Matki Bożej Częstochowskiej podczas stanu wojennego wiele razy wołał: „Matko, błagam Cię, aby wyszli na wolność wszyscy, którym tę wolność niesłusznie odebrano...”
Również biskupi wielokrotnie wyrażali nadzieję, że „stan wojenny jak najrychlej się skończy, internowani będą zwolnieni, wobec skazanych za czyny związane ze stanem wojennym będzie stosowana amnestia..." (14 II 1982).
Z końcem ubiegłego roku, pomimo tylu starań biskupów, internowani zostali zwolnieni na apel nie biskupów, ale nowo uformowanej organizacji. Chociaż od tego czasu minęły dwa miesiące, trudno nam jednak ciągle zrozumieć, dlaczego kilku naszym braciom w przeddzień Bożego Narodzenia internowanie zmieniono na aresztowanie. Dlaczego musieli czekać ponad rok w obozie dla internowanych, aby się dowiedzieć, że są oskarżeni o czyny, których nie popełnili? Czy nie jest to symboliczny proces przeciwko całej „Solidarności”?
Chrystus jest w sposób szczególny z tymi, którzy cierpią. Utożsamia się z nimi, gdy mówi: „byłem w więzieniu, a przyszliście do mnie..., byłem głodny, a daliście mi jeść" (Mt 25,35-43).
Czyż Chrystus nie jest w sposób szczególny z tymi, którzy zza krat więzienia na Rakowieckiej piszą do siostry, żony, matki następujące słowa: „Nie zamartwiaj się z mojego powodu. Wiedz, że jestem w stanie znieść wszystko, cokolwiek będzie trzeba. Ciebie proszę, abyś zachowała niezłomną wiarę w opatrzność Bożą i zawsze postępowała jak prawdziwy człowiek i Polka. Wykaż odwagę i hart ducha i módl się za sprawę i za mnie do Matki Boskiej Częstochowskiej". To są słowa jednego z więzionych członków „Solidarności”. Tak myśleć, czuć i pisać mogą tylko ludzie wierni swoim ideałom, wierni swojemu sumieniu.
Jeżeli tam, za kratami więzienia, bracia nasi potrafią wlewać w serca swoich najbliższych ufność i wiarę w Boga, wierność słusznej sprawie, to o ileż bardziej powinniśmy czynić to my, którzy mamy przecież możliwość poświęcania naszych sił i naszego serca dla dobra innych.
Czy pamiętamy, że ci bracia nasi, skazani za czyny z dekretu o stanie wojennym, bracia nasi, o amnestię dla których dopominali się biskupi również przed paroma tygodniami, bronili godności robotnika? Że chcieli być do końca wierni ideałom i marzeniom, pod którymi w 1980 roku podpisywały się miliony ludzi?
Jak ważna jest dla nich i dla nas świadomość, że trwa wzajemna solidarność ludzkich serc, że ich troski są naszymi troskami! Świadomość, że ich rodziny są otoczone opieką materialną i duchową. Świadomość, że każdego dnia w naszych domach rodzinnych przy wieczornym pacierzu prosimy Boga za niewinnie więzionych, o siłę wytrwania i wolności dla nich. Świadomość, że modlimy się sami i uczymy dzieci modlitwy za nasze narodowe, patriotyczne zrywy i ideały.
Szatan będzie umacniał swoje królestwo na ziemi i w naszej Ojczyźnie, królestwo zakłamania, nienawiści i zastraszenia, jeżeli my wszyscy nie będziemy na co dzień stawali się coraz silniejsi Bogiem i Jego łaską. Jeżeli nie będziemy z troską, sercem i miłością pochylali się nad braćmi naszymi cierpiącymi niewinnie w więzieniach i nad ich zatroskanymi rodzinami.
Są środowiska, gdzie rodziny uwięzionych otacza się opieka i powszechnym szacunkiem. Ale są też takie, gdzie strach jest silniejszy od poczucia moralnego obowiązku.
Pamiętajmy słowa Chrystusa: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z braci moich najmniejszych, mnieście uczynili...” (Mt 25,40).
Biskupi upominają się o amnestię i w czytanym dzisiaj komunikacie, o amnestię, która ma spowodować uwolnienie wszystkich więzionych za czyny z dekretu o stanie wojennym. Amnestia, abolicja, a nie akt łaski. Bo to nie może być zrzucenie kajdan z rąk, a założenie ich na duszę.
Piszą kobiety więzione w Fordonie: „Chcemy wyjść na wolność, ale nie za wszelka cenę. Nie za cenę wyrzeczenia się ideałów, nie za cenę zdrady samego siebie i tych, którzy nam zaufali..."
„Postawmy prawdę na świeczniku", jak mówią słowa wiersza. Postawmy życie w prawdzie na pierwszym miejscu, jeżeli nie chcemy, by nasze sumienie porosło pleśnią. Słowa prawdy, życie w prawdzie może kosztować, jest czasami ryzykowne. Ale, jak mówił zmarły prymas kardynał Stefan Wyszyński: „Tylko za plewy się nie płaci. Za pszeniczne ziarno prawdy trzeba czasami zapłacić..."
Nie sprzedawajmy swoich ideałów za misę ciepłej soczewicy. Nie sprzedawaj swoich ideałów kupcząc twoim bratem. Od ciebie, od nas wszystkich zależy, od naszej troski o braci niewinnie uwięzionych i od naszego życia w prawdzie na co dzień, jak szybko nadejdzie czas, gdy będziemy solidarnie i z miłością dzielić nasz chleb powszedni.
W tym czasie, kiedy tyle sił potrzeba naszemu narodowi, aby odzyskać i zachować wolność, prosimy Boga, aby napełnił nas mocą swojego Ducha. Aby uspokoił nasze serca i dodał ufności w zwycięstwo dobra nad złem. Aby oświecił zaćmione umysły naszych braci. Aby wzbudził w narodzie ducha prawdziwej solidarności ludzkich serc. Niech biją rytmem serca Bożego, które tak bardzo nas umiłowało. Amen. ............................................................................................................................
24 kwietnia 1983 Słowa Ewangelii, które przed chwilą usłyszeliśmy, odnoszą się w sposób szczególny do ludzi ciężko pracujących. „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię... " (Mt 11,28). Ludzie ciężko pracujący potrzebują szczególnego zrozumienia ich wysiłku, trudu i przelewanego potu.
Praca jest nieodzownym towarzyszem człowieka. Ma ona służyć człowiekowi, ma człowieka uszlachetniać. Stąd człowiek nie może być niewolnikiem pracy i w człowieku nie wolno widzieć tylko wartości ekonomicznych. W życiu osobistym, społecznym czy zawodowym nie można budować tylko na materializmie. Materia nie może brać góry nad duchową stroną człowieka. Już Stanisław Witkiewicz w 1904 roku zapytywał: „Co jest siłą narodu? Osiągnięcia materialne czy wielkie ideały?", i odpowiedział: „Ile razy z życia narodu giną wielkie idee, wielkie hasła, wskazujące dalekie i olbrzymie cele do osiągnięcia, tyle razy społeczeństwa rozbijają się na małe grupy działające w obrębie swoich interesów, na drobne związki, dążące do drobnych celów...". Im bardziej społeczeństwo jest podzielone, tym łatwiej jest nim rządzić, łatwiej nim poniewierać. Dziel i rządź – znamy wszyscy to powiedzenie. Łatwo jest dzielić społeczeństwo, gdyż w życiu obywateli nie ma właściwych proporcji między materią a tym, co duchowe. Człowiek pracy ma uszlachetniać materię, ale przez pracę ma również sam się uszlachetniać. A tymczasem, jak pisał już papież Pius XI w encyklice Quadragesimo anno, „materia wychodzi z warsztatu pracy uszlachetniona, a człowiek staje się gorszy, wynędzniały, zmarniały, przedwczesny inwalida..."
Spróbujmy się dzisiaj wspólnie zastanowić, dlaczego praca w naszej Ojczyźnie często nie jest czynnikiem, który ubogaca, uszlachetnia człowieka. Co jest powodem, że kraj, który potrafił w przeszłości innym narodom przychodzić z pomocą, dzisiaj musi tonąć w długach i wyciągać rękę po jałmużnę? Dlaczego człowiek często tylko jest robotem, który ma obowiązek wykonywać plany układane przez teoretyków, i to najlepiej, jeżeli czyni to z zamkniętymi ustami.
Myślę, że powodów każdy z obecnych mógłby podać wiele. Spróbujmy spojrzeć na niektóre z nich.
1. Brak Boga.
Chciano przez dziesiątki lat, za wszelką cenę, programowo, urzędowo wyłączyć Boga z przebudowy społeczno-gospodarczej. A jeżeli brak Boga, to i brak praw Bożych, brak moralności chrześcijańskiej, zakorzenionej mocno i sprawdzonej w tysiącletniej tradycji naszej Ojczyzny. Bóg, modlitwa i praca w połączeniu ze sobą pomagają dopiero człowiekowi widzieć sens jego życia i trudu. Człowiek pracujący ciężko, bez Boga, bez modlitwy, bez ideałów będzie jak ptak z jednym skrzydłem dreptał po ziemi. Nie potrafi się wzbić wysoko i zobaczyć większych możliwości, większego sensu bytowania na ziemi. Będzie jak okaleczony ptak krążył wkoło swojego dzioba. Rozumiał to doskonale zmarły przed dwoma laty Prymas Tysiąclecia, gdy wołał: „Otwórzcie bramy fabryk, warsztatów, klinik i różnych miejsc pracy – od szczytów kominów fabrycznych aż po głębię kopalnianych sztolni – aby wlać w nie nowe życie...", aby wlać w nie Boga. A w czasie „Solidarności" udowodniono, że dążąc do przebudowy społeczno-gospodarczej wcale nie trzeba zrywać z Bogiem.
2. Brak sprawiedliwości i prawdy. A więc niesprawiedliwość i zakłamanie.
Jeżeli stwarza się ludziom pracującym sytuację, gdzie – aby utrzymać kilkuosobową rodzinę – muszą brać dodatkowe etaty lub pracować w niedzielę, dokonuje się mordu na ludzkich sumieniach. Niszczy się rodziny. Okrada się dzieci z czasu, który rodzice powinni im poświęcić. Za godziwą pracę musi być godziwa zapłata, sprawiedliwa zapłata. Aby zarobić więcej, górnik idzie do pracy w niedzielę, kosztem mszy świętej, kosztem czasu należnego rodzinie, kosztem własnego wypoczynku. Czy będzie bez wypoczynku dobrze pracował w poniedziałek? I pyta górnik, który za pracę w niedzielę otrzymuje co najmniej podwójną stawkę, pyta sam siebie: „Wydobyłem w niedzielę tyle samo węgla, co w piątek, a może i mniej, a zapłatę otrzymałem wyższą. Kiedy więc zostałem oszukany – w piątek czy w niedzielę?
Kto odpowiada za wypaczenia zawodowe w Ojczyźnie, gdy mówi się, że praca idzie dobrze, że są same osiągnięcia, a robotnik wie najlepiej, że w rzeczywistości jest inaczej.
Wysiłek, praca, wymagają wewnętrznego ładu, zdrowych zasad moralnych, a nawet bodźców i motywów religijnych, aby dobrze służyły człowiekowi. Ekonomia gospodarcza wymaga pomocy sił moralnych. Pracodawca musi kierować się sprawiedliwością. Człowiek nie może być pozbawiony pracy czy wyższego stanowiska dlatego tylko, że myśli inaczej, że jest dla kogoś wyrzutem sumienia, że ma inny od narzuconego pion polityczno-moralny, dlatego że aktywnie działał w „Solidarności”. To wszystko nie pomaga wychodzić z kryzysu gospodarczego, ale śmiem twierdzić, że go jeszcze pogłębia.
3.Brak wolności.
Przypomnę tu cytowany już w styczniu bieżącego roku fragment wypowiedzi zmarłego prymasa kardynała Stefana Wyszyńskiego: „...świat pracowniczy na przestrzeni ostatnich dziesiątek lat doznał wielu zawodów i ograniczeń. Ludzie pracy – i całe społeczeństwo przeżyło w Polsce udrękę podstawowych praw osoby ludzkiej, ograniczenie wolności myślenia, światopoglądu, wyznawania Boga, wychowania młodego pokolenia. Wszystko to było stłamszone. Na odcinku pracy zawodowej stworzono specjalny model ludzi zmuszonych do milczenia i do wydajnej pracy...". Zagubiono więc charakter osobowy pracy. A kiedy zrodziła się z bólu i poniewierki robotniczej „Solidarność”, to nie było to nic innego, jak wielki krzyk ludzi pracy o sprawiedliwość, o większą świadomość, że pracujemy u siebie i dla siebie, wielkie wołanie o szacunek dla człowieka pracy. Nastąpił wtedy w ojczyźnie naszej wielki proces budzenia się świadomości, że chcemy być odpowiedzialni za naród i jego losy, za życie i współżycie społeczne; a nawet za charakter sprawowania władzy, która ma być służbą, a nie przemocą.
4. Brak poszanowania ludzkiej godności.
Nie może być dobrze w krajach, gdzie człowiekiem można poniewierać, gdzie można go fałszywie oskarżać pod osłona rzekomego prawa, gdzie ustawy są nie dla dobra człowieka, ale skierowane często przeciwko człowiekowi, ustanowione dla udręczenia człowieka. W sprawie ustaw godzących w wartość człowieka wysyłali memoriały do rządu również i nasi biskupi. A przecież już na ten temat wypowiedział swoje zdanie w starożytności Tacyt, gdy pisał: „Im bardziej chore jest państwo, tym więcej w nim ustaw i rozporządzeń". A więc może warto poszukać choroby gdzie indziej, niż tylko w społeczeństwie?
5. Brak miłości.
Tam, gdzie jest niesprawiedliwość, gdzie jest przemoc, zakłamanie, nienawiść, nieszanowanie ludzkiej godności, tam brakuje miejsca na miłość, tam brakuje miejsca na serce, na bezinteresowność, na wyrzeczenia. A bez tych wartości – nie wolno nikomu o tym zapominać – trudno będzie nadać pracy właściwy sens, trudno będzie wyciągnąć kraj z wszelkiego rodzaju kryzysów. Miłość zaś musi iść w parze z męstwem.
Pozwólcie, że zacytuję tu fragment z książki Uświęcenie prac zawodowej, której autorem jest cytowany już dzisiaj parokrotnie zmarł przed dwoma laty ksiądz prymas:
„Dopiero wtedy chrześcijanin spełnia godnie i należycie swe obowiązki zawodowe, rodzinne, narodowe i państwowe, gdy jest mężny, gdy mężnie wyznaje swe zasady, gdy się ich nie wstydzi, gdy nie odstępuje od nich dla lęku i chleba. Biada społeczeństwu, którego obywatele nie rządzą się męstwem! Przestają być wtedy obywatelami, stają się zwykłymi niewolnikami! To męstwo czyni z ludzi obywateli, bo człowiek mężny jest świadom swych praw w społeczeństwie i obowiązków, które na nim ciążą. Człowiek jest obywatelem, gdy stoi na stanowisku swych praw w społeczeństwie, gdy ich broni, i w oparciu o nie wypełnia obowiązki: zawodowe, rodzinne, państwowe i religijne. Jeżeli obywatel rezygnuje z cnoty męstwa, staje się niewolnikiem i wyrządza największą krzywdę sobie, swej ludzkiej osobowości, rodzinie, grupie zawodowej, narodowi, państwu i Kościołowi, chociaż byłby łatwo pozyskany dla lęku i bojaźni, dla chleba i względów ubocznych. Biada władcom, którzy chcą pozyskać obywatela za cenę zastraszenia i niewolniczego lęku! Rządzą wtedy nie ludźmi, lecz – wybaczcie to słowo – rzeczami. Jeśli władza rządzi zastraszonymi obywatelami, obniża swój autorytet. Zubaża się życie narodowe, kulturalne i wartość życia zawodowego. Męstwo należy do zasadniczych elementów życia obywatelskiego. Dlatego obok obowiązku miłości chrześcijanin ma obowiązek męstwa..."
Bądźmy więc silni miłością i męstwem oraz nadzieją. Miejmy przekonanie, że nic nie da się wymazać z dziejów narodu, co raz miało miejsce. Miejmy przekonanie, że wydarzenia lat osiemdziesiątych, związane ze słowem „Solidarność" – jak mówił Ojciec Święty 3 maja ubiegłego roku – „mają także jakąś wielką nośność w życiu narodu, w jego dążeniu do tożsamości, woli kształtowania przyszłości. Chociaż spadło na nas doświadczenie dziejowe, to nie tracimy przeświadczenia, przekonania, że również te treści i te wydarzenia, jak kiedyś Konstytucja 3, będą kształtowały życie narodu. Dlatego, że pochodzą z jego ducha, odpowiadają jego duchowi, a Naród musi żyć swoim własnym duchem, jeżeli ma żyć!...”
Może nam się dzisiaj wydawać, jak nieraz w historii, że przegraliśmy, że toczyliśmy zbędne boje, że niepotrzebnie narażaliśmy się. A jednak musimy wierzyć, że przyjdą czasy, kiedy nasze wysiłki i trudy – dziś bezowocne – będą owocowały dla dobra naszej umiłowanej Ojczyzny. Amen. .................................................................................................................................
29 stycznia 1984 „Tak Bóg umiłował świat, że Syna Swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie umarł, ale miał życie wieczne..." (J 3,16).
Tak Bóg umiłował człowieka, że uczynił go swoim dzieckiem, podniósł go do godności dziecka Bożego.
Czy my dostatecznie zdajemy sobie sprawę z tego wielkiego wyróżnienia, jakim jest Boże synostwo? Czy zdajemy sobie sprawę z tej wielkiej godności otrzymanej od Boga? – jak wolność jest nam przez Boga nie tylko dana, ale jednocześnie zadana, tak jest też z godnością człowieka. Jest nam ona zadana na całe życie. I od nas zależy, czy ten dar godności dziecka Bożego doniesiemy do końca naszej życiowej drogi.
Przykładem człowieka, który, służąc całym sercem Bogu, rodzinie i ojczyźnie, potrafił zachować swoja godność do samego końca jest generał Romuald Traugutt, najwybitniejszy z przywódców powstania styczniowego. Dzisiaj kandydat na ołtarze. Powiedział o nim świętej pamięci Prymas Tysiąclecia, że nauczał nas wiązać miłość Ojczyzny z miłością w Boga. Łączył miłość Boga z miłością Ojczyzny, gdy pisał do generała Józefa Hauke-Bosaka, że „żołnierz polski powinien być prawdziwym żołnierzem Chrystusa: czystość obyczajów i nieskalana cnotę, a nie samowolę i demoralizację wszędzie roznosić powinien”.
Łączył miłość Boga i Ojczyzny, gdy tak tłumaczył objęcie przez siebie rządów: „Tylko nieograniczona ufność w opatrzność i niewzruszona wiara w świętość naszej sprawy dodała mi siły i odwagi, aby w takich okolicznościach przyjąć sponiewieraną władzę. Pamiętałem o tym, że władza jest aktem poświęcenia, a nie ambicji...”
Łączył miłość Boga i Ojczyzny, gdy pisał do Ojca Świętego Piusa IX: „Moskwa rozumie, że z katolicką Polską nie da sobie rady, toteż teraz największą wściekłość na naszych duchowych pasterzy wywiera".
Zachował godność, gdy życie nie szczędziło mu doświadczeń. Gdy Bóg w ciągu niespełna dwu lat zabrał mu pięć najdroższych osób.
Zachował godność, gdy pisał w odezwie do ludów Europy: „Nie przystoi jęczeć i błagać temu, kto występuje w imię obrażonych i podeptanych praw ludzkości, kto z niezachwianą wiarą w Najświętszą Sprawiedliwość, bezbronny, przeszło od pół roku walczy z rozwścieklonym wrogiem, nie zważając na liczbę sił i band jego, ale na świętość swej sprawy i bronionych przez siebie zasad”. I trzymał się zasady, że lepiej jest cierpieć z gorliwości o sprawy Boże, niż uzyskać pochwałę roztropności od nieprzyjaciół Boga i Kościoła.
Zachował godność, gdy pełen spokoju i poddania się woli Bożej, z prawdziwą chrześcijańska odwagą, ze złożonymi rękoma i oczami podniesionymi ku niebu, składał życie swoje w ofierze na ołtarzu miłości Ojczyzny. Docenili to mieszkańcy Warszawy, których dziesięciotysięczny tłum zebrał się u podnóża pobliskiej cytadeli, modląc się i śpiewając: „Święty Boże, Święty Mocny..."
Romuald Traugutt jest dla nas przykładem Polaka, który za powinność swoją uważał nieoszczędzanie siebie tam, gdzie inni wszystko poświęcili. Polaka, który zdawał sobie sprawę z tego, że kto chce wiele uczynić dla swojej Ojczyzny, nie może zasłaniać sobą Boga, ale musi z Bogiem współdziałać.
Powstanie styczniowe potwierdziło jeszcze raz, że sama siła fizyczna, choćby największa, nie może rozwiązać uczciwie i trwale problemów życia państwowego. Bo przemoc cara zdławiła powstanie, ale nie potrafiła zdławić dążenia polskiego narodu do życia w prawdzie i sprawiedliwości, w wolności i miłości.
Życie trzeba godnie przeżyć, bo jest tylko jedno. „Trzeba dziś bardzo dużo mówić o wysokiej godności człowieka, aby zrozumieć, że człowiek przerasta wszystko, co może istnieć na świecie, prócz Boga, przerasta mądrość całego świata..." [kardynał Stefan Wyszyński].
Zachować godność człowieka to pozostać wewnętrznie wolnym, nawet przy zewnętrznym zniewoleniu. Pozostać sobą – żyć w prawdzie – to jakieś minimum, aby nie zamazać w sobie obrazu dziecka Bożego.
„Kariera każdego człowieka na ziemi – mówi zmarły Prymas – zaczyna się w pieluszce, choćby dziś nosił mundur ambasadora czy generała, i w pieluszce, może nieco większej, się skończy". Dlatego nie wystarczy urodzić się człowiekiem. Trzeba jeszcze być człowiekiem.
Zachować godność to być sobą w każdej sytuacji życiowej. To stać przy prawdzie, choćby miała ona nas wiele kosztować. Bo prawda wypowiadana w słowie kosztuje. Tylko za plewy się nie płaci. Za pszeniczne ziarno prawdy trzeba zapłacić. Każda rzecz, każda sprawa wielka musi kosztować i musi być trudna. Tylko rzeczy małe i liche są łatwe. Mówił już poeta Novalis, że „człowiek opiera się na prawdzie. Jeśli zdradził prawdę, zdradza siebie". Kłamstwo poniża ludzka godność i zawsze było cechą niewolników, cechy ludzi małych.
A Ojciec Święty w lutym ubiegłego roku wołał: „Nie jesteś niewolnikiem. Nie wolno ci być niewolnikiem. Jesteś synem".
Zachowanie godności, to życie zgodne z sumieniem. To budzenie i kształtowanie w sobie sumienia prawego. To dbanie o sumienie narodowe. Bo wiemy, że gdy sumienie narodowe zawodziło, dochodziło do wielkich nieszczęść w naszej historii . Jednak, gdy sumienie narodowe zaczynało się budzić, ożywiać się poczuciem odpowiedzialności za dom ojczysty, wtedy następowało odrodzenie narodu. Tak było w czasie zrywów powstańczych. Tak było podczas powstania styczniowego, tak było w czasie „Solidarności". „Polacy – tu znowu zacytuję zmarłego prymasa – mają wyrobione sumienie narodowe, umieją walczyć o ład w swojej Ojczyźnie, o obowiązkowość, o pokój Boży i o możność korzystania z wolności, która nam się wszystkim należy". My musimy w sobie tę umiejętność walki pielęgnować, jeżeli chcemy pozostać narodem, który choć z krzyżem na ramionach, ale z godnością kroczy ku zmartwychwstaniu.
Prawdziwa wolność jest pierwszą cechą człowieczeństwa. Ona jest szczególnym znakiem obrazu Bożego w człowieku. Ona została nam ofiarowana przez Boga. Ofiarowana nie tylko nam, ale i naszym braciom. Stąd też obowiązek upominania się o nią dla tych, którzy są jej niewinnie pozbawieni.
Zachować godność człowieka, godność dziecka Bożego, to żyć bez zakłamania. Obyś był zimny albo gorący. „Iluż to w Polsce jest takich ludzi – wołał cytowany już dzisiaj wielokrotnie Prymas Tysiąclecia – którzy udawali ateistów z obawy, lęku czy trwogi! (...) To jest ciężkie okaleczenie psychiki ludzkiej i to później wydaje swoje owoce, rzutuje na przyszłość”.
Nie zachowasz w pełni godności, gdy w jednej kieszeni będziesz nosił różaniec, a w drugiej książeczkę przeciwnej ideologii. Nie możesz służyć jednocześnie Bogu i mamonie. Musisz dokonać wyboru, ale dokonać go po głębokim przemyśleniu.
W każdym człowieku jest ślad Boga. Zobacz, bracie, czy nie zamazałeś go w sobie zbyt mocno. Bez względu na to, jaki wykonujesz zawód, jesteś człowiekiem. Aż człowiekiem.
W 1938 roku odbyła się na Jasną Górę pielgrzymka policjantów. Na ryngrafie, który ofiarowali Matce Bożej, napisali: „Wiara dziadów i ojców wiarą naszą, wiarą dzieci i wnuków naszych będzie”. Zachowaj godność, bo jesteś aż człowiekiem. Jakikolwiek byś zawód wykonywał. Bo zawód ma być dla człowieka, nie człowiek dla zawodu, tak jak pełna prawda o człowieku wymaga tego, by człowiek nie był dla systemu, ale system dla człowieka.
Bóg nigdy nie zrezygnuje ze swych dzieci, nawet z takich, które stoją do Niego plecami. I dlatego każdy ma szansę. Choćbyś po ludzku przegrał całkowicie, choćbyś stracił swoją godność i całkiem się zaprzedał, jeszcze masz czas. Zbierz się, ogarnij, dźwignij. Zacznij od nowa. Spróbuj budować na tym, co w tobie jest z Boga. Spróbuj, bo życie jest tylko jedno.
W końcu godność człowieka to również godność ludzkiej pracy. To prawo do takich warunków pracy, by ludzkie siły nie słabły, by człowiek nie był przedwcześnie wyniszczony. Nie jest rzeczą najważniejszą, aby człowiek w krótkim czasie zarobił wiele, ale by przez długi czas dobrze pracował. Można człowieka poniżyć, można odebrać mu godność również i przez pracę, gdy uczyni się go tylko narzędziem produkcji, gdy nadmierne bodźce pobudzają do nadmiernego wysiłku z pogwałceniem ładu Bożego. A cywilizacja o profilu czysto materialistycznym czyni człowieka niewolnikiem swoich własnych wytworów i obdziera go z jego prawdziwej wartości.
Nie wolno nam zapominać prawdy, że dla zachowania wiary i godności można poświęcić nawet wolność, ale dla zachowania wolności nigdy nie wolno poświęcić wiary i godności dziecka Bożego.
Ojciec Święty w sierpniu 1982 roku modlił się słowami: „Niech serce Matki sprawi, byśmy nie zaprzestali wysiłków o prawdę i sprawiedliwość, o wolność i godność naszego życia".
Trwajmy więc na drodze prawdy i wolności, na drodze zwyczajnych praw człowieka, na drodze poszanowania sumień, na drodze solidarności z braćmi niewinnie więzionymi, na drodze budowania solidarności serc i umysłów. Trwajmy na drodze zachowania ludzkiej godności i synostwa Bożego.
Niech nam w tym trwaniu dopomoże Pan Wszechmogący i Ta, która jest naszą Matką i Królową. ...........................................................................................................................
27 maja 1984 W okresie niechlubnego dla całej ludzkości
procesu Jezusa Chrystusa Piłat postawił pytanie, które było, jest i
będzie ciągle aktualne: „Co to jest prawda? (J 18,38)"
Dla chrześcijanina odpowiedź na to pytanie jest dość prosta. Dał nam ją
sam Chrystus, kiedy powiedział o sobie: „Ja jestem drogą, prawdą i
życiem" (J 14,6). Chrystus jest więc Prawdą. I wszystko, co On głosił,
jest prawdą. Kłamstwo nie miało dostępu do Jego ust. Za prawdę, którą
odważnie głosił, oddał swoje życie.
Apostołowie, dla których Jezus Chrystus stał się jedyną Prawdą, oddali za Niego swoje życie, głosząc odważnie światu Jego naukę.
Prawda i męstwo to wartości bardzo ważne w życiu każdego człowieka, a zwłaszcza w życiu chrześcijanina.
Chciałbym, abyśmy dzisiaj spróbowali przybliżyć sobie znaczenie tych dwu wartości dla naszego życia.
Prawda jest bardzo delikatną właściwością ludzkiego rozumu. Dążenie do
prawdy wszczepił w człowieka sam Bóg. Stąd w każdym człowieku jest
naturalne dążenie do prawdy i niechęć do kłamstwa. Prawda łączy się
zawsze z miłością, a miłość kosztuje, miłość prawdziwa jest ofiarna,
stad i prawda musi kosztować. Prawda, która nic nie kosztuje, jest
kłamstwem.
Żyć w prawdzie to być w zgodzie ze swoim sumieniem. Prawda zawsze ludzi
jednoczy i zespala. Wielkość prawdy przeraża i demaskuje kłamstwa ludzi
małych, zalęknionych. Od wieków trwa nieprzerwana walka z prawdą.
Prawda jest jednak nieśmiertelna, a kłamstwo ginie szybką śmiercią.
Stąd też, jak powiedział zmarły przed trzema laty kardynał Stefan
Wyszyński: „Ludzi mówiących w prawdzie nie trzeba wielu. Chrystus
wybrał niewielu do głoszenia prawdy. Tylko słów kłamstwa musi być dużo,
bo kłamstwo jest detaliczne i sklepikarskie, zmienia się jak towar na
półkach, musi być ciągle nowe, musi mieć wiele sług, którzy wedle
programu nauczą się go na dziś, na jutro, na miesiąc. Potem znowu
będzie na gwałt szkolenie w innym kłamstwie. By opanować całą technikę
zaprogramowanego kłamstwa, trzeba wielu ludzi. Tak wielu ludzi nie
trzeba, by głosić prawdę. Może być niewielka gromadka ludzi prawdy, a
będą nią promieniować. Ludzie ich sami odnajdą i przyjdą z daleka, by
słów prawdy słuchać". Nie możemy przyjmować i zadowalać się prawdami
łatwymi, powierzchownymi, propagandowymi i narzucanymi gwałtem. Musimy
nauczyć się odróżniać kłamstwo od prawdy. Nie jest to łatwe w czasach,
w których żyjemy, w czasach, w których powiedział współczesny poeta, że
„nigdy jeszcze tak okrutnie nie chłostano grzbietów naszych batem
kłamstwa i obłudy..." Nie jest łatwe dzisiaj, gdy w ostatnich
dziesiątkach lat urzędowo w glebę domu ojczystego zasiewano ziarna
kłamstwa i ateizmu, zasiewano ziarna laicystycznego światopoglądu, tego
światopoglądu, który jest filisterskim produktem kapitalizmu i
masonerii dziewiętnastego wieku. Zasiewano go w kraju, który od ponad
tysiąca lat jest wrośnięty mocno w chrześcijaństwo.
Każdy z nas tu obecnych mógłby podać wiele przykładów tego wszystkiego,
co nie służy rozwojowi prawdy i umacnianiu miłości społecznej w
Ojczyźnie naszej. Spójrzmy choćby na niektóre z nich.
Nie służą rozwojowi prawdy kłamstwo i półprawdy płynące szeroką rzeką w
środkach masowego przekazu. Nie służy układanie programów telewizyjnych
tylko pod kątem oficjalnej propagandy, świeckiej moralności, jakby w
Polsce w ogóle nie było chrześcijan. Przecież ludzie wierzący mają
prawo do filmów religijnych, pogadanek biblijnych, mają prawo za
pośrednictwem ekranu telewizyjnego towarzyszyć działalności Ojca
Świętego, który jest chlubą narodu.
Nie służy rozwojowi prawdy cenzura, która swoje ostrze kieruje nie
przeciwko złu, ale przeciwko szlachetnemu dobru, o czym świadczy choćby
fakt wykreślania z pism katolickich nawet słów Ojca Świętego i księdza
prymasa.
Zmarły Prymas Tysiąclecia mówił, że: „chirurgia czasopism jest swoista
i znamienna. Wycina się w piśmie lub przytłumia to przede wszystkim, co
jest najbardziej po katolicku zdrowe, mocne i przekonujące. (...) Tylko
i wyłącznie katolikowi nie wolno propagować skutecznie swoich poglądów.
Zabrania mu się nie tylko zwalczać poglądy przeciwne lub w jakiś inny
sposób polemizować, lecz po prostu nie wolno mu bronić przekonań swoich
czy przekonań ogólnoludzkich wobec napaści choćby najbardziej
oszczerczych i krzywdzących. Nie wolno prostować fałszów, które inni
mają pełną swobodę głosić i rozszerzać bezkarnie..." Niech tu
konkretnym przykładem będzie „Tygodnik Powszechny” z 20 maja bieżącego
roku, gdzie aż 23 razy interweniowała cenzura.
Nie służy rozwojowi prawdy narzucanie światopoglądu materialistycznego
wszystkimi możliwymi środkami propagandowymi i ukazywanie marksizmu
jako jedynego sposobu rozwiązania problemu robotniczego. Tu znowu
zacytuję wypowiedź Kardynała Wyszyńskiego z czerwca 1980 roku: „Musimy
być świadkami, że dzisiaj nadzieja na rozwiązanie proletaryzmu przez
marksizm maleje. Ujawnia się pełna nieudolność tej doktryny i okazuje
się, że marksizm właściwie odbudowuje kapitalizm, uzależniając
człowieka od systemu produkcji, a więc ponownie zniewolniczając go..."
Nie służy rozwojowi prawdy oczernianie i ukazywanie w negatywnym
świetle wszystkiego, czego dokonała „Solidarność” i zacieranie
wszystkimi możliwymi sposobami śladów po „Solidarności”. Bo przecież
naród wie, że z tym słowem, o którym ostatnio powiedział Ojciec Święty,
że jest „chlubnym słowem", wiążą się nadzieje i tęsknoty milionów
Polaków.
Nie służy rozwojowi prawdy więzienie ludzi za ich przekonania. Przecież
gdyby w przywódcy „Solidarności” i inni nasi bracia przebywali w
więzieniach za kłamstwo, to czy Kościół wkładałby tyle troski w ich
obronę? Czy zabiegałby o ich uwolnienie?
Nie służą prawdzie przemoc i demonstracja siły. Przemoc jest kłamstwem,
bo niszczy to, czego rzekomo broni. Aby dobrze rządzić państwem, należy
zaniechać gwałtu i kłamstwa, a wtedy powróci spokój i warunki do
owocnego budowania. Ale spokój nie może być rozumiany jako wymuszone
milczenie ludzi. Życia nie da się oszukać, jak nie da się oszukać
ziemi. Jeżeli wrzuci się w nią plewy, zbierze się chwasty.
Ewangelia Chrystusowa jest tak owocna przez wieki i ciągle aktualna, bo
jest prawdą. Ideologie, które kierują się kłamstwem i przemocą,
upadają, przynoszą złe owoce i spustoszenie moralne. Zbyt wiele tego
przykładów mamy w historii Europy i świata.
Podstawowym warunkiem wyzwolenia człowieka ku zdobywaniu prawdy i życia
prawdą jest zdobycie cnoty męstwa. Oznaką chrześcijańskiego męstwa jest
walka o prawdę. Cnota męstwa jest przezwyciężeniem ludzkiej słabości,
zwłaszcza lęku i strachu. Bo bać się w życiu trzeba tylko zdrady
Chrystusa za parę srebrników jałowego spokoju.
Chrześcijaninowi nie może wystarczyć tylko potępienia zła, kłamstwa,
tchórzostwa, zniewolenia, nienawiści, przemocy. Ale chrześcijanin musi
być prawdziwym świadkiem, rzecznikiem i obrońcą sprawiedliwości, dobra,
prawdy, wolności i miłości. O te wartości musi odważnie się upominać
dla siebie i innych. „Prawdziwie roztropnym i sprawiedliwym może być
tylko człowiek mężny (Jan Paweł II) .
„Biada społeczeństwu, którego obywatele nie rządzą się męstwem!
Przestaje być wtedy obywatelami, stają, się zwykłymi niewolnikami.
(...) Jeżeli obywatel rezygnuje z cnoty męstwa, staje się niewolnikiem
i wyrządza największa krzywdę sobie, swej ludzkiej osobowości,
rodzinie, grupie zawodowej, narodowi, państwu i Kościołowi, chociaż
byłby łatwo pozyskany dla lęku i bojaźni, dla chluby i względów
ubocznych...". Ale i „Biada władcom, którzy chcą pozyskać obywatela za
cenę zastraszenia i niewolniczego lęku! (...) Jeżeli władza rządzi
zastraszonymi obywatelami, obniża swój autorytet, zuboża życie
narodowe, kulturalne i wartość życia zawodowego..." (kardynał Stefan
Wyszyński).
Troska więc o męstwo powinna leżeć w interesie zarówno władzy, jak i obywateli.
W dużej mierze sami jesteśmy winni naszemu zniewoleniu, gdy ze strachu
albo dla wygodnictwa akceptujemy zło, a nawet głosujemy na mechanizm
jego działania. Jeśli z wygodnictwa czy lęku poprzemy mechanizm
działania zła, nie mamy wtedy prawa tego zła piętnować, bo my sami
stajemy się jego twórcami i pomagamy je zalegalizować.
Egzamin z męstwa zdali robotnicy w sierpniu 1980 roku, a wielu z nich zdaje go nadal.
Okazali męstwo uczniowie szkoły w Miętnem, którzy odważnie stanęli obronie krzyża Chrystusowego.
Egzamin z męstwa zdali w ostatnim czasie nasi więzieni bracia, którzy
nie wybrali wolności za cenę zdrady swoich i naszych ideałów.
Niech na koniec będzie nam ostrzeżeniem świadomość, że naród ginie, gdy
brak mu męstwa, gdy oszukuje siebie, mówiąc, że jest dobrze, gdy jest
źle, gdy zadowala się tylko półprawdami.
Niech na co dzień towarzyszy nam świadomość, że żądając prawdy od
innych, sami musimy żyć prawdą. Żądając sprawiedliwości, sami musimy
być sprawiedliwi w stosunku do ajbliższych. Żądając odwagi i męstwa
musimy być na co dzień mężni i odważni.
Amen. .................................................................................................................
26 sierpnia 1984 Poprzez
wieki historii naszego narodu Maryja, Matka Syna Bożego, była
nierozdzielnym elementem jej dziejów. Obrała sobie tron królowania na
Jasnej Górze i uczyniła, że w tym miejscu Polacy zawsze, a zwłaszcza w
czasach największych zniewoleń narodu, czuli się prawdziwie wolni.
Zarówno pod Grunwaldem, jak i w czasie szwedzkiego najazdu, pod
Wiedniem i w 1920 roku, w czasie II wojny światowej, a zwłaszcza w
czasach powojennych była Tą, która umacniała w narodzie polskim
nadzieję.
W czasach zaborów, zwłaszcza na terenie zaboru rosyjskiego, czynnik
religijny i maryjny dominował w manifestacjach patriotycznych. Carscy
czynownicy walczyli również i z pieśniami maryjnymi, które
rozbrzmiewały w kościołach. Sotnie kozackie widziały też w Matce
Boskiej Częstochowskiej swojego wroga. Szukano po domach obrazków z Jej
wizerunkiem. Zdzierano z drzwi domów i murów kamienic obrazki, które
były naklejane w formie jakby niepisanych ulotek. Z pewnym lękiem
słuchali urzędnicy carscy z komisji śledczych o tak zwanych „wojennych
czynach" Pani Jasnogórskiej, której w czasie powstania styczniowego nie
wahali się kiedyś nazwać główną rewolucjonistką.
W 1920 roku, a więc niedługo po odzyskaniu niepodległości, Episkopat
Polski ponowił obranie Matki Boskiej Częstochowskiej na Królową Polski.
A wśród uroczystych słów aktu deklarowano: „Tutaj, na Jasnej Górze,
gdzie każdy kamień głosi cuda Twojej nad narodem naszym opieki,
wyciągamy ku Tobie, Matko litości, błagalne dłonie, byś w ciężkiej
kraju potrzebie przyszła nam z pomocą”.
Zawsze Maryja dla narodu była Matką podtrzymującą swe dzieci w wierze i nadziei, że odmieni się los udręczonej Ojczyzny.
Poprzez obraz Czarnej Madonny, o którym pisze Lechoń, że widać go
„w każdej polskiej chacie.
I w kościele, i w sklepiku, i w pysznej komnacie
W ręku tego, co umiera, nad kołyską dzieci..."
docierała wszędzie tam, gdzie budziła się wiara i nadzieja. W swoim
obrazie dotarła również w sierpniu 1980 roku do Gdańskiej i
Szczecińskiej Stoczni, dotarła do kopalń na Śląsku i do Huty Warszawa.
Była przy kolejnym zrywie patriotycznym naszego narodu, była przy
rodzeniu się „Solidarności”.
Dzisiaj, w czwartą rocznicę powstania „Solidarności”, mamy obowiązek
szczegółowiej przywołać w swojej pamięci nastroje tamtych gorących
sierpniowych dni. Dni, w których troski o dom ojczysty, w bólu i
niepokoju serca, w umęczeniu fizycznym i duchowym, na klęczkach z
różańcem w ręku, na klęczkach przy polowych ołtarzach, z patriotycznymi
i religijnymi pieśniami na ustach, w rozpaczliwym wołaniu robotników o
godność człowieka i pracy, z poparciem inteligencji i świata kultury
rodziła się solidarność polskiego narodu. Solidarność narodu miała
swoje korzenie już w poprzednich wołaniach o prawdę i sprawiedliwość z
roku 1956, 1968, 1970 i 1976 . Miała swoje korzenie we łzach, krzywdzie
i krwi robotniczej, miała swoje korzenie w poniżeniu młodzieży
akademickiej. Dlatego szybko rozrosła się w potężne drzewo ogarniające
swoimi konarami cały kraj. I chociaż rozwijała się burzliwie, to jednak
przez piętnaście miesięcy jej legalnego działania, nikt z jej winy nie
został zabity ani raniony. Solidarność zrodzona w sierpniu 1980 roku to
nie tylko związek zawodowy o tej nazwie, który ukształtował się parę
miesięcy później, ale to dążenie całego narodu ku prawdzie,
sprawiedliwości i wolności. Potwierdzeniem, że to była solidarność
narodu jest również i fakt, że stan wojenny wprowadzono przeciwko
całemu narodowi, a nie tylko przeciwko związkowi zawodowemu.
Przed dwoma laty, w sierpniu, powiedziałem, że „Solidarności” została
zadana rana, która ciągle krwawi, ale nie jest to rana śmiertelna, bo
nie można uśmiercić nadziei. Dzisiaj jeszcze bardziej widzimy i
odczuwamy, zwłaszcza gdy podziwiamy wierność ideałom naszych braci,
którzy powrócili z więzień, bardziej widzimy i odczuwamy, że nadzieje
Sierpnia '80 żyją i przynoszą owoce. Dzisiaj są one cenniejsze, bo
weszły do ludzkich serc i umysłów. Tego, co jest w sercu, co jest
głęboko związane z człowiekiem, nie można zlikwidować takimi czy innymi
i ustawami, i zakazami. Myślę, że będzie tu na miejscu przypomnienie
pewnej historii, która miała miejsce w jednym z głodujących
afrykańskich państw, gdzie przywódca kraju zakazał swoim poddanym, pod
groźbą surowej kary, używać słowa „głód" i obwieścił całemu światu, że
problem głodu w jego kraju został zlikwidowany. W naszym kraju problem
istnieje i będzie istniał, bo „Solidarność" to nadzieja na zaspokojenie
głodów ludzkiego serca, głodu miłości, sprawiedliwości i prawdy. Nie
wolno tym słowem poniewierać i zamykać go w rzekomo „niechlubnej
przeszłości". Tym słowem, o którym Ojciec Święty powiedział, że jest
„chlubnym słowem", i które zostało nagrodzone najwyższym światowym
odznaczeniem, Pokojową Nagrodą Nobla.
Nadzieje z Sierpnia '80 żyją. A my mamy moralny obowiązek pielęgnować
je w sobie i z odwagą umacniać w naszych braciach. Trzeba wyzbyć się
lęku, który paraliżuje i zniewala umysł i ludzkie serce. Tu powtarzam
często wypowiadane z tego miejsca zdanie, że bać się trzeba tylko
zdrady Chrystusa za parę srebrników jałowego spokoju. Mamy obowiązek
dawania świadectwa prawdzie o Sierpniu '80, tak jak to świadectwo
dawali prawie przez trzy lata przywódcy związku zawodowego
„Solidarność”.
Mamy obowiązek domagać się, by nadzieje narodu zaczęły się wreszcie
realizować. Trzeba to czynić z odwagą i rozwagą. Trzeba zdawać sobie
sprawę z sytuacji geopolitycznej, w jakiej się znajdujemy, ale
jednocześnie ta sytuacja nie może być wygodną zasłoną do tego, by
rezygnować z należnych narodowi praw.
Trzeba więc wreszcie zasiąść do stołu i w szczerym dialogu, mając na
uwadze dobro Ojczyzny, szukać właściwego rozwiązania wszelkich
problemów. Trzeba zasiąść do stołu z autentycznymi przedstawicielami
narodu, z tymi, którym naród zaufał i tego zaufania nie cofnął, a nie
stwarzać fikcji rozmów ze sztucznie powołanymi do istnienia
organizacjami. Pisali w swoim czasie biskupi, że stronami ugody
społecznej są władza rządząca i wiarygodni przedstawiciele grup
społecznych, w tym mająca szeroką aprobatę społeczną – „Solidarnością".
Trzeba do końca usunąć bariery przeszkadzające dialogowi narodu z
władzą. W tym przede wszystkim trzeba uczciwie przeprowadzić do końca
amnestię dla wszystkich więzionych i posądzonych o czyny z pobudek
politycznych. Trzeba naprawić krzywdy, zwłaszcza moralne, wyrządzone
tym, którzy na swój sposób, bezinteresownie ukochali Ojczyznę. Trzeba
umożliwić bezwarunkowy powrót do normalnego życia wszystkim ukrywającym
się, bo oni już złożyli na ołtarzu Ojczyzny wysoką ofiarę poniewierki.
Naród polski nie nosi w sobie nienawiści i dlatego zdolny jest wiele
przebaczyć, ale tylko za cenę powrotu do prawdy. Bo prawda i tylko
prawda jest pierwszym warunkiem zaufania. Naród tak boleśnie
doświadczony już nie uwierzy żadnym gołosłownym deklaracjom.
Prośmy Matkę Najświętsza, Panią Jasnogórską w dniu Jej święta, aby
pomogła wszystkim w naszej ojczyźnie zrozumieć, że nie da się budować
domu ojczystego na kłamstwie, przemocy i nienawiści.
Prośmy słowami Ojca Świętego, który tak modlił się 4 sierpnia 1982
roku: „Matko. Może jeszcze nigdy tak jak teraz nie trzeba było, abyś
wzięła w swe macierzyńskie dłonie serca i myśli Polaków. Abyś wzięła w
swe ręce losy mojego Narodu".
Prośmy słowami modlitwy o błogosławieństwo „robotnikom w fabrycznym
utrudzeniu, rolnikom na chlebnym łanie, nauczycielom i wychowawcom w
trudzie nauczania i wychowania, uczonym w mozolnym dociekaniu, służbie
zdrowia w trosce o życie i zdrowie człowieka, o błogosławieństwo
wszystkim, którzy budują dobro naszej Ojczyzny".
I prośmy na koniec słowami wiersza współczesnej poetki:
„Polski Królowo...
(...)
Twoja wierna Polska do Twych stóp się chyli
(...)
daj pokój naszym dniom,
a sercom Solidarność”.
[Teresa Boguszewska]
Amen. .................................................................................................................................
"Niedziela" 19/2007 Polska uratuje Europę Milena Kindziuk: – Czy wierzy Pan w rodzinę? Dr Allan C. Carlson: – Jak najbardziej.
Naturalna rodzina jest fundamentem naszej kultury i cywilizacji. To
także fundament każdego narodu. Chociaż dzisiaj widoczne są działania
osłabiające rodzinę, dążące do jej zniszczenia. więcej>>> ............................................................................................................................... "Niedziela" 12/2009 Życie bez telewizora Kablówki zasypują nas ciągle nowymi ofertami, kuszą promocjami.
Tymczasem coraz więcej Polaków preferuje w domach ciszę. Rodzi się nowa
moda: na życie bez telewizora więcej>>> ..................................................................................................................................... "Niedziela" 15/2007 Piekło i Miłosierdzie Boże Wiele komentarzy wzbudziła niedawna wypowiedź Benedykta XVI na temat
piekła. Gdy Papież przypomniał, że ono istnieje, natychmiast rozgorzała
dyskusja w internecie, a włoskie media prześcigały się w przedstawianiu
różnych teorii na ten temat. więcej>>> .................................................................................................................................... "Niedziela" 7/2006 z 12.02.2006 To ona ujawniła tajemnice fatimskie Ojciec Święty, zanim tam dotarł, przeszedł przez wielkie miasto w
połowie zrujnowane i na poły drżący, chwiejnym krokiem, udręczony bólem
i cierpieniem, szedł modląc się za dusze martwych ludzi, których ciała
napotykał na swojej drodze; doszedłszy do szczytu góry, klęcząc u stóp
wielkiego Krzyża, został zabity przez grupę żołnierzy, którzy kilka
razy ugodzili go pociskami z broni palnej więcej>>> ....................................................................................................................................... "Niedziela" 6/2002 Kościół w internecie Jan Paweł II wydał pierwsze w historii Watykanu
Orędzie na temat Internetu. "Jest to zachęta dla Kościoła, by wykorzystywał
to narzędzie jako nowoczesną formę ewangelizacji i przełamał wszelkie
lęki i niepokoje z tym związane" - mówi o. Adam Schulz, rzecznik
Episkopatu Polski. więcej>>> ........................................................................................................................................ "Niedziela" 30/2006 Niezłomny Pan Cogito - Milena Kindziuk Książę niezłomny. Największy z Orląt Lwowskich. Rówieśnik pokolenia
Kolumbów. Niepodległy, niepokorny, nieuznający życiowych kompromisów. W
historii literatury zapisał się jako niekwestionowany autorytet
moralny. I takim pozostał mimo wielkiej burzy, jaka wokół Zbigniewa
Herberta rozpętała się po niedawnej publikacji w tygodniku „Wprost”. wprost>>> ...................................................................................................................... "Niedziela" 5/2006 z 29.01.2006 Odszedł Poeta - Milena Kindziuk „Pan Bóg jest uśmiechnięty i ma poczucie humoru” – powiedział tuż przed
śmiercią ks. Jan Twardowski. Odszedł w jednym z warszawskich szpitali w
środę 18 stycznia. W ostatnią noc podyktował wiersz. Prosił, by go
odczytać na pogrzebie.
więcej>>> ....................................................................................................................... "Niedziela" 6/2006 z 05.02.2006 Życie jest reżyserią Pana Boga - Milena Kindziuk Milena
Kindziuk: – Podkreślał Ksiądz wielokrotnie, że nie ma w życiu
przypadków, co najwyżej „starannie przygotowane”. Czy rzeczywiście? Ks. Jan Twardowski: – Dla ludzi wierzących nie ma przypadków. Myślę, że każdy z nas może tego w swoim życiu doświadczyć. więcej>>> ................................................................................................................................. Niedziela 20/2004 Uwiódł go Pan Światła - Milena Kundziuk „Tysiące świec palili mu” na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie podczas
pogrzebu. Jacek Kaczmarski, bard „Solidarności”, autor słynnych
„Murów”, zmarł 10 kwietnia w szpitalu na gdańskiej Zaspie. Kilka godzin
przed śmiercią poprosił o chrzest. więcej>>> ...................................................................................................................................