wczesne południe słońce / najmocniej grzeje bielone ściany chat / z każdym nawet miękko postawionym na drodze krokiem wysoko unoszą się białe drobiny kurzu / zanim dostrzeżesz postać podróżnego wcześniej / pojawia się na widokręgu tuż ponad jezdnią / mała popielata chmurka która czasami przybiera kształt wiru a czasem wędrującego obłoku / teraz gościniec jest pusty / nie licząc małego tumanu pyłu unoszącego się nad chłopcem / dźwigającym ciemnobrązowy tornister z grubej skóry / teczka posiada dwa dziurkowane pasy / zapięte na stalowe klamry oraz dwie wielkie kieszenie / w jednej z nich jest nienaruszone drugie śniadanie owinięte w bladożółty woskowany papier / a w drugiej pylące jak gąbka ochraniacze na buty / suchy wrzesień / w powietrzu prawie niewyczuwalny zapach palonych badyli który / działa jak eliksir melancholii / przed chatami babiny w chustach siedzą na drewnianych ławach a spod ich palców spływają do wiader łupiny ziemniaków / podnoszą lekko głowy by zaraz znów się pochylić nad pracą / nie pytają o nic a chłopiec chciałby aby go ktoś zapytał / dokąd dlaczego nawet skąd idzie / kogoś kto by go zatrzymał w drodze / zagaduje więc grzecznie przepraszam która godzina / bedzie koło południa / tyle / nic więcej żadnego pytania całkowita obojętność / tuziemców / południe a więc mama wraca teraz z pracy / jeszcze się nie niepokoi / zastanawia się gdzie jest i dlaczego do tej pory nie wrócił ze szkoły powoli / w miarę jak myśli o nim coraz dłużej / rośnie w niej lęk który gotów jest w każdej chwili gdyby się pojawił przeistoczyć w gniew tym większy im dłużej narastał / tymczasem on jest siedem kilometrów od domu / na granicy kopalin i lasu w którym kiedyś z dziadkiem zbierali opieńki / porastające w ciemnych i wilgotnych kotlinach ogromne omszałe pnie / zahaczające pewnie korzeniami o złotawe kości celtów / toczących tu wieki temu boje w obronie osady skrytej na wysokim grzbiecie pagóra wyrastającego pośród puszczy jak zielony guz / tuż za lasem jest wieś / chłopiec nigdy w niej nie był ale wie że nazywa się stasiówka / że ludzie stamtąd schodzili przed wojną wijącą się pomiędzy drzewami drogą do kościoła niosąc na prawym ramieniu buty związane ze sobą sznurówkami / droga była gliniasta poprzecinana nabrzmiałymi od soków korzeniami sosen / obwałowana puszystym mchem / pachnąca grzybnią / gdzieś tutaj pod miastem siadali przy rowie aby obmyć brudne stopy i wdziać obuwie / a jeszcze dalej za wsią są lasy lasy lasy i wśród nich może jakaś mała wioska z bielonymi domkami odcięta od świata / bez prądu w której może go ktoś przyjmie dzisiaj na nocleg / zaprosi na posiłek i pozwoli zasnąć w stodole pachnącej sianem / w której świtem zbudzą go zimne stopy i promienie słońca włamujące się do środka przez sęki i szczeliny powstałe pomiędzy rozsychającymi się na popielato jodłowymi deskami / domyśla się że dalej jeszcze / czeka go droga przez lasy o drzewach w kolorze pistacji / w których potykać się będzie o skamieniałe grzyby / a gałęzie będą się kruszyć z takim brzękiem jak gdyby były z kryształu / za tymi lasami czekają na niego inne sioła położone w parowach do których nie dotarł nigdy żaden najeźdźca i / może dlatego ludzie w nich są / radośni / pełni życzliwości dla siebie / i wierzą w znaczenie słów / mieszkają zaś w domach splecionych z wikliny przetykanej mchem wysoko pomiędzy / konarami drzew / chodząc odziani w dziwne kubraki z ptasich piór / a mówią w języku podobnym do cichego klaskania kołatki / w tym języku który był na początku zanim został wymieszany z twardymi słowami i określeniami przyniesionymi na niziny przez obcych / koło głowy chłopca przelatuje jasnobrązowy liść prędko / niesiony ciepłym jeszcze wiatrem / z którego włókien nozdrza są w stanie wyłowić bardzo odległe nutki chłodu / czasem pojedynczy skurczony wachlarz kasztanowca zachrzęści pod nogą jak rozgniatana kostka cukru / coraz ciężej iść / jak gdyby stopy zapadały się w miękkim mchu las widać już w dali / i droga którą idzie pod górę zanurza swój wąski ogon w jego wnętrznościach / nad głową chłopca krąży sokół / zawieszony w powietrzu pomiędzy chałupami górami i kosmosem / gdyby tak wzbił się wyżej chłopiec mógłby jego oczami ogarnąć ogromne szmaragdowe przestrzenie które leżą przed nim jak jedwabna tkanina / zobaczyłby niekończący się obszar wielkich spiętrzonych wałów ziemi / z grzywami lasów kołyszący się przed maleńką postacią podchodzącą do ich kraju / czerwieniejące głębiny buków i płycizny młodych sosen w kolorze tych butelek / w jakich dziadek przynosił mu w lecie lemoniadę / korkowaną na małą porcelankę / miniaturę tych które wysoko brzęczą rozpięte na betonowych słupach trakcyjnych / im głębiej na południe tym bardziej lasy jaśnieją / rzedną / więcej w nich wirów i załamań / kamiennych wysp które kruszą przypływy i odpływy wiatrów / sokół jakby dotarły do niego myśli chłopca unosi się coraz wyżej wznoszony ciepłym śródziemnomorskim prądem powietrza / w najgłębszą ciszę kosmosu niezakłócaną żadnym dźwiękiem / ciszę jaką mogli poznać tylko pasażerowie antycznych sterowców / tymczasem na ziemi z bardzo daleka dobiega głos dzwonów bijących na anioł pański / z kościoła świętej jadwigi / dźwięk odbija się od gęstwiny lasu i przynosi chłopcu obraz małych czarnych postaci kołyszących się na sznurach / zakończonych pętlą / za pomocą których porusza się ciężki stelaż dzwonu / wiejący od lasu powiew niesie kadzidlany zapach kruchty / a może jest to delikatny i czuły jak oddech dotyk wietrzyku który poczuł kiedyś gdy klęczał podczas podniesienia / wzbudzony uderzeniem skrzydeł śnieżnobiałego motyla / zstępującego z rozżarzonego witrażu / jeszcze tylko kilka domów rozrzuconych coraz rzadziej coraz dalej od siebie / jeszcze jeden dom jeden zagon który kończy szpaler tyczek z rozwieszonym na nich pachnącym groszkiem i za chwilę chłopiec zanurzy się w inny czas i przestrzeń / dlaczego wybrał właśnie tę a nie inną spośród dróg / które by go powiodły na północ albo na wschód / każdą z nich mógł przecież wybrać równie dobrze / nie poszedł ani przez niziny rozciągające się za rzeką / wabiące samotnymi drzewami wrośniętymi w czarną linię horyzontu / nie poszedł także dnem kotliny wiodącej ze wschodu na zachód / starym rozlewiskiem rzeki / z którego dna wyrastają niespodziewanie potężne głazy / by potem znów pogrążyć się w ziemi na całe stulecia / dlaczego wybrał tę najdziwniejszą drogę / poprzez puszcze i góry / dlaczego ten chłopiec / który nie zna mapy podąża w kierunku bram babilonu / ziemiom horusa / pastwiskom abrachama / jakby uciekał przed ustami ciemności / ku źródłom /
znów
pragnę uciec / wracają do mnie / wspomnienia moich odwrotów / te
wszystkie głupie rejterady / a może ja noszę w sobie tytusie / czarną
pestkę / która domaga się abym ją wciąż przesadzał / z miejsca na
miejsce / która nawet gdy się ją wyrwie / zostawia po sobie białe
drobne korzonki / wnikające w ciało jak robaczki / pachnące jak pleśń
która pokrywa świeże drewno sosny / i która wywołuje ten siny ból / w
brzuchu i jądrach / co dławi ale zarazem przybliża mnie do tych
wszystkich miejsc które odwiedzałem w dzieciństwie / ona i teraz /
czuję / odradza się / i znów daje o sobie znać / ta mała gnijąca pestka
/ łaskocząca w stopy / rozwierająca nozdrza / zmuszająca by / łowiły
cień jej wilgotnego zapachu / i jego śladem ciągnie całe ciało / w
przestrzeń / spragniona nowych doznań / może ja wcale jej nie przenoszę
/ tylko podążam za nią jak za czymś / nieznanym co utraciłem / a może
nie / może ona właśnie pragnie się wyrwać / z tego mrocznego labiryntu
/ pełnego studziennych pogłosów / dźwięków przesuwanych mebli / jęków /
i pomieszanych języków / tego miejsca w którym jest / zresztą /
nieważne jak naprawdę jest / bo tym razem wiem / i tak / nie umknę /
nie pociągnie mnie ona / ze sobą / teraz będzie inaczej / nadeszła
właśnie ta chwila / której zawsze się obawiałem / to mroczne poczucie /
że nie znajdę żadnej drogi / ucieczki / że jestem przegraną / przykutą
do głazu / na kamienistym szczycie / wśród mżącego deszczu istotą /
zupełnie bezsilny / niezdolny aby się jeszcze raz poderwać / nie
zbiegnę więc / wycieńczony ciągłymi dezercjami / które i tak nic nigdy
nie dały / oprócz krótkiego zachłyśnięcia się eterycznym powietrzem / w
końcu / przecież i tak zawsze potem wracam do punktu wyjścia tytusie /
więc po co / to wszystko / tak / tym razem zostanę / czy po to aby
stoczyć walkę / nie wiem / w końcu prawdopodobnie będę musiał ją
stoczyć / najpierw oczekiwać na tego / który przybędzie / tym
straszliwszy że znam jego twarz / choć nie rozumiem czynów i słów / a
potem mu ulec po wyniszczających zmaganiach / uważasz że coś mi to /
pomoże kiedy się będę zdrowo odżywiał / jedzenie nie doda mi sił /
wręcz przeciwnie osłabi / noszę swój odwłok jak żuk pancerny / tak
obecnie właśnie wyglądam z tymi przebierającymi bezradnie łapkami /
właśnie jak żuk o białej maści przewrócony na grzbiet / od jedzenia
kruszą mi się zęby i rośnie warstwa po warstwie sterta odpadków na
podłodze w moim wozie /
kiedy zrezygnowałem z ucieczek / nagle zdałem sobie sprawę /
że przynależę do gatunku tych brzuchaczy / od których umykałem jako
dziecko / którymi tak pogardzałem / obnoszących się ze swymi garłaczami
i / wojennymi bębnami / teraz nie tylko przybrałem ich wygląd ale nawet
usiłuję zachowywać się tak jak oni / choć mam świadomość że ich nie da
się przechytrzyć / bowiem mimo rozpaczliwych prób mimikry / cały czas
przebywam poza ich społecznością / jest w moim zachowaniu coś innego /
niezrozumiałego nawet dla mnie / czego nie umiem zmienić / a którą to
inność / oni wyczuwają bezbłędnie / może jest nią to znudzenie którego
wciąż doznaję / a może tęsknota za drogą / im osiadłym obca / a może to
jest / jeszcze coś innego / tak czy owak / okazałem się nagle półkrwi
żarłaczem / półkrwi obcym / i nie pomaga / mi już nawet woda o zapachu
siarki którą pijam po przejedzeniu / dla ugaszenia ognia który mnie
spala / czasem myślę że pasę się / nie po to aby się do nich upodobnić
/ ale ze strachu przed nimi / byle zatkać gębę czymkolwiek byle nie
mówić / nie odzywać się do nich / a to żarcie stało się kolejną mą
ucieczką / być może tak jest / choć i bez tego wchłaniania / pewnie
przestałbym gadać / czyż słowa nie obracały się zawsze przeciwko mnie /
odbijały się godząc w to ciało / czy zazwyczaj nie jest / tak że im
moja mowa miększa tym boleśniejsze odłamki uderzają w to miękkie
podbrzusze / odkryłem tytusie pewną prawidłowość / tę mianowicie / że
ostrzejsze słowa wbijają się w adwersarzy a te małej wagi / odbijają
nabierając większej siły / jakbyśmy byli z jakiejś gumy albo innego
elastycznego tworzywa / może tak i jest przecież żywimy się i oddychamy
syntetykami / zamieniając w silikonowe kukły / w ludzi z plastiku /
zresztą mniejsza z tym / tak więc oto tytusie w takim stanie w jakim
jestem / on nadchodzi / wysiłki pozostania / sobą czy raczej tym który
ciągle ucieka / spełzły / zupełnie / i nie buntuję się już nawet / nie
napinają się już me nerwowe włókna / nogi stały się bezwładne / a moje
spojrzenie zrobiło się mętne i ciężkie jak nieklarowane piwo / cóż /
będę musiał ulec / mój przeciwnik / bo to właśnie on / wynurza się jak
dżin z bukłaka / mojej głowy / zaczyna mnie kusić ale nie tak jak kusi
obcy / on mnie kusi tak jak ja bym kusił kogoś / przekonuje tak / jak
ja bym przekonywał sam siebie / będąc w tym stanie / powoli tracę
orientację / jak rozdzielić tytusie moje myśli od jego słów / skąd
wiedzieć że to co myślę w tej chwili to ja a nie on / i skąd wiadomo że
to jestem właśnie ja / gdzie ja się zaczyna a gdzie kończy / może to
kartezjańskie twierdzenie / powinno brzmieć nie cogito ergo sum
a cogito ergo est / tylko kim jest ten który myśli / we mnie / a może
tych postaci jest więcej czasem tak właśnie mi się wydaje / może tam w
środku / wcale mnie nie ma tylko jakieś osoby prowadzą nieprzerwany
dialog / spierają się ze sobą / a ja jestem tylko słuchaczem / uchem
ciała / tego ciała które moje jest / czy ty też masz czasem takie
odczucie tytusie / że kiedy otwierasz swoją wyobraźnię ta zaczyna
tworzyć dziwne / konstrukcje tak jakby ktoś przesyłał ci obrazy rzeczy
których nigdy nie widziałeś / i nawet gdy mówię to mam wrażenie że ktoś
inny mówi przeze mnie / i słucham sam siebie i zastanawiam się kim jest
ten mówiący i co znaczy to co mówi / nie mam pojęcia / ani po co mówi /
ani tym bardziej / dlaczego postępuje tak / a nie inaczej / i kto mi
właśnie teraz mówi / abym nie uciekał / wmawia że nie mam już sił na
ucieczkę / że nie ma ona żadnego sensu / i że w sumie / to nie mam
innego wyjścia / jak tylko zostać / kto mi to mówi / że to ja sam chcę
/ pozostać / hipnotyzuje mnie / namawia / abym stoczył z nim walkę /
mimo że nie mam żadnych szans / na zwycięstwo / i jest to tym bardziej
przerażające że / jeśli go posłucham / to będę musiał ją stoczyć / tę
walkę o której / wiem tylko tyle że / będzie moją klęską / niezależnie
kto przegra / moją klęską będzie bowiem już sama walka / ale czy ja to
wiem / czy ktoś mi to wmawia / powiedz komu może zależeć na tym abym
pozostał i przegrał / czy mnie samemu mogłoby zależeć na /
samounicestwieniu / pytam się więc ciebie tytusie / słowami które sam
nie wiem czy ode mnie czy od kogoś innego pochodzą / jeśli kto nie chce ani stawić czoła ani uciekać jakąż takiemu znaleźć radę
okolona murem / wypełniona drzewami
/ oaza spokoju / to tu umyka chłopiec kiedy nie chce słyszeć
nieustannego krzyku / stąd siedząc na omszałej cembrowinie grobowca
może obserwować dom / okno jego pokoju okno sypialni rodziców / ojciec
w rudym swetrze pochyla się / gaśnie jedno światło / zapala się inne /
na zewnątrz coraz bardziej ciemnieje / dom rozświetlony na górze /
wygląda jak latarnia morska pośród niskich kołyszących się w sadzie
owocowych drzewek / za plecami chłopca / pomiędzy poczerniałymi /
grobowcami prowadzą tajemne dróżki / znane tylko jemu / wie którędy
można się przemknąć do kaplicy / całkowicie bezszelestnie / sztuki
której nauczył się w domu / gdzie każdy skrzyp trzaśnięcie drzwiami
wznieca pożar / kaplica której strzegą cztery anioły z betonu / jest z
wilgotnej czerwonej cegły / ma kształt małego kościoła / z podziemiami
w których pod kamienną płytą spoczywają zimni błękitnokrwiści /
chłopiec wie że przez jedno ze strzelistych okienek w załamaniu muru
można dostać się do środka / wystarczy wspiąć się po kilku
wyszczerbionych cegłach / zaledwie dwa metry w górę i lekko podciągnąć
na rękach / potem wyżej po schodach / ku wieży gdzie maleńkie stalowe
drzwiczki / dotykają twardego konara robinii o skręconej korze / stąd
zaczynają się już ścieżki napowietrzne / ale dopiero kiedy niebo
ciemnieje od powracających gawronów można wychodzić na nie / cicho żeby
nie spłoszyć ptaków / spojrzeniem uważnie omieść ziemię kołyszącą się
pod kładką konarów / czy nie czai się tam cień / kogoś niepowołanego /
chłopiec już dawno odkrył te nadziemne szlaki pozwalające przemieszczać
się / swobodnie od wieży ku północnemu / wschodniemu i zachodniemu
murom / najtrudniej jest poruszać się na południe / tam gdzie brama / w
tamtym kierunku klony morwy i lipy przerzedzają się / ale tam są
właśnie oni / jego praojcowie / leżą stłoczeni w małym betonowym
bunkrze przywaleni płytą zaczopowaną jednym tylko drewnianym i
wyschniętym klinem / kiedy chłopiec był mały płyta opadając / przy
którymś mocniejszym szarpnięciu złamała mu nos / zrósł się / wprawdzie
potem ale nierówno i przez to szczupła twarz chłopca upodobniła się
jeszcze bardziej do ptasiej / od bramy ku kaplicy biegnie aleja
wysadzana tujami / stare poskręcane łuszczące się pnie które
wierzchołkami sięgają prawie szczytu wieży / wiecznie zielone i
puszyste / z tej strony tylko one są kryjówką / można zaszyć się w taki
krzew i zniknąć / zresztą / cały cmentarz jest takim miejscem gdzie
zawsze może się schronić / straszne są tu tylko pogrzeby / przez bramę
/ wdzierają się żywe posągi posępnych i oblegają kaplicę / w której
odprawiany jest przeraźliwy rytuał / z góry / przez szczeliny w
zielonej przestrzeni / chłopiec widzi / przez wypukłe szybki w oknie /
ciało zmarłego leżące na plecach nienaturalnie wyprostowane z rękoma
spętanymi na piersiach / na oczach trupa położono białe monety które
świecą w blasku palących się w rogach skrzyni świec / potem nadchodzi
najgorszy moment kiedy tłum zawodzi straszną pieśń zaczynającą się od
słów niech aniołowie zawiodą cię do raju / chłopiec / jest pewien że te
słowa właśnie jego dotyczą / ma wrażenie że za chwilę pojawią się
cztery anioły z betonu i pociągną go w dół / chce krzyczeć słowa które
nie wiadomo skąd przyszły mu do głowy / zostawcie zmarłym grzebanie
umarłych / ale nie może wydobyć ani jednego dźwięku ze ściśniętego
gardła / unika pogrzebów / często natomiast obserwuje pana / tego który
posiada klucze do wszystkich bram nekropolii / przygotowuje ceremonie /
kopie jamy / przesypuje w kąt piwniczek stare rozsypane trumny robiąc
miejsce dla nowych / chłopiec widział nieraz jak siedząc w cieniu
drzewa przy otwartym grobowcu / przechyla się do tyłu pod ciężarem
szklanej butelki / niekiedy odnajdywał go gdy leżał / porzucony gdzieś
w rogu cmentarza / na starym płaszczu / w towarzystwie butelek po
białym / śmierdzącym płynie / który przynosi sen / tuż za murem
cmentarza / jest kirkut / wielka i pusta łąka / na której / pośród
wysokich traw / wystają niespodziewanie / z ziemi / kamienne tablice /
pokryte niezrozumiałymi znakami / idąc i rozchylając badyle / chłopiec
czuje się czasem jakby odkrywał / w dżungli / ślady zaginionej
cywilizacji / innym razem / tablice są kosmicznymi obiektami / które
przywędrowały tu / z niezmierzonych przestrzeni kosmosu / wbijając się
głucho w ziemię / niosą przesłanie / od nieznanego / czasem chłopiec
natyka się pomiędzy / nimi / na wygrzebane w ziemi gniazda / w których
pośród połamanych gałęzi / szarych piszczeli / leżą jak jaja
gigantycznego ptaka / popielate czaszki / bierze ja delikatnie w dłonie
/ i przenosi ostrożnie / przez mur / kładąc przy dłoniach / śpiącego
pana / jakby liczył na to że on swoim ciepłem / sprawi / że znów
porosną włosami / zalśnią w nich oczy / a w ich skroniach / zatętni
maleńkie życie / kiedy grobowce i mogiły południowowschodniej części /
nekropolii pokrywa śnieg / wysoko z góry wygląda to tak jakby ktoś
ponakrywał zmęczonych małych wędrowców aż po czubki głów puchowymi
pierzynami / gdyby nie ciemne krzyże z czarnego betonu albo stali
powtykane w zagłówki / można by sądzić że za chwilę kopce poruszą się /
lekko a potem odrzucone jednym gwałtownym ruchem odsłonią chude łydki i
brudne stopy wystające spod kusych piżamek / które popędzą tupiąc
bosymi piętami / w kierunku otwartej bramy / chłopiec bardzo lubi
przebywać w dziecięcej części cmentarza / przy tych niewielkich
kopczykach / maleńkich grobowcach / z białymi aniołkami / lekki powiew
zatrzymuje się na chwilę w koronie starego grabu / potrząsa drobnymi
gałązkami / bawi się kilkoma zaledwie zasuszonymi jak wigilijne grzyby
liśćmi które tu pozostały / od jesieni / a kiedy w końcu uda mu się
zerwać jeden z nich niesie go delikatnie / wokół czerwonocegłej kaplicy
/ na blankach której warują szarzy aniołowie o potrzaskanych skrzydłach
i obłupanych czerepach / na chwilę przykleja listek do kraty w gotyckim
okienku skąd można zajrzeć do wnętrza / wzrokiem nie można przeniknąć
zgęstniałej ciemności z której słychać dziwne buczenie przypominające
najniższy z tonów jakie wydają organy / czuć zapach starego kadzidła
butwiejącego drewna / i jeszcze czegoś nieznanego / ale słodkiego / co
widocznie jednak napełnia liść przerażeniem bo zaczyna drżeć coraz
mocniej na pokrytym rdzawymi liszajami pręcie / by w końcu gwałtownie
odlecieć / pokurczony kawałek materii ślizga się chwilę jeszcze po
oblodzonych gzymsach / omija blanki i występy / by na koniec spocząć
podwiniętą do góry blaszką / przy trojgu pokurczonych z zimna ludzi / i
tylko chłopiec obserwujący / wszystko / z ukrycia spostrzega / że liść
opadł na twardy śnieg nie jako liść a maleńka czarna gondola / sunąca
wśród migotania szreni / powiew posuwa ją teraz delikatnie jakby
sterował małą zabawką w kierunku prostokątnego włazu / do tej samej
czeluści w której przed chwilą zanurzyła się niewielka trumienka z
jasnego orzecha / .......................................................................................................................
IV
skoro
nie dam rady już uciec / próbuję tytusie wszystko spisać / to co mi się
myśli / odkryć w tym pisaniu siebie / piszę więc / ale nie zdanie po
zdaniu przecinek po przecinku / piszę urywanymi znakami / strzępami
poprzestawianymi wyrazami niedokończonymi myślami / z których jedna
sczepia się z drugą / przenika i wyłania się z niej niespodziewanie /
rwie / tak jak to rejestruje moje wewnętrzne ucho / nie jestem w stanie
dojść / skąd się wzięła maniera ubierania myśli w kostium / w rządki
równych zdań zszytych przecinkami / przecież to nie jest prawdziwe
tytusie / skoro każdy myśli inaczej to dlaczego miałby narzucać sobie
jakiś porządek / zwarty szyk liter / od kropki do kropki przecinek
myślnik pytajnik / moje myśli biegną od pauzy do pauzy / to nie byłaby
moja prawda / gdybym je ubrał w interpunkcję jak w mundur / przecież
chyba i ty nie myślisz zdaniami z przecinkami i kropkami z wyrazami
ustawionymi / w poprawnym szyku / mnie myśli się właśnie tak / jak
widzisz / chociaż właściwie poza tym nic nie wiem / czy myślę słowami
czy obrazami / czy każde / pojedyncze słowo jest obrazem dla mnie / czy
może czymś zupełnie innym / właściwie to w myślach nie widzę takich
słów jak te / którymi zaciemniam teraz ekran / mają całkiem inny
kształt / na przykład myślę słowo i nie widzę wyrazu słowo
ale czarne tło tablicy z zatartym brudną gąbką jakimś leksemem a
właściwie to i tego nie jestem pewien czy tak właśnie jest / czy
rzeczywiście dostrzegam jakiś obraz / czy raczej / wiem słowo bardziej
niż je widzę / a dopiero z kilku cząsteczek / buduję obraz / czy dla
ciebie tytusie zapis jest istotny / czy raczej najważniejsze jest to /
aby móc jak najlepiej przekazać swe odczucia / dla mnie to wszystko ma
znaczenie / choć właściwie struktura tego co piszę / jest też tylko
manierą / ale skoro ludzie są tak różni / czemu mieliby używać /
wyłącznie jednej / matrycy / przecież / dla jednego litera a
ma kolor czarny / inny czuje ją jako haust czystego powietrza / a
jeszcze ktoś jako szczypanie na języku / słyszałem tytusie historię o
człowieku który postanowił stworzyć nowy język po to aby lepiej się móc
komunikować / język bez słów / spodobała mi się ta idea / taki język
przedbabelowski / język tchnienia / przekaz bez pośrednictwa mediów /
wprost ode mnie do ciebie / ten mężczyzna żeby do tego dojść /
postanawia / wyeliminować język pisany
/
stawia sobie dosyć karkołomną tezę / że jeśli będzie spisywał różne
historie / i z pierwszej z nich wyeliminuje / literę która na
klawiaturze komputera mieści się pomiędzy d i g a w
drugim usunie kolejną to już jego dwudzieste piąte opowiadanie będzie
całkowicie pozbawione wyrazów / będzie białą kartą / ta jego
nibyksiążka miałaby / krążyć nie w egzemplarzach ale bezpośrednio
pomiędzy ludźmi tak jak kiedyś krążyły pieśni / tysiące opowiadań /
cały ten pomysł wydaje się być idiotyczny ale nie jest chyba aż tak
głupi jak by się na pierwszy rzut oka wydawało / przecież jeśli ktoś
utraci wzrok to wyostrzają się jego inne zmysły / a skoro istnieją
ludzie mający zdolności odczytywania myśli i przekazywania ich to
znaczy że ta umiejętność wcale nie jest tylko mrzonką / widocznie leży
w zasięgu naszych możliwości / ja w każdym razie wierzę że człowiek
zmuszony do milczenia zrobi na pewno wszystko / aby móc przekazać swoje
myśli innemu / sam ze swymi myślami / to brzmi makabrycznie / jak to
jest tytusie kiedy się czyta w myślach innego człowieka / co czujesz
kiedy przychodzi do ciebie ktoś a ty wiesz o nim wszystko zanim jeszcze
się pojawi / ty wiesz co się za chwilę wydarzy z nim i co się stanie z
tobą / czy jeśli się wszystko wie to czy można jeszcze czuć radość z
posiadania tej umiejętności / czy ta wiedza może dawać jakiekolwiek
zadowolenie / no oczywiście poza tym że cieszyć cię może pomoc której
udzielasz / ale czy cię cieszy / skoro wiesz / zastanawiałem się też /
co by się stało gdyby pomysł / tego pisarza udało się zrealizować /
wówczas takie opowieści rozprzestrzeniałyby się znacznie szybciej / niż
książki / ale znowu gdyby było ich za dużo / byłyby zbyt natrętne / czy
wówczas / świat nie ogarnęłoby szaleństwo / od nadmiaru idei myśli
przekazów / może musiałby stać się bezideowy / jeszcze bardziej
chaotyczny / czy ludzie zamykaliby się przed tym natłokiem sygnałów /w
małych enklawach / próbowaliby wskrzeszać / umarłe języki / albo może
tworzyliby zupełnie nowe / aby się uchronić przed potopem słów / bo
przecież / nawet skazywanie wolnomyślicieli na śmierć / nie
rozwiązałoby tego problemu / czy nadmiar nie jest takim samym złem jak
brak / pamiętam z dzieciństwa jaką wielką zagadkę stanowił dla mnie
każdy człowiek / pachnąca wilgocią peleryna listonosza / zbiegające po
niej krople dzwoniący częściami stary stalowy rower z wielkim
srebrzystym dynamem i wielka skórzana torba która po odpięciu pasków /
otwierała się ze skrzypieniem jak skrzynia / jego niezrozumiałe słowa
pachniały tym słodkim klejem którym pokryte były znaczki / rozmowa z
dziadkiem to dziadkowe moje uszanowanie uchylanie
kolejarskiej czapki z daszkiem ze świecącą od brudu lamówką i potem
wymiana uwag na temat pogody i tajemniczego świata / węgla którego ceny
znów poszły w górę a którego kilka grudek wypadło z wozu na zakręcie i
trzeba je szybko pozbierać do ocynkowanego wiaderka przygotowanego w
tym celu przy drzwiach do sieni pachnącej moczem / stukot końskich
kopyt po kocich łbach i parujące kule odchodów / jedyne ślady obecności
zaprzęgu / ty wszystko wiesz od razu / przenikasz wszystkie myśli a
pragnienia rozłożone są przed tobą niczym mapa / czy książka tytusie
nie powinna być czymś takim jak rozgryzanie nasion słonecznika /
wyłuskiwanie liter / wyrazów / powolne kosztowanie tajemnicy /
rozsnuwanie jej włókien / podróż po labiryncie i bitwa / nie / przestał
mi się podobać pomysł tego człowieka / bo czy można w jednej chwili
przeżyć całe życie / przeniknąć drugiego człowieka / pewnie można tylko
/ czy to nie jest okrawanie wszystkiego z tajemnicy / sytość / bez /
przyjemności smakowania / znajomość końca historii / czyni ją nudną i
nie ma się już ochoty w niej uczestniczyć / więc już nie chcę tego /
już nie widzę w tym pomyśle nic ciekawego / pytasz się co u mnie /
wiesz przecież / coraz bardziej się rozpraszam tytusie / te wszystkie
dzwoniące i poruszające się przedmioty / nie pozwalają mi normalnie
myśleć / czasem / kiedy nad czymś dłużej / się skoncentruję mam
wrażenie że / to jest nienormalne / i ta wewnętrzna sprężyna która cały
czas nawijała się na rdzeń / nagle puszcza / ja gonię gdzieś / zrywam
się zostawiam wszystko i gonię / cały czas / wydaje mi się że ta
kwestia którą rozważałem / ta rozmowa jest już nieistotna że ważniejsza
jest ta która mnie czeka a / w końcu popadam w szaleństwo / dochodzę do
wniosku że sam bieg od człowieka do człowieka jest najważniejszy /
coraz bardziej się nakręcam tytusie / sam i tych z którymi się stykam /
rozjątrzam ich swoim zachowaniem / a przecież nie ma nic ważniejszego /
niż sama rozmowa / próba kontaktu z kimś drugim / powiedz mi tytusie
czy to wszystko przez tę dyktaturę przedmiotów tych wszystkich
pędzących i sprężynujących / świecących / które wzięły mnie w swoje
władanie / począwszy od tej dzwoniącej rano komórki / po samochód /
nieustanne wrażenie że dla przedmiotów żyję / tej armii / kroczących
ruchomości / że powoli przestaję / myśleć o ludziach / a zaczynam
tworzyć wyobrażenia ludzi na podobieństwo rzeczy /
V chłopiec czeka na szkolnym korytarzu / patrzy w okno / za jego plecami / w klasie mama rozmawia z nauczycielką / wie że za chwilę otworzą się drzwi i poczuje iskrzący się rój / niewidzialna złość będzie krążyć wokół jego głowy / wypełni całą przestrzeń / zobaczy wściekłość która obijać się będzie od środka w oczach mamy / jak upita dojrzałym piwem osa / im dłużej zamknięta / tym mocniej pragnąca się wydostać / nacierająca gwałtownie / wyciszająca się / przysiadająca / i znów powracająca z jeszcze większą gwałtownością / by potem / już w domu / rozwścieczona i nareszcie wolna / ale wcale nie słabsza / choć powinna być już jesiennie ospała / zaatakować / najgorzej będzie kiedy po wyjściu z klasy / mama nie odezwie się do niego ani słowem / wilgotna ścierka w jej ręku / ukłucia ostrych obrębionych brzegów tkaniny na skórze / zlewające się z krzykiem / słyszy je i czuje równocześnie / przecież i tak wie / że się do niczego nie nadaje / widzi siebie w pomarańczowej kamizelce jak popycha wysoki wózek ze sterczącymi grabiami miotłą i łopatą / tak będzie / i bez tego szarpania / nic to nie pomoże / nic go nie zmieni / zawsze będzie tylko on / taki jaki jest / za oknem wielki dźwig przenosi betonową ścianę z wyciętym oknem / jakby maleńki płaski dziecinny domek wykrojny z kartonu zawisł w przestrzeni / przez wycięty w szarej płycie kwadrat przesuwa się ciemny popiel nieba z małymi włóknami obłoków których podbrzusza zabarwione są czernią / gdzieniegdzie obłoki przebija pojedynczy promień / cienki jak szydełko mamy którym zimą ceruje jego grube skarpety / na wysokości trzeciego piętra dwaj robotnicy w szarych kaskach łączą ze sobą metalowe uszy elementów / przypomina sobie naraz dziwne wydarzenie sprzed kilku dni / idzie z mamą / tyłami domów wydeptaną ścieżką / przez plac na którym kiedyś / stała synagoga / ku szmaragdowemu prostokątowi rynku / poszatkowanego parawanami żywopłotów / z tajemniczym labiryntem zieleni / nieodmiennie wyprowadzającym wędrowca / na betonowy monument symbolicznego wyzwoliciela grodu / szarego żołnierza czerwonej armii / gdy nagle zza odrapanych popielatych drzwi / wychodzi ubrany na zielono robotnik / w ubłoconych / pokrytych trocinami butach / i w kolorowej wełnianej czapce / takiej barwnej / jaką noszą wyłącznie dzieci / przypomina sobie jego oczy / nie wiadomo skąd znajome / patrzące z osłupieniem w niego / znikające zaraz szybko / za odrapanymi drzwiami / z odręcznym napisem / ostrzenie noży / jakby za ciężkimi stalowymi powiekami / potwora / długo trwa ta rozmowa / szyby ciemnieją i pokrywają się małymi błyszczącymi punktami / zmieniają kolor w zależności od tego czy patrzeć na nie z boku od dołu czy na wprost / dźwig unosi kolejny element tym razem / w płycie wycięty jest otwór na drzwi / chłopiec zastanawia się czy przez czas tej rozmowy mamy z nauczycielką powstanie nowe mieszkanie / małe betonowe mieszkanie / z kompletem mebli o lśniącej brązowo politurze z imitacją sosnowych słojów / pachnące dziwną mieszaniną drewna kleju i środków czystości / z zasłonami w bordowe maki i pelargonią na parapecie / mieszkanie w którym wisi na ścianie zdjęcie ślubne jego mieszkańców / obok szczęśliwej pary / gospodarz o kilka lat starszy / trzyma w dłoniach jakąś wielką słodkowodną rybę / syn w wojskowym mundurze i córka na wycieczce pod pałacem zimowym a może młodzieży / wszystkie te rodzinne zdjęcia poprzetykane obrazkami świętych wsuniętych pomiędzy ramę i szkło / obok jest kolejne mieszkanie z tym samym kompletem mebli i podobnymi obrazkami / tyle że zasłona nie jest w maki a w żółte wzory przypominające greckie ornamenty / a nad nimi pod nimi i obok piętrzą się / kolejne i kolejne / mieszkania / wszyskie podobne do siebie / różniące się tylko nieznacznie / chłopiec wyobraża sobie nagle / jak wszystkie te małe betonowe sześciany odrywają się od siebie i jak bąbelki w ogromnej butli lemoniady / unoszą w złocisto różowym powietrzu / szybują obok pęcherzyków z innych podobnych robotniczych osiedli / miast krajów / a potem łączą się wysoko w przestrzeni budując potężny betonowy koralowiec / takie wielkie powietrzne miasto ze strzelistymi wieżycami minaretów a może wieżowców / takich jakie widzi zawsze wieczorem gdy wymawia słowa przyjdź królestwo Twoje / miasto unoszące się nad ziemią niesione przez kosmiczne prądy obok którego przelatują mgławicowe motyle o zawsze otwartych na promienie gwiazdy skrzydłach / niekiedy koralowiec zbliża się do powierzchni ziemi i wywołuje popłoch wśród osiadłych mieszkańców zachodu / widzących nad swoimi głowami wielki przesuwający się cień zimnego betonu z małymi otworami z których wyzierają głowy przyprószone pyłem / czy może popiołem / chłopiec najbardziej boi się krzyku i ponawianych wybuchów gniewu które niby już ucichły ale nagle wracają niespodziewanie nowymi grzmotami i wyładowaniami / które sprawiają / że gotów jest zaryzykować wszystko / każde tłumaczenie / nawet najdziwniejsze / nawet takie które mogłoby wywołać w rodzicach lęk że ogarnęło go szaleństwo / byle tylko znów nie zaznać uczucia że leci w głąb / wielkiej studni / oddalająca się / głowa ojca z krzyczącymi ustami jest malutka jak pigpongowa piłeczka / ściany zbliżają się do siebie a drzwi wychodzące z jego pokoju na korytarz zieją pustką / głowa ojca jest coraz mniejsza / maleńka i czerwona jak główka od szpilki / wokół znikają ludzie i drzewa / staje się coraz zimniej bo nad ziemią unosi się lodowaty wiatr który obejmuje swymi zwojami każdą żywą istotę / ścina wodę zamraża życie / przejmująco wyje w wydrążonych człekocembrowinach / chłopiec wie już o tym że z domu nie ma ucieczki / że dom nawet straszny dom z biesem siadającym nocami na piecu w niewykończonym pokoju na górze / i skrzypiącymi drzwiami z lustrem w przedpokoju / jest jego domem z którego nie można się wyrwać / uciec można ze szkoły / od kolegi którego przyjaźń kupuje sobie za złoty sygnet ojca z czerwonym kamieniem / aby móc razem kraść pieniądze z czyjegoś tornistra w szatni / i który potem uczy go jak się robi proch / uciec można od nauczycielek historii / plastyki polskiego / tych dziwnych panów od zajęć praktycznych i rosyjskiego / pobudzających ciało do wzrostu przez wyciąganie / za baczki / uciec / ze szkolnej szatni poprzedzielanej siatką jak klatki w schronisku dla psów / od najsłabszego kolegi w klasie który go bije w swoim mieszkaniu / podpuszczony przez przyjaciela od sygnetu / uciec od słabych ocen i opinii ucznia bez perspektyw / od skromnych oczekiwań rodziców / po policzku chłopca przesuwa się łza / żal mu ojca który zawsze marzył / że będzie miał z kim pograć w piłkę / matki która nie może się nim pochwalić w pracy / płacze ze strachu przed tym co powiedzą o tym wszystkim ludzie / czy przed tym można jeszcze uciec / czuje jak coraz bardziej jego myśli / plączą się / mieszają / nachodzą na siebie / usypia / z głową opartą o zimny parapet z / lastrico /